Józef Balsamo/Tom VI/Rozdział LXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VI jako ePub Pobierz Cały tom VI jako PDF Pobierz Cały tom VI jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LXVII
ANDREA DE TAVERNEY

Na trzeci dzień, po tej strasznej nocy zaślubin następcy tronu, Paryż obchodził uroczyście małżeństwo przyszłego króla.
Wszystek lud dążył na plac Ludwika XIV, gdzie miał być spalony wielki fajerwerk, to niezbędne zakończenie wszelkich uroczystości publicznych, z którego paryżanin żartuje sobie, ale bez którego jednak nie umiałby się obejść.
Miejsce było doskonale obrane, sto tysięcy ludzi mogło się tam zmieścić wygodnie. Wokoło pomnika ustawiono drewniane wzniesienie, na dwadzieścia stóp wysokie, skąd miały być puszczane sztuczne ognie. Paryżanie zeszli się, jak zwykle, małemi gromadkami, starając się pomieścić jak najwygodniej. Dzieci powłaziły na sąsiednie drzewa, ludzie poważni na barjery, kobiety odnalazły sobie jakieś schodki lub opróżnione kramy. Około godziny siódmej, wraz z pierwszymi widzami, przybyli także, w dość znacznej liczbie, łucznicy, gdyż pułkownik gwardji francuskiej, Biron, zażądał był od miasta, zbyt wysokiego wynagrodzenia. Gwardja była postrachem miasta. Regiment ten bowiem składał się z wyborowych żołnierzy, nadzwyczaj karnych i szalonej odwagi na polu bitwy, ale w mieście nie przebierał w sposobach, używając aż nadto często kolb fuzyj, nóg i rąk do poskromienia tłoczącego się pospólstwa; mieszczanie bali się ich jak ognia.
Tego dnia gwardziści swobodnie mieszali się z tłumem widzów i chętnie podniecali do wszelkiego rodzaju wybryków, których sami nie omieszkaliby karać, gdyby byli na służbie. Około godziny ósmej na placu wszczęły się już kłótnie i krzyki, choć widzów było jeszcze niewielu.
Niezadługo ukazały się powozy, wiozące osoby z arystokracji i finansjery. Wjechały odrazu ze wszystkich stron, zapomniano bowiem ustanowić porządku dla jazdy. Wiele osób otrzymało zaproszenia do okien i na balkony nowych budynków i powozy ich zdążały w tę stronę. Inni, nie otrzymawszy zaproszenia, wysiadali z pojazdów i mieszali się z pospólstwem, poprzedzani i chronieni przez lokajów. Wielkiem było jeszcze wtedy poszanowanie pańskiej liberji — i tłum ściskał się między sobą, gdy wygalonowany lokaj torował drogę państwu.
Dziś tak świetna i piękna ulica Royale, wtedy zaledwie przeprowadzona i niezabudowana, pełna była rowów i kupek śmieci, gliny i rumowiska, stanowiących wzgórki, które, zdobywane prawie szturmem, przyjmowały dostojnych widzów.
Od czasu do czasu kupka taka obsuwała się a osoby, znajdujące się na niej, spadały budząc w tłumie śmiech homeryczny.
O wpół do dziewiątej oczy wszystkich zwróciły się w jedną stronę, skąd miał się ukazać fajerwerk.
Wtedy to dopiero zaczął się tłok prawdziwy; każdy starał się zdobyć bliższe stanowisko, lud przybywał coraz liczniej i poruszał się jak fala, z której od czasu do czasu wyrywały się krzyki lub jęki.
Ruggieri miał tym razem pokazać zdumionym oczom publiczności niewidziane cuda, chodziło tu bowiem o podtrzymanie jego dawnej sławy i zaćmienie Torriego, który był twórcą ogni sztucznych, zalanych przez deszcz w dniu zaślubin delfina.
Dzień był piękny, noc pogodna obiecywała paryżanom podwójną przyjemność; piękny widok i triumf nad wersalczykami.
Samo drewniane wzniesienie świadczyło o świetnym projekcie Ruggieri’ego; przedstawiało ono świątynię hymenu, opartą na czterech delfinach, których otwarte paszcze wyzionąć miały niebawem strumienie ognia. Naprzeciw delfinów stały majestatycznie wsparte o swoje urny: Loara, Ren, Sekwana i Rodan, czekając tylko rozkazów, by zamiast wody wyrzucać w różnych kolorach ognie bengalskie.
Inne, wyżej ustawione baterje, miały równocześnie wyrzucić w powietrze olbrzymie bukiety różnokolorowych kwiatów. A ponad tem wszystkiem panował ogromny globus, wsparty na palącej się piramidzie. Miał on pęknąć, wzniósłszy się wysoko w powietrze, i rozbryzgnąć się, wyrzucając z siebie świetne snopy iskier.
Oto czem zajęci byli paryżanie już od dwóch tygodni, doglądając ciągle z uwielbieniem Ruggieri’ego i jego pomocników, pracujących około pomnika.
Na wzniesieniu ukazały się latarnie; pierwszy rząd widzów cofnął się trwożnie, co w całym tłumie wywołało ruch, a zarazem powiększyło ścisk i tak już bardzo wielki.
Powozy napływały ciągle i zaczynały już wjeżdżać na sam plac. Końskie łby dotykały ramion ostatniego rzędu widzów, których poczynało przerażać to niebezpieczne sąsiedztwo. Poza pojazdami zebrał się także tłum nieprzeliczony, tak, że pojazdy, ujęte w tę podwójną żywą palisadę, choćby chciały, nie mogły się ruszyć z miejsca.
Kto mógł i gdzie mógł, szukał sobie miejsca, a pańskie karety służyły wybornie wielu mieszczanom i ulicznikom za podwyższenie. Czerwone światło, płynące z iluminacji bulwarowej, oświetlało głowy tysiącznego tłumu, nad któremi gdzie niegdzie połyskiwały lance łuczników.
Nowe budowle, otoczone były potrójnym łańcuchem powozów, wśród których nie było najwęższego nawet przejścia; ekwipaże te należały do zaproszonych, przyglądających się widowisku z okien i balkonów.
O godzinie dziewiątej zjawiło się jeszcze kilka karet, jedna z nich z trudnością torowała sobie drogę, tuż obok niej postępował młody człowiek, starając się usunąć przeszkody.
Kareta zatrzymała się, nie mogąc dalej ruszyć; młody człowiek odskoczył nabok, nie puszczając jednak z ręki antaby, której dotąd się trzymał; mógł tedy z łatwością słyszeć rozmowę, prowadzoną karecie.
Wtem wychyliła się przez okno piękna główka kobiety, ubranej biało, mająca we włosach kilka świeżych kwiatów.
— Co robisz, Andreo? — dał się słyszeć głos starego szlachcica, — poco wychylasz głowę? czy masz ochotę być pocałowaną przez pierwszego lepszego łobuza; widzisz przecie, jak ze wszech stron jesteśmy otoczeni tym brudnym tłumem, jak falą rzeki — a że to fala błotnista, przeto bądźmy ostrożni, bo możemy się powalać.
Głowa kobieca znikła natychmiast z okna.
— Kiedyż bo tu nic zupełnie nie widać! gdybyśmy mogli trochę zawrócić, możnaby widzieć wszystko równie dobrze z karety, jak z okien gubernatora.
— Zawracaj! — krzyknął baron na stangreta.
— Niepodobna, panie baronie! musiałbym przejechać z dziesięcioro ludzi.
— No to przejedź!
— O! panie! — zawołała Andrea.
— Ojcze! — krzyknął Filip.
— Co to za jeden ten baron, co tak chce ludzi tratować? — dało się słyszeć kilka groźnych głosów wśród tłumu.
— To ja jestem! — rzekł Taverney, ukazując się w oknie i wskazując na swą wstęgę orderową.
Odznaki były podówczas jeszcze w wielkiem poszanowaniu; krzyk ustał i skończył się głuchym szmerem.
— Zaczekaj, mój ojcze, wysiądę i zobaczę, czy niema gdzie wolnego przejścia!
— Filipie! daj lepiej pokój, możesz być zabity! czy słyszysz co za dziwne rżenie koni?
— Gryzą się między sobą — odrzekł baron. — No, niema co, wysiądziemy wszyscy; każ im się rozstąpić; niech nam zrobią drogę, przejdziemy pieszo.
— Paryż, mój ojcze, zmienił się bardzo, od czasu, gdyś go opuścił; rozkazy, dawniej słuchane przez lud z pokorą, mogłyby nas dzisiaj tylko ośmieszyć.
— Jednak, gdy zobaczą kim jestem....
— Gdybyś był nawet wielkim księciem, mój ojcze, tłum w tej chwili ani się ruszy. Oto zaczynają puszczać rakiety.
— A my nic nie zobaczymy! — niecierpliwie odezwała się Andrea.
— Samaś sobie winna, trzeba się było krócej ubierać; strawiłaś dwie godziny przy toalecie.
— Możebym mogła wziąć pod rękę Filipa i wsunąć się między ludzi.
— Dobrze, dobrze! niech panienka wysiada, zrobimy między sobą miejsce — ozwało się parę głosów męskich; piękność Andrei poruszyła ich serca.
— Jeżeli sobie tego życzysz, Andreo, spróbujemy.
— Zaraz, mój drogi! — I lekko wyskoczyła z powozu.
— Ja się tu zostanę, wasze ognie nic mnie nie obchodzą, wolę tu siedzieć, niż się dusić w tym tłumie.
— Zostań mój ojcze, będziemy tu niedaleko.
Andrea, wsparta na ramieniu brata, przedostała się dość łatwo dalej, a nawet jakiś poczciwy mieszczanin ustąpił jej miejsca między żoną a córką na kamiennej ławce, którą sobie od paru godzin zdobyli.
Filip stanął przed siostrą, a ta oparła się ręką o jego ramię.
Gilbert krok w krok postępował za nimi, a stojąc dość blisko, pożerał Andreę oczami.
— Wygodnie ci, Andreo? — zapytał Filip.
— Doskonale.
— Jednak to coś znaczy być piękną, siostrzyczko, — rzekł Filip z uśmiechem.
— O tak, piękną, nadzwyczaj piękną — mimowoli powtórzył Gilbert.
Andrea dosłyszała te słowa, ale pewna, że wyszły one z jakichś ust plebejuszowskich, nie zwróciła na nie najmniejszej uwagi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.