Józef Balsamo/Tom V/Rozdział L

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom V
Pobierz jako: Pobierz Cały tom V jako ePub Pobierz Cały tom V jako PDF Pobierz Cały tom V jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
L
KARETY KRÓLEWSKIE

Zdaleka doszedł okrzyk tłumu, zrazu jako pomruk niewyraźny, szybko wzmacniał się i rozszerzał, przejmując ciało Gilberta ostrym dreszczem.
Tłum wołał: „Niech żyje król!“
Chmara rżących ochoczo rumaków w złocie i purpurze ukazała się na szosie: byli to muszkieterzy, gwardja przyboczna i konni szwajcarzy.
Za nimi ukazała się ogromna i wspaniała karoca.
Gilbert ujrzał błękitną wstęgę i pełne majestatu oblicze pod kapeluszem. Schwytał zimne i przenikliwe spojrzenie królewskie, pod którem pochylały się i odkrywały wszystkie głowy.
Znieruchomiały, jakby urzeczony, dysząc ciężko z upojenia, zapomniał zdjąć kapelusza.
Z ekstazy wyrwało go silne uderzenie; kapelusz potoczył się na ziemię.
Chłopak zeskoczył, podniósł go i wyprostowawszy się, ujrzał przed sobą siostrzeńca mieszczan, który patrzył na niego z uśmiechem wyższości.
— Jakto? — zapytał sierżant — to przed królem nie zdejmuje się kapelusza?
Gilbert pobladł i patrząc na pokryty kurzem kapelusz odpowiedział:
— Pierwszy raz widzę króla i zapomniałem mu się ukłonić, to prawda, proszę pana. Lecz nie wiedziałem...
— Nie wiedziałeś? — rzekł wiarus marszcząc brew.
Gilbert przestraszył się, że go wypędzą z tego miejsca, skąd mógł tak dobrze widzieć Andreę i miłość przełamała dumę.
— Proszę mi darować — rzekł — jestem z prowincji.
— I przybywasz na edukację do Paryża, mój zuchu?
— Tak, panie — potwierdził Gilbert, dusząc w sobie wściekłość.
— A więc, jeśli przyjechałeś na edukację — mówił sierżant, przytrzymując rękę Gilberta, który chciał włożyć kapelusz — dowiedz się jeszcze, że delfinowej należy się pokłon tak samo, jak królowi, książętom krwi tak samo jak delfinowej; wreszcie oddaje się cześć wszystkim powozom, na których są lilje... Czy poznasz liije, mój mały, czy też trzeba cię i tego nauczyć?
— Nie potrzeba, panie — rzekł chłopak — znam je.
— To bardzo szczęśliwie! — burknął sierżant.
Pojazdy królewskie przejechały tymczasem, lecz korowód powozów ciągnął się bez końca. Gilbert patrzył chciwie. Dojechawszy do bramy klasztoru powozy zatrzymywały się, świta wysiadała, i co kilka minut ustawał wskutek tego ruch na całej linji.
Podczas jednego z tych przystanków serce uderzyło Gilbertowi gwałtownie, świat zawirował mu przed oczyma i musiał się z całej siły uchwycić gałęzi, żeby nie upaść.
Nawprost siebie, w jednym z powozów z herbem liiji, przed którym kazał mu sierżant odkrywać głowę, ujrzał jasną i promienną twarzyczkę Andrei; cała w bieli, wyglądała jak anioł lub jak duch.
Cichy okrzyk wyrwał mu się z ust, lecz powstrzymał oddech i bicie serca, a oczom kazał patrzyć w słońce bez zmrużenia powiek. I siłą woli opanował się.
Andrea wychyliła się właśnie, chcąc zobaczyć, dlaczego karety stanęły i rozglądając się błękitnemi oczyma, spostrzegła i poznała Gilberta. Zdziwiła się, odwróciła i wskazała młodzieńca panu de Taverney, który, ustrojony w swą czerwoną wstęgę, dumnie paradował w królewskiej karocy.
— Gilbert — zakrzyknął baron, podskakując, jakby ze snu zbudzony. — Gilbert tutaj! A któż będzie tam pilnował Mahona?!
Chłopak słyszał doskonale te słowa i choć nawpół przytomny, złożył niski ukłon, jak go pouczono.
— Rzeczywiście! — wołał baron — nie wierząc własnym oczom — to ten błazen we własnej osobie!
Gilbert obserwował z naprężoną uwagą oblicze Andrei; przepłynęła po niem jakby chmurka zdziwienia, lecz pozatem nic nie zmąciło doskonałego spokoju jej rysów.
Baron wychyliwszy się przez okno, wzywał go gestem do siebie. Młodzieniec rzucił się ku karecie, lecz zatrzymał go sierżant.
— Widzi pan, że mnie wołają — rzekł Gilbert.
— Gdzież to?
— Z tego powozu!
Sierżant zwrócił oczy na karetę pana de Taverney, którą chłopiec wskazywał.
— Pozwól sierżancie — rzekł baron — tylko dwa słowa.
— Nawet cztery, proszę pana — odrzekł sierżant — czasu ma pan dość, bo przemowa powitalna u wrót klasztoru potrwa z pół godziny. Przejdź, młodzieńcze!
— Chodź tu, błaźnie! — mówił baron do Gilberta, który starał się zachować swój zwykły chód. — Powiedz mi, jakim cudem znalazłeś się w tej chwili w Saint Denis, kiedyś powinien być w Taverney?
— Nie cudem, proszę pana; to był akt mojej woli.
— Akt woli, gburze? Jakimże cudem ty masz wolę?
— Każdy wolny człowiek ma prawo do niej.
— Więc ty, niebożę, uważasz się za wolnego człowieka?
— Niewątpliwie; nikomu przecie nie zaprzedałem mojej wolności.
— Na honor, to dopiero hultaj pocieszny! — zawołał pan de Taverney, zdumiony pewnością siebie z jaką mówił Gilbert. — I jak, proszę, dostałeś się do Paryża?
— Piechotą — odparł lakonicznie Gilbert.
— Piechotą! — powtórzyła Andrea, jakgdyby ze współczuciem.
— A co będziesz robił w Paryżu, pytam! — zawołał baron.
— Naprzód zdobędę wykształcenie, a później fortunę.
— Wykształcenie!
— Tak, to napewno.
— I fortunę?
— Mam nadzieję.
— A cóż robisz w międzyczasie? żebrzesz?
— Żebrać! — rzekł Gilbert ze wzniosłą pogardą.
— A więc kradniesz!
— Panie! — zawołał młodzieniec z taką stanowczością i dumą, że aż Andrea zwróciła nań oczy na chwilę — czy panu kiedy co ukradłem?!
— Cóż więc robisz, próżniaku, twojemi białemi rączkami?
— To, co robi genjalny człowiek, do którego chcę być podobny chociażby tylko z wytrwałości. Kopjuję nuty.
— Kopjujesz nuty? — spytała Andrea, zwracając ku niemu głowę.
— Tak, proszę pani.
— Więc znasz się na muzyce! — dodała pogardliwie, tak, jakby mówiła: „kłamiesz“.
— Znam nuty, a to wystarczy, aby być kopistą.
— A gdzież, u djabła, nauczyłeś się błaźnie czytać nuty?
— Właśnie! — rzekła z uśmiechem Andrea.
— Panie baronie, przepadam za muzyką i gdy panienka grywała codziennie po parę godzin, słuchałem często z ukrycia.
— Nicponiu!
— Naprzód zapamiętałem melodje; potem, wiedząc, że melodje te zapisane są w podręczniku do nauki gry, powoli, powoli własną pracą doszedłem do tego, że potrafiłem je odczytać.
— Jak śmiałeś dotykać mego podręcznika? — zawołała Andrea z oburzeniem.
— Nigdy nie pozwoliłem sobie na to, proszę pani — rzekł Gilbert. — Pani zostawiała na fortepianie podręcznik, otwarty w coraz to innem miejscu, ja go nie ruszałem, próbowałem tylko czytać to tu, to ówdzie; wzrokiem nie zabrudziłem przecie stronic.
— Zobaczysz — powiedział baron — że ten gałgan będzie się chwalić, iż gra na fortepianie jak Haydn.
— Prawdopodobnie byłbym się nauczył, gdybym śmiał położyć palce na klawiszach.
Andrea mimowoli spojrzała znów na tę twarz, ożywioną w tej chwili uczuciem tak silnem, jak fanatyzm męczennika.
Lecz baron, który nie miał jasności sądu i spokoju córki, uczuł, że go ogarnia gniew na myśl, że młody człowiek ma rację i że postąpiono z nim nieludzko, zostawiając go w Taverney wraz z Mahonem. To też, gdy Andrea złagodniała, on właśnie zapalał się coraz bardziej.
— Ty bandyto! — wykrzyknął. — Włóczysz się, próżnujesz, a gdy przyjdzie zdać sprawę ze swego postępowania, uciekasz się do takich bzdur, jakie słyszeliśmy przed chwilą. Dobrze! Nie chcę brać na siebie odpowiedzialności za to, że taki łotr i cygan plącze się po ulicach królewskiego miasta!
Andrea gestem chciała powstrzymać ojca; czuła, że wszelka przesada nie przystoi ludziom wyższym. Lecz baron odsunął rękę córki i ciągnął dalej.
— Już ja cię polecę panu de Sartines i powędrujesz do Bicêtre, ty hultaju, ty filozofie!
Gilbert cofnął się o krok, nasadził kapelusz i blady z gniewu rzekł:
— Trzeba panu wiedzieć, panie baronie, że w Paryżu znalazłem sobie takich protektorów, iż pański de Sartines wyczekuje w przedpokoju aż go przyjąć raczą!
— Ach, tak! — wrzasnął baron, dobrze! Jeżeli ominie cię Bicêtre, to w każdym razie nie wywiniesz się od batów! Andreo, zawołaj brata, jest tu gdzieś niedaleko!
Andrea nachyliła się do Gilberta i rzekła rozkazująco:
— Panie Gilbercie, niech się pan usunie.
— Filipie, Filipie! — wołał starzec.
— Uciekaj pan! — powtarzała Andrea, lecz młodzieniec stał niemy i nieruchomy, jakby w ekstazie.
Do okna karocy podjechał jeździec, zwabiony wołaniem barona. Był to Filip de Taverney w uniformie kapitana, rozpromieniony i piękny.
— Patrzcie, Gilbert tu! — rzekł dobrodusznie, poznając młodzieńca. — Jak się masz Gilbercie? — Czego życzysz sobie ojcze?
— Dzień dobry, panie Filipie — odrzekł Gilbert.
— Czego sobie życzę — krzyknął baron, blady z wściekłości — chcę, abyś wypłazował tego błazna!
— Ale czemże on zawinił? — zapytał Filip, patrząc ze wzrastającem ździwieniem to na jesienie barona, to na przerażającą niewrażliwość Gilberta.—
— Zawinił, zawinił! — wołał baron. Bij Filipie, bij jak psa!
Taverney zwrócił się do siostry.
— Co on zrobił, Andreo? powiedz, może tobie ubliżył?
— Ja! — wybuchnął Gilbert.
— Nie, Filipie — odrzekła Andrea, — nic nie zrobił; mój ojciec jest w błędzie. Pan Gilbert ne jest już na służbie u nas, ma więc prawo udać się, gdzie mu się podoba. Ojciec nie chce tego zrozumieć, a ujrzawszy go tutaj, wpadł w gniew.
— I to wszystko? — spytał Filip.
— Wszystko, mój bracie i nie pojmuję zupełnie gniewu pana de Taverney, gdy rzeczy i ludzie nie zasługują nawet na spojrzenie.
Baron zamilkł, zawstydzony królewską obojętnością córki.
Gilbert, zdruzgotany tą pogardą, spuścił głowę. Wolałby cios śmiertelny, wymierzony szpadą Filipa, a nawet krwawą pręgę od jego bicza.
Należało odejść.
Na szczęście w tejże chwili mowy skończyły się i karety ruszyły naprzód. Pojazd barona oddalił się powoli, za nim szły inne; Andrea znikła jak w śnie... Gilbert został sam, bliski płaczu lub wybuchu wściekłości; zdawało mu się, że już nie zdoła udźwignąć brzemienia swej niedoli.
Wtem czyjaś ręka spoczęła mu na ramieniu.
Odwrócił się i ujrzał Filipa, który zsiadłszy z konia i oddawszy go żołnierzowi, zwrócił się do niego uśmiechnięty.
— Cóż to się stało mój biedny Gilbercie? Dlaczego jesteś w Paryżu?
Swobodny i serdeczny ton jego słów wzruszył chłopaka.
— Ech, proszę pana — rzekł i mimo robionego stoicyzmu wyrwało mu się westchnienie — i cóżbym począł w Taverney, niech pan sam powie! Umarłbym z rozpaczy i głupoty, a wreszcie z głodu poprostu!
Filip zadrżał, bo sądząc bezstronnie, jak Andrea, również z przykrością wspominał owo opuszczenie Gilberta.
— I ty myślisz, biedne dziecko, że wyżyjesz w Paryżu, bez pieniędzy, bez protekcji, bez pomocy?
— Tak sądzę, panie. Tam gdzie jest wielu ludzi, którzy żyją w bezczynności, człowiek chcący pracować rzadko umiera z głodu.
Filipa zdziwiła ta odpowiedź. Nigdy dotąd nie zwracał uwagi na Gilberta, przywykł widzieć w nim domownika bez znaczenia.
— Czy masz przynajmniej co jeść? — zapytał.
— Zarabiam na chleb, panie Filipie i to mi wystarcza do szczęścia, bo zawsze czyniłem sobie wyrzuty, że jem chleb, na który nie zapracowałem.
— Przypuszczam, że nie mówisz o tym, który ci dawano w Taverney? Twój ojciec i matka byli wiernymi sługami naszej rodziny, a i ty starałeś się być pożytecznym.
— To było moim obowiązkiem, panie.
— Słuchaj, Gilbercie — ciągnął młody człowiek wiesz, że zawsze cię lubiłem, zawsze inaczej sądziłem niż wszyscy. Czy miałem słuszność, czy nie, przyszłość pokaże. Twoja dzikość wydawała mi się delikatnością, szorstkość uważałem za dumę.
— Och, panie kawalerze! — westchnął Gilbert.
— Byłem, jak ty, młody; jak ty, nie czułem się szczęśliwy w mojem ówczesnem położeniu. Pewnego dnia uśmiechnęła mi się fortuna. A więc pozwól, Gilbercie, że ci dopomogę, zanim tobie z kolei życie się uśmiechnie.

— O dzięki ci, panie, dzięki!
— Co chcesz robić? Zdaje się, że masz usposobienie zanadto niezależne, aby wstąpić do służby.
Gilbert z pogardliwym uśmiechem zaprzeczył głową.
— Chcę się uczyć — rzekł.
— Lecz, aby się uczyć, potrzeba nauczycieli; aby ich opłacić, trzeba pieniędzy.
— Zarobię je, proszę pana.
— Zarobisz? A ileż potrafisz zarobić?
— Zarabiam dziennie dwadzieścia pięć groszy, a mogę zarobić trzydzieści, a nawet czterdzieści.
— Ależ to wystarczy zaledwie na jedzenie!
Gilbert uśmiechnął się.
— Widzisz, być może, że jestem niezręczny, lecz chcę ci ofiarować moje usługi.
— Swoje usługi, pan, mnie, panie Filipie?
— Oczywiście! Czy wzdragałbyś się je przyjąć?
Gilbert nie odpowiedział.
— Ludzie. powinni sobie wzajemnie pomagać. Czyż wszyscy nie jesteśmy braćmi? — ciągnął dalej kawaler de Maison-Rouge.
Gilbert podniósł głowę i wpił oczy w szlachetną twarz młodego człowieka.
— Dziwią cię te zasady? — zapytał Filip.
— Nie, panie, znam je; lecz nie słyszałem ich nigdy od człowieka pańskiej kondycji.
— Pod tym względem masz rację; a jednak są to zasady dominujące w naszem pokoleniu. Sam delfin je podziela. A więc nie bądź hardy w stosunku do mnie, bo to, co ci pożyczę, oddasz mi kiedyś. Kto wie, czy nie zostaniesz jakim Colbertem lub Vaubanem?
— Albo Tronchinem — dodał Gilbert.
— Niech będzie. Oto moja kiesa, podzielmy się.
— Dziękuję, panie — rzekł chłopak nie przekonany, lecz mimo woli wzruszony tą niezwykłą serdecznością Filipa. — Dziękuję, nie potrzebuję niczego. Tylko... tylko jestem jeszcze bardziej wdzięczny, niż byłbym, przyjąwszy dar pański
I skłoniwszy się oniemiałemu Filipowi szybko znikł w tłumie.
Młody kapitan czekał kilka chwil, jakby nie wierząc swym oczom i uszom; wreszcie, widząc, że Gilbert już nie wróci, wsiadł na konia i odjechał na swe stanowisko.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.