Józef Balsamo/Tom II/Rozdział XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVI
ODJAZD

Pierwszą osobą, która spostrzegła zemdlenie delfinowej, był, jakeśmy powiedzieli, baron de Taverney.
Stał on blisko na czatach, zaniepokojony niemniej od innych tem, co może się dziać między nią a czarownikiem.
Usłyszał krzyk, jaki wydała Jej Królewska Wysokość, widział wybiegającego Balsamo i poskoczył na ratunek.
Pierwszemi słowy delfinowej było żądanie pokazania jej karafki, następnem zaś, ażeby nie uczyniono nic złego czarownikowi.
Polecenie to wydane zostało w porę, bo już Filip de Taverney rzucił się w ślad za nim, jak lew gniewny, gdy go głos delfinowej zatrzymał.
Dama honorowa zbliżyła się do niej i poczęła wypytywać; na wszystkie pytania odpowiedziała jednak tylko, że Balsamo w niczem jej nie uchybił, i że widoczni# zmęczona długą podróżą i burzą dnia poprzedniego, zaskoczona została atakiem nerwowym.
Odpowiedzi te przetłumaczone zostały panu de Rohan, który czekał objaśnień, nie śmiał jednak o nie prosić.
U dworu trzeba się nieraz zadawalać odpowiedzią połowiczną, odpowiedź delfinowej nie była wystarczającą dla nikogo, lecz zdawała się zaspakajać wszystkich.
Filip zbliżył się do niej.
— Powolny rozkazom Waszej Królewskiej Mości — rzekł — przychodzę z żalem przypomnieć, że pół godziny, przez które chciała tu się zatrzymać, już upłynęło... i że konie są gotowe...
— Dobrze — rzekła z pełnym wdzięku ruchem — ale — dodała — cofam swe pierwotne postanowienie. Nie jestem zdolna odjechać teraz. Gdybym się przespała kilka godzin, zdaje mi się, że wypoczynek powróciłby mi siły.
Baron zbladł. Andrea spojrzała na ojca z niepokojem.
— Wasza Wysokość wie, jak schronienie to jest jej niegodne — wyjąkał baron de Taverney.
— O! proszę pana — odpowiedziała delfinowa głosem kobiety bliskiej zemdlenia — wszystko będzie dobre dla mnie, bylebym mogła wypocząć.
Andrea znikła natychmiast, ażeby przygotować pokój.
Nie był on ani największy, ani najozdobniejszy, lecz w pokoju młodej dziewczyny z arystokratycznego rodu, jaką była Andrea, choćby nawet tak biednej, jak ona, znajdzie się zawsze coś miluchnego, co widokiem swym sprawić może przyjemność innej kobiecie.
Każdy się cisnął do delfinowej, lecz ona z uśmiechem smutnym skinęła ręką, jakby nie miała sił powiedzieć, że chce być sama.
Wówczas wszyscy oddalili się po raz drugi Marja-Antonina patrzyła za odchodzącymi, dopóki nie znikli jej z oczu, poczem zadumana opuściła pobladłą twarz na piękną rękę.
Bo czyż nie były strasznemi te przepowiednie, towarzyszące jej wjazdowi do Francji?
Pokój, w którym zatrzymała się w Strassburgu, stanąwszy po raz pierwszy na ziemi, której miała być królową, przedstawiał na obiciu swem rzeź niewiniątek; burza, która w przeddzień wywróciła drzewo tuż przy jej powozie, a wreszcie te wróżby, dokonane przez człowieka tak niezwykłego, wróżby z tak tajemniczem po nich zjawiskiem, o którem, delfinowa postanowiła nie mówić nikomu!
W dziesięć niespełna minut powróciła Andrea.
Wracała, aby oznajmić, że pokój gotowy.
Nie sądząc, ażeby zakaz i jej dotyczył, Andrea weszła do altanki.
Przez kilka minut stała nieruchomo przed księżną, nie śmiejąc mówić, bo Jej Królewska Wysokość zdawała się pogrążoną w głębokiej zadumie.
Wreszcie Marja-Antonina podniosła głowę i z uśmiechem spojrzała na Andreę.
— Pokój Waszej Królewskiej Mości już gotów... błagamy ją tylko...
Delfinową nie pozwoliła dziewczęciu dokończyć.
— Bardzo pani dziękuję — rzekła. — Zawołaj z łaski swej hrabiny Langershausen i bądź nam przewodniczką.
Andrea wykonała zlecenie; stara dama honorowa zbliżyła się śpiesznie.
— Czy pani rozumie po niemiecku? — spytała Marja-Antonina.
— Rozumiem, Wasza Wysokość — odpowiedziała Andrea — a nawet trochę mówię.
— Doskonale! — wykrzyknęła delfinową z radością. — O! to wybornie się nadaje do mych projektów!
Andrea nie śmiała pytać dostojnego gościa, jakie są te projekty, jakkolwiek była wielce tego ciekawa.
Delfinową oparła się na ramieniu pani Langershausen i szła drobnym krokiem. Kolana zdawały się pod nią uginać.
Gdy wychodziła z altany, usłyszała głos pana de Rohan, jak mówił:
— Jakto! panie de Stainville, chcesz pan mówić z Jej Królewską Wysokością pomimo zakazu?
— Muszę — odpowiedział gubernator głosem stanowczym i przebaczy mi, jestem tego pewny.
— Doprawdy, nie wiem, czy powinienem...
— Pozwól przyjść naszemu gubernatorowi, panie de Rohan — wyrzekła delfinowa, ukazując się w otworze altany, jak pod łukiem triumfalnym zieleni; — panie de Stainville proszę.
Wszyscy uchylili głowy przed rozkazem Marji-Antoniny i usunęli się, ustępując miejsca szwagrowi wszechpotężnego ministra, który rządził wtedy Francją.
Pan de Stainville spojrzał dokoła, jak gdyby chciał dać do zrozumienia, że wiadomość jest poufna.
Marja Antonina zrozumiała, że gubernator pragnie z nią pomówić na osobności, zanim jednak skinęła, że chce pozostać sama, wszyscy się już oddalili.
— Depesza przyszła z Wersalu — wyrzekł, półgłosem p. de Stainville, podając delfinowej list, który zasłaniał swym haftowanym kapeluszem.
Delfinowa wzięła list i wyczytała na kopercie:
„Do pana barona Stainville, gubernatora Strassburga.
— List jest nie do mnie, lecz do pana — wyrzekła — rozpieczętuj go pan i przeczytaj, jeżeli zawiera coś, co mogłoby mnie obchodzić.
— List jest rzeczywiście adresowany do mnie, ale w tem miejscu na kopercie znajduje się znak umówiony ze szwagrem moim p. de Choiseul, wskazujący, że przeznaczony jest on tylko dla Waszej Wysokości.
— A! prawda! krzyżyk, nie zauważyłam go; daj pan.
Księżna otworzyła list i przeczytała co następuje:
„Przedstawienie pani Dubarry u dworu jest postanowione, jeżeli tylko znajdzie matkę chrzestną. Mamy pewne nadzieje, że jej nie znajdzie. Ale najlepszym sposobem, aby przeszkodzić tej prezentacji, byłoby przyśpieszenie przyjazdu Jej Królewskiej Wysokości. Gdy Jej Królewska Wysokość przybędzie do Wersalu, nikt nie ośmieli się pomyśleć o takim skandalu.
— Bardzo dobrze! — wyrzekła delfinowa — nie okazując ani najmniejszego śladu, iżby ten list choć cokolwiek ją obchodził.
— Wasza Królewska Wysokość spocznie? — spytała lękliwie Andrea.
— Nie! dziękuję pani — odrzekła arcvksiężna — orzeźwiło mnie świeże powietrze; widzicie, jak jestem teraz silna i jak czuję się dobrze.
Usunęła ramię hrabiny i postąpiła kilka kroków z taką szybkością i siłą, jakby jej nic nie było.
— Książę! — zawołała — jadę! P. de Rohan spojrzał ze zdziwieniem na pana de Stainville, jakby pytając go o wytłumaczenie tej nagłej zmiany.
— Jego Wysokość Delfin się niecierpliwi — szepnął gubernator do ucha kardynałowi.
Kłamstwo nodsunięte zostało z taką zręcznością, że pan de Rohan uważając tę wiadomość za bardzo drażliwą, zachował ją przy sobie.
Co do Andrei, ojciec przyzwyczaił ją do poszanowania dla wszelkiego kaprysu głowy ukoronowanej, nie zdziwiła ją więc zmiana zamiarów Marji-Antoniny.
Delfinową też, zwróciwszy się do niej, zobaczyła na jej twarzy tylko wyraz niewysłowionej słodyczy.
— Dziękuję pani — rzekła — gościnność wasza żywo mnie wzruszyła.
Poczem zwracając się do barona:
— Dowiedz się pan — dodała — że wyjeżdżając z Wiednia, uczyniłam ślub, iż zajmę się losem pierwszego francuza, którego spotkam na granicy Francji. Tym francuzem jest syn pański. Ale na tem się nie zatrzymam... panienka... Jakże na imię pańskiej córce?...
— Andrea, Wasza Wysokość.
— Nie chcę więc, ażeby panna Andrea została zapomniana...
— O! Wasza Wysokość — wyszeptało dziewczę.
— Tak, chcę z niej uczynić damę honorową; wszak jesteśmy w stanie wylegitymować ją odpowiednio, nieprawdaż? — mówiła dalej delfinowa, zwracając się do Taverney’a.
— O! Wasza Wysokość! — zawołał baron, widząc swe marzenia spełnione — o to niema obawy, bo szczycić się zawsze mogliśmy bardziej imieniem swem rodowem, niż majątkiem... ale takie szczęście...
— Należy się wam... Brat bronić będzie króla w wojsku, siostra mnie będzie dopomagać, ojciec dawać będzie synowi rady, jak być honorowym, córce jak być cnotliwą. Wszak godnych będę miała służebników, nieprawdaż? — mówiła dalej Marja-Antonina, zwracając się do młodzieńca, który za całą odpowiedź przyklęknął, bo wzruszenie stłumiło mu głos.
— Ale... — szepnął baron, gdyż on pierwszy ze wszystkich odzyskał zdolność spokojniejszego myślenia.
— Tak, pojmuję — odrzekła delfinowa — macie poczynić jakieś przygotowania, nieprawdaż?
— Bezwątpienia, Wasza Wysokość — odpowiedział Taverney.
— Przypuszczam jednak, że przygotowania te nie potrwają długo.
Smutny uśmiech, jaki przemknął po ustach Andrei i Filipa, a uwydatnił się z goryczą u barona, powstrzymał ją w tej rozmowie, która stawała się bolesną dla miłości własnej Taverney’ów.
— Zapewne że nie, o ile wnoszę z chęci waszej przypodobania mi się dodała delfinowa. — Zresztą, czekajcie, zostawię wam tu jedną z moich karet, pojedziecie nią za mną. Panie gubernatorze, dopomóż mi pan...
Gubernator zbliżył się.
— Zostawiam jedną z karet panu de Taverney, którego zabieram do Paryża z panną Andreą — wyrzekła delfinowa. — Wyszukasz kogo do towarzyszenia tej karecie, która nie przestanie należeć do mego orszaku.
— Natychmiast, Wasza Wysokość. Zbliż się, panie de Beausire.
Z pośród eskorty wyszedł młodzieniec lat dwudziestu czterech do pięciu, o chodzie pewnym, oku żywem i inteligentnem, i przystąpił z kapeluszem w ręku.
— Zachowasz pan karetę dla pana de Taverney — wyrzekł gubernator — i będziesz mu towarzyszył.
— Postaraj się pan, ażeby się z nami połączyli prędko — odezwała się delfinowa — upoważniam pana do częstszej zmiany koni w drodze.
Baron i jego dzieci zaczęli dziękować księżnej.
— Wszak nie jest bardzo przykrym dla pana ten odjazd? — spytała delfinowa.
— Jesteśmy na rozkazy Waszej Wysokości — odpowiedział baron.
— Do widzenia! do widzenia! — odrzekła Marja-Antonina z uśmiechem. — Do powozów panowie!... a pan, panie Filipie, na koń!
Filip ucałował rękę ojca, uściskał siostrę i wskoczył na siodło.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.