Józef Balsamo/Tom II/Rozdział XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XV
CZARY

Balsamo skłonił się uniżenie. Zaraz jednak, podnosząc głowę, pełną inteligencji i wyrazu, wpatrzył się badawczo, choć z uszanowaniem, jasnem swem spojrzeniem w delfinową i czekał w milczeniu, aż go zapyta.
— Jeżeli to pan jesteś, o którym nam mówił pan de Taverney — rzekła Marja-Antonina — to zbliż się pan, niech zobaczymy, jak wygląda czarownik.
Balsamo przystąpił jeszcze bliżej i po raz drugi się skłonił.
— Pan się trudnisz przepowiadaniem? — rzekła delfinowa, spoglądając na Balsama z ciekawością, większą może, niż chciała mu okazać, popijając mleko.
— Trudnić się tem nie trudnię, ale przepowiadam — odrzekł Balsamo.
— Wychowani zostaliśmy w świętej wierze — podchwyciła delfinowa — i jedyne tajemnice, w które wierzymy, są tajemnicami religji katolickiej.
— Godne czci niezawodnie — odpowiedział Balsamo z głęboką powagą. — Ale oto pan kardynał de Rohan powie Waszej Królewskiej Mości, jakkolwiek jest książęciem Kościoła, że nietylko te jedynie tajemnice zasługują na poważanie.
Kardynał drgnął. Nazwiska nie powiedział nikomu, nikt go też nie wymienił, a jednak cudzoziemiec je znał.
Marja-Antonina jednak jakby nie zauważyła tej okoliczności i mówiła dalej:
— Przyznasz pan jednak, że te są jedyne, które nie dadzą się zaprzeczyć?
— Pani — odpowiedział Balsamo, z tem samem wciąż uszanowaniem, ale też i z tą samą stanowczością — obok wiary jest pewność.
— Mówisz pan trochę niejasno, panie czarowniku; jestem dobrą Francuzką z serca, ale jeszcze nie z wykształcenia i nie rozumiem dobrze wszelkich subtelności języka; powiedziano mi wprawdzie, że pan de Bievre nauczy mnie tego, ale tymczasem będę pana prosiła, ażebyś był mniej zagadkowym, jeżeli chcesz, abym cię rozumiała.
— A ja — odparł Balsamo, wstrząsając głową z uśmiechem melancholijnym — prosić będę Waszą Królewską Wysokość, ażeby pozwoliła mi pozostać niejasnym. Zbyt przykro byłoby mi odsłonić tak dostojnej księżnie przyszłość, która, być może, nie odpowiada jej nadziejom.
— Ho! ho! to już coś poważniejszego — wyrzekła Marja-Antonina — pan chcesz podrażnić moją ciekawość, spodziewając się, iż będę się domagała postawienia horoskopu.
— Niech mnie Bóg strzeże, żebym został do tego zmuszonym — odrzekł Balsamo zimno.
— A tak? — podchwyciła delfinową ze śmiechem — bo to sprawiłoby panu niemały kłopot.
Ale śmiech księżny umilkł, nie wywołując echa wśród dworzan.
Wszyscy czuli na sobie oddziaływanie tego szczególnego człowieka, który był obecnie celem powszechnej uwagi.
— No, przyznaj się pan szczerze — podjęła delfinową.
Balsamo skłonił się, nic nie odpowiedziawszy.
— To pan jednak przepowiedziałeś przybycie moje panu de Taverney? — podchwyciła Marja-Antonina z lekką niecierpliwością.
— Tak, pani, to ja.
— Jakże to było, baronie? — spytała delfinowa, uczuwając potrzebę, ażeby inny jeszcze głos wmieszał się do dziwacznego djalogu, którego rozpoczęcia może żałowała, lecz którego nie chciała jednak przerwać.
— O! mój Boże! — odpowiedział baron — najprościej w świecie, patrzył tylko w szklankę z wodą.
— Naprawdę? — spytała delfinową, zwracając się do Balsama.
— Tak, pani — odrzekł tenże,.
— To pańskie medjum? No, przynajmniej niewinne; oby pańskie słowa były równie przejrzyste.
Kardynał uśmiechnął się.
Baron zbliżył się.
— Wasza Wysokość niczego się już nie nauczy od pana de Bievre — wyrzekł,.
— O! mój drogi gospodarzu! — odezwała się wesoło — nie pochlebiaj mi, albo praw mi lepsze komplimenta. Powiedziałam coś bardzo oklepanego, jak mi się zdaje. Powróćmy do pana.
I Marja-Antonina zwróciła się w stronę Balsama, ku któremu zdawała się ciągnąć ją nieprzeparta siła, pomimo jej woli, jak często ciągnie nas ku sobie miejsce, gdzie nas czeka jakieś nieszczęście.
— Jeżeli dla barona wyczytałeś pan przyszłość w szklance wody, czybyś pan nie mógł wyczytać przyszłości mojej w karafce?
— Wybornie — odrzekł Balsamo.
— Dlaczego więc odmówił pan przed chwilą?
— Bo przyszłość jest niepewna, a gdybym widział w niej jaką chmurę...
Balsamo zamilkł.
— Więc cóż? — zapytała delfinowa.
— Żal byłoby mi wtedy, jak już miałem zaszczyt powiedzieć, zasmucić Waszą Królewską Mość.
— Pan mnie już znałeś wprzód? gdzieżeś mnie pan widział po raz pierwszy?
— Miałem zaszczyt widzieć Waszą Królewską Mość jeszcze dzieckiem w jej kraju rodzinnym, obok jej dostojnej matki.
— Widziałeś pan moją matkę?
— Miałem ten zaszczyt; wspaniała to i potężna królowa.
— Cesarzowa, mój panie.
— Chciałem powiedzieć królowa z serca i z rozumu, a jednak...
— Zastrzeżenia i to względem mojej matki! — zawołała delfinowa z pogardą.
— Największe serca nie są wolne od słabości, zwłaszcza, kiedy im się zdaje, że chodzi o szczęście ich dzieci.
— Historja, mam nadzieję — rzekła Marja-Antonina — nie zapisze ani jednej słabostki Marji-Teresy.
— Bo historja nie będzie wiedziała tego, czego mogłaby się dowiedzieć tylko od cesarzowej Marji-Teresy, od Waszej Królewskiej Mości i ode mnie.
— Mamy jakąś tajemnicę we troje? — rzekła delfinowa z pogardliwym uśmiechem.
— We troje — odpowiedział Balsamo spokojnie — tak, we troje.
— Jakaż to tajemnica?
— Jeżeli ją powiem, to już tajemnicą nie będzie.
— Mniejsza o to, powiedz pan.
— Wasza Królewska Mość tego pragnie?
— Chcę.
Balsamo skłonił się.
— Jest w pałacu Schoöbruńskim — rzekł — pewien gabinet, który nazywają saskim, z powodu wspaniałych wazonów porcelanowych, jakie się w nim znajdują.
— Tak — odparła delfinową — i cóż dalej?
— Gabinet ten należał do osobistego apartamentu Jego Cesarskiej Mości, cesarzowej Marji-Teresy.
— Tak.
— W tym gabinecie pisuje zwykle swe listy osobiste.
— Tak.
— Na ślicznem biurku, podarowanem cesarzowi Franciszkowi I przez króla Ludwika XV.
— Dotąd wszystko, co pan mówisz, jest prawdą, lecz każdy może wiedzieć o tych szczegółach.
— Niech Wasza Królewska Mość raczy być cierpliwą. Pewnego dnia, było to zrana około godziny siódmej, cesarzowa jeszcze nie wstała, gdy Wasza Królewska Mość weszła do gabinetu skrytemi drzwiczkami, bo z pośród dostojnych cór Jej Cesarskiej Mości, Wasza Królewska Mość jest najukochańsza.
— Cóż dalej?
— Wasza Królewska Mość zbliżyła się do biurka. Wasza Królewska Mość musi to pamiętać, było to właśnie przed pięciu laty.
— Mów pan dalej.
— Wasza Królewska Mość zbliżyła się do biurka; leżał na niem list otwarty, który cesarzowa napisała w przeddzień.
— I cóż?
— Cóż? Wasza Królewska Mość przeczytała ten list.
Delfinowa zlekka się zarumieniła.
— A przeczytawszy... Wasza Królewska Mość była niezadowolona, z kilku wyrażeń, bo wzięła pióro i własną ręką...
Delfinowa zdawała się z niepokojem oczekiwać dalszego ciągu.
Balsamo mówił dalej:
— Przekreśliła trzy wyrazy.
— I jakież to były te trzy wyrazy? — żywo zawołała delfinowa.
— Były one na samym początku listu.
— Nie pytam o ich miejsce, gdzie się znajdowały, ale o ich znaczenie.
— Zbyt serdeczne wynurzenie uczuć, jak dla osoby, do której list był adresowany; to właśnie owa słabość, o jaką w danej okoliczności może być pomówiona dostojna matka Waszej Królewskiej Mości.
— Więc pamiętasz pan te trzy wyrazy?
— Pamiętam.
— Mógłbyś mi je pan powtórzyć?
— Dosłownie.
— Więc mi je pan powtórz.
— Głośno?
— Tak.
Moja droga przyjaciółko.
Marja-Antonina zbladła i przygryzła sobie wargi.
— Teraz rzekł Balsamo — czy chce Wasza Królewska Mość, ażebym jej powiedział, do kogo list ten był pisany?
— Nie, napisz mi pan to.
Balsamo wyjął z kieszeni notes z klamerką złotą, napisał kilka wyrazów ołówkiem, oprawnym w tenże metal, wydarł ćwiartkę papieru i, skłoniwszy się, podał ją księżnie, Marja-Antonina wzięła arkusik papieru i przeczytała:
„List adresowany był do kochanki Ludwika XV, pani margrabiny de Pompadour“.
Delfinowa podniosła zdumione oczy na tego człowieka, przemawiającego tak stanowczo, bez żadnego wzruszenia, na człowieka, który, choć się jej kłaniał, zdawał się od niej być wyższym, potężniejszym.
— Wszystko to prawda — powiedziała — i, chociaż nie pojmuję, jakim sposobem pochwyciłeś te szczegóły, nie umiem kłamać i powtarzam głośno, że to prawda.
— Niech zatem Wasza Wysokość — rzekł Balsamo — pozwoli mi oddalić się i niech poprzestanie łaskawie na tej próbie.
— Nie!... — odpowiedziała księżna — pragnę dowiedzieć się wszystkiego. Mówiłeś mi pan o przeszłości, proszę mi coś i o przyszłości powiedzieć.
Arcyksiężna wypowiedziała tych kilka słów z gorączkowem wzruszeniem, które napróżno ukryć usiłowała.
— Jestem gotów — powiedział Balsamo — spełnić rozkaz Waszej Wysokości, ośmielam się jednakże raz jeszcze błagać, abym nie był do tego zmuszanym.
— Nigdy dotąd nie powtarzałam po dwakroć chcą, a panu już to powiedziałam.
— Pozwól mi, Wasza Wysokość, poradzić się przynajmniej wyroczni — rzekł Balsamo błagalnie. — Niech się dowiem, czy wolno mi ujawnić tę przyszłość Waszej Królewskiej Mości.
— Czy dobra, czy zła, chcę ją wiedzieć, rozumiesz pan, chcę — odrzekła Marja-Antonina z wzrastającą niecierpliwością. W dobrą nie uwierzę, bo ją wezmę za pochlebstwo; złą uważać będę za przestrogę, za którą będę panu obowiązana. Zaczynaj pan!...
Arcyksiężna wypowiedziała te wyrazy tonem, niedopuszczającym żadnej perswazji ni zwłoki.
Balsamo wziął karafkę kulistą, z krótką i wąską szyjką, o której już mówiliśmy i postawił ją na złotym talerzu.
Oświetlona w ten sposób woda mieniła się kolorami tęczy i, jak się zdawało, przedstawiała jakieś znaczenie dla bacznie wpatrującego się w nią wróżbity.
Podniósł on karafkę, przez chwilę popatrzył na nią, znowu postawił na stole, potrząsając głową.
— I cóż? — zapytała arcyksiężna.
— Nie mogę mówić — odpowiedział Balsamo.
Twarz księżniczki przybrała wyraz, mówiący: „Bądź spokojny; wiem dobrze, w jaki sposób rozwiązuje się języki tym, którzy milczeć usiłują“.
— Nic zatem nie masz mi pan do powiedzenia? — zapytała głośno.
— Są rzeczy, których nienależy mówić książętom — odpowiedział Balsamo tonem, wyrażającym, że postanowił oprzeć się nawet rozkazom księżnej.
— Zwłaszcza — odpowiedziała małżonka delfina — jeżeli się nic nie wie.
— Nie, Wasza Wysokość, nie to mnie powstrzymuje.
Arcyksiężna pogardliwie się uśmiechnęła.
Balsamo był jakby zakłopotany.
Kardynał śmiał mu się w oczy, a baron szepnął:
— No, no, mój czarowniku, utraciłeś już widzę władzę i teraz czeka nas tylko widok tych złotych filiżanek, zmieniających się, jakby w bajce wschodniej, w liście winogradu.
— Wolałabym — odpowiedziała Marja-Antonina — zwyczajne liście winne, niż całą tę paradę, urządzoną przez tego pana, dlatego tylko, aby mi był przedstawionym.
— Wasza Wysokość — rzekł Balsamo śmiertelnie blady — raczy sobie przypomnieć łaskawie, że wcale o ten zaszczyt nie prosiłem.
— O! nie trudno się było domyślić, że cię zechcę zobaczyć.
— Przebacz mu, Wasza Wysokość, — odezwała się Andrea — sądził, że dobrze robi.
— A ja ci mówię, że bardzo zawinił — odparła księżniczka w sposób, aby ją usłyszał Balsamo tylko i Andrea. — Nie wolno mu było wywyższać się kosztem biednego starca. Delfinowej Francji przyjemniej byłoby napić się z cynowego kubka szlachcica, niż ze złotej czary szarlatana.
Balsamo wyprostował się i wstrząsnął, jakby ukąszony przez żmiję.
— Arcyksiężno — powiedział drżącym głosem — gotów jestem odkryć przyszłość, jeżeli Wasza Wysokość w swem zaślepieniu koniecznie tego żąda.
Wypowiedział to tonem tak pewnym i groźnym zarazem, że obecnym ścięła się krew w żyłach.
Arcyksiężna pobladła.
Gieb ihm kein Gehoer, meine Tochter[1] — odezwała się ochmistrzyni po niemiecku.
Lass sie hoeren, sie hat wissen wollen, und so soli sie wissen[2] — tym samym językiem odpowiedział Balsamo.
Słowa, wypowiedziane w narzeczu obcem, które zaledwie kilka osób zrozumiało, jeszcze więcej dodały tajemniczości położeniu.
— Owszem — rzekła arcyksiężna, sprzeciwiając się naleganiom ochmistrzyni — owszem, chcę, aby mówił. Gdybym mu teraz milczeć kazała, sądziłby, że mnie nastraszył.
Balsamo posłyszał te słowa i ponury lecz przelotny uśmiech zarysował się na jego ustach.
— Oto — szepnął fanfaronada.
— Mów pan — rzekła delfinowa — słucham.
— Wasza Wysokość nakazuje, abym mówił?
— Nigdy nie zmieniam postanowienia!
— Powiem to samej tylko Waszej Wysokości.
— Dobrze — odparła arcyksiężna. — Oddalcie się.
I na znak, dający do zrozumienia, że rozkaz dotyczył wszystkich, dwór się usunął.
— Jest to równie dobry sposób jak i każdy inny, zmierzający do uzyskania prywatnego posłuchania — powiedziała delfinową. — Nieprawdaż?
— Nie usiłuj, Wasza Wysokość, rozgniewać mnie odrzekł Balsamo. — Jestem jedynie narzędziem, którem Bóg się posługuje, aby cię oświecić. Nie obrażaj fortuny, bo ona mścić się umie. Ja jestem tłumaczem tylko jej wybryków. Nie racz, Wasza Wysokość, pamiętać mi ociągania się mojego, nie czyń mnie odpowiedzialnym za nieszczęścia, których mam być zwiastunem.
— Są zatem i nieszczęścia? — powiedziała arcyksiężna, ułagodzona pełnym szacunku zachowaniem się Balsama, i rozbrojona jego pozornem poddaniem.
— Tak, Wasza Wysokość, i to bardzo wielkie nieszczęścia.
— Mów wszystko.
— Jestem gotów.
— A więc?
— Racz zapytać, Wasza Wysokość.
— Czy rodzina moja będzie szczęśliwą?
— Ta, którą Wasza Wysokść opuściła, czy ta, która was oczekuje?
— Prawdziwa moja rodzina, matka Marja-Teiesa, brat Józef i siostra Karolina.
— Nieszczęścia wasze ich nie dosięgną.
— Więc te nieszczęścia będą moim tylko udziałem?
— Waszym i nowej rodziny Waszej.
— Czy można wiedzieć, jakiego to rodzaju nieszczęścia?
— W tej chwili.
— Rodzina królewska składa się z trojga książąt?...
— Tak jest.
— Książę de Berry, hrabia Prowancji i hrabia d’Artois.
— Istotnie.
— Jaki los tych książąt?
— Wszyscy trzej panować będą.
— Ja więc nie będę miała dzieci?
— Owszem.
— Ale nie synów?
— Będą i synowie pomiędzy dziećmi Waszej Wysokości.
— Pomrą zatem?...
— Jednego opłakiwać będziecie że umarł, drugiego, że pozostał przy życiu.
— Czy małżonek mój będzie mnie kochał?
— Będzie.
— Bardzo?
— Bardzo.
— Jakież nieszczęścia dosięgnąć mnie zatem mogą, jeżeli będę miała miłość męża i opiekę rodziny?
— Zabraknie wam jednej i drugiej.
— Pozostanie nu miłość i opieka ludu.
— Miłość i opieka ludu!.,. To ocean podczas ciszy... Widziała Wasza Wysokość ocean podczas burzy?...
— Czyniąc dobrze, zapobiegnę zerwaniu się burzy, a jeśli wybuchnie, pójdę razem z nią.
— Im wyżej piętrzą się bałwany, tem głębsza otchłań pod niemi.
— Bóg mnie obroni.
— Bóg nie broni tych, których skazał.
— Co pan mówisz, czyż nie będę królową?
— Dałby Bóg, abyś nią Wasza Wysokość nie była!
Młoda kobieta uśmiechnęła się pogardliwie.
— Racz posłuchać mnie dalej arcyksiężno, odezwał się Balsamo.
— Słucham — odpowiedziała delfinowa.
— Czy Wasza Wysokość zauważyła obicie w pokoju, w którym spędziła pierwszą noc, po wyjeździe do Francji?
— Pamiętam je — odpowiedziała delfinowa.
— Co przedstawiało to obicie?
— Rzeź!... Rzeź niewiniątek.
— Czy straszne oblicza siepaczy, nie pozostały w pamięci Waszej Królewskiej Mości?
— Przyznaję.
— A w czasie burzy nic Wasza Wysokość nie zauważyła?
— Piorun zgruchotał drzewo po lewej stronie karety, które, upadając, o mało nie zmiażdżyło mego powozu.
— To są właśnie przepowiednie — powiedział ponurym głosem Balsamo.
— Przepowiednie nieszczęścia?
— Trudno je inaczej tłumaczyć.
Arcyksiężna zwiesiła głowę na piersi i po chwili skupionego milczenia zapytała.
— Jaką śmiercią umrze mój mąż?
— Bez głowy.
— Hrabia Prowancji?
— Bez nóg.
— Hrabia d’Artois?
— Bez dworu.
— A ja?
Balsamo potrząsnął głową.
— Słucham... — rzekła delfinową — powiedz mi pan!
— Nie mam nic więcej do powiedzenia.
— A ja chcę, żebyś pan mówił!... — zawołała księżna, drżąc cała.
— Na litość! Wasza Wysokość!
— Mów!
— Nigdy! za nic nie powiem!...
— Mów pan — rzekła tonem groźby arcyksiężna — mów pan, albo powiem, że wyprawiasz śmieszną komedję. A niewolno, przypominam, robić sobie igraszki z córki Marji-Teresy, z kobiety... która trzyma w swych dłoniach losy trzydziestu miljonów ludzi.
Balsamo pozostał milczący.
— Zatem, nic nie wiesz pan więcej — powtórzyła księżniczka, wzruszając pogardliwie ramionami. — Wyobraźnia już się wyczerpała.
— Wiem wszystko — odrzekł Balsamo — a ponieważ Wasza Wysokość koniecznie tego żąda...
— Tak, żądam tego!
Balsamo wziął karafkę, umieścił ją w ciemnej wnęce sztucznej groty; potem, ująwszy rękę arcyksiężniczki, pociągnął ją pod cieniste sklepienie.
— Czy Wasza Wysokość gotowa na wszystko? — zapytał księżny, którą te przygotowania przejęły dziwnym lękiem.
— Tak.
— A więc na kolana, Księżno, i proś Boga, by oszczędził ci straszliwego końca, który zaraz ujrzysz.
Delfinowa machinalnie usłuchała i osunęła się na klęczki.
Gdy Balsamo swą różdżką dotknął kulistej powierzchni kryształu, we wnętrzu karafki zarysował się obraz ponury i okropny...
Delfinowa chciała się porwać z klęczek, lecz zachwiała się, wydała przeraźliwy krzyk i upadła zemdlona.
Po kilku minutach przyszła do przytomności, przesunęła ręką po czole, jakby chcąc zebrać wspomnienia i nagle wykrzyknęła z akcentem niewymownego przerażenia:
— Karafka!!!
Baron podał ją. Woda była przeźrocza i czysta, szkło bez najmniejszej plamy.
Balsamo znikł.

Przypisy

  1. Nie słuchaj go, moja córko.
  2. Pozwól jej pani, słuchać, chciała wiedzieć, będzie. wiedziała.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.