Józef Balsamo/Tom II/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XI
PANI I POKOJOWA

Stan, w jakim Nicolina powróciła do siebie, dalekim był od spokoju, jaki starała się okazywać. Była to dziewczyna próżna, zarozumiała, i łatwo mogąca się stać niebezpieczną, zwłaszcza, że posiadała wyobraźnię bardzo bujną, a głowę miała przewróconą książkami, jakie czytała bez żadnego zgoła wyboru.
Pogardliwy uśmiech, z jakim przyjęła zniewagę, wyrządzoną jej przez Gilberta, odbijał głębokie rany jej serca. Lubo była lekkomyślną, lubo żadnych zasad nie posiadała, zobojętnienie Gilberta, któremu się oddała bez zastrzeżeń, poniżyło ją we własnych oczach; pragnęła pomścić wyrządzoną sobie zniewagę. Ciężko była ukarana za swój błąd, lecz nie upadła pod ciosem. Była młoda, pełna ochoty do życia i miała zdolność łatwego zapominania, ułożywszy więc plan zemsty, zasnęła.
Pannę de Taverney surowiej naturalnie sądziła niż Gilberta. Ta dumna panna, która w klasztorze mówiła wy księżniczkom udzielnym, a ty hrabiankom i margrabiankom, a do osób niżej stojących wcale nie mówiła, ta statua marmurowa, inna z pozoru, a w gruncie rzeczy aż zanadto tkliwa, zdawała się jej nędzną i śmieszną gdy zstąpiła z piedestału dla takiego wiejskiego Pigmaljona jak Gilbert.
Trzeba zaznaczyć, że Nicolina dzięki sprytowi, właściwemu kobietom, czuła się tylko umysłowo niższą od Gilberta, lecz wyższą odeń pod każdym innym względem. Przewaga pierwsza kazała jej nie zważać na to, że ona, pokojowa barona, oddaje się chłopu prostemu.
Cóż dopiero jej pani, jeżeli rzeczywiście łączyły ją z Gilbertem ściślejsze stosunki?...
Nicolina wywnioskowała, że opowiedzieć baronowi o tem, co podpatrzyła, byłoby niedorzecznością, bo baron wypoliczkowałby chłopaka, a potem śmiałby się z tego wszystkiego. Gilbert przytem uważałby podobną zemstę za godną pogardy. Ale skazać tegoż Gilberta na cierpienia z powodu Andrei, pozyskać siłą poznanej tajemnicy władzę nad nimi i widzieć jak się rumienią pod wzrokiem pokojówki, stać się ich panią wszechwładną, wreszcie zmusić Gilberta do żałowania przeszłości, oto co pochlebiało dumie pokojówki, oto co się jej korzystnem zdawało i co przeprowadzić postanowiła.
Było już dość późno, gdy się obudziła świeża, lekka i rzeźwa. Ubrała się starannie jak zawsze, przejrzała w lustrze i przyszła do przekonania, że oczy ma dziś znacznie piękniejsze niż zwykle. Przekonała się również, że wargi jej nie zbladły, że różowiły się jak wiśnie w cieniu zadartego noska, że szyjka, starannie zawsze przed słońcem zakryta, miała białość liiji, że bogactwu gorsu i wcięciu figurki nic zgoła wyrównać nie jest w możności.
Widząc się tak piękną, Nicolina osądziła, iż potrafi łatwo wzbudzić zazdrość w Andrei i udała się do jej pokoju, będąc raz na zawsze upoważniona do budzenia jej, jeżeli się sama nie obudzi o siódmej rano.
Andrea leżała wyciągnięta na łóżku. Była blada, a czoło miała zlane potem obficie. Oddychała z trudnością i od czasu do czasu rzucała się w ciężkim śnie z niewyraźnym jękiem.
Nicolina wpatrywała się w śpiącą z wielką uwagą i musiała przyznać, że piękność to, z którą niepodobna iść w zawody.
Podeszła do okna i podniosła sztory.
Fala światła zalała pokój; powieki Andrei zadrżały.
Zbudziła się i chciała podnieść, ale uczuła nadzwyczajne znużenie i ból tak ostry, że padła na poduszki bezwładnie.
— Boże Wielki! co pani jest? — zawołała Nicolina.
— Musi być już dość późno... — odezwała się Andrea, przecierając oczy.
— Istotnie, spała pani o całą godzinę dłużej niż zwykle.
— Co mi jest? — szepnęła Andrea, spoglądając dokoła, jakby się chciała upewnić gdzie jest. — Czuję się zupełnie rozbita. Boli mnie w piersi.
Nicolina spojrzała na nią bystro.
— Widocznie zaziębiła się pani w nocy.
— W nocy? — odrzekła Andrea zdziwiona — Ach! — zawołała, spostrzegłszy nieład w ubraniu — to ja nie rozbierałam się widać wcale; a to znowu co znaczy?
— Czy ja wiem, niech pani raczy przypomnieć sobie.
— Nic a nic nie pamiętam — powiedziała Andrea, chwytając się za głowę. — Co mi jest? Czym zmysły straciła, czy co...
Wyprostowała się i zaczęła znowu rozglądać się dokoła nieprzytomnie. A po chwili z widocznym wysiłkiem dodała:
— A tak! przypominam sobie, byłam wczoraj bardzo zmęczona i wyczerpana... Zapewne to skutek burzy, a potem...
Nicolina wskazała na łóżko, pogniecione, ale nierozebrane.
Andrea myślała tymczasem o nieznajomym, który tak dziwnie patrzył był na nią.
— A potem?... — podchwyciła Nicolina z udanem współczuciem. — Pani coś bodaj przypomniała sobie...
— Potem — rzekła Andrea — usnęłam na taborecie przy fortepianie i odtąd nic już zgoła nie pamiętam. Zapewne powróciłam rozespana, rzuciłam się na łóżko w ubraniu i tak zasnęłam znowu.
— Trzeba mnie było przywołać — rzekła Nicolina słodziutko — jestem przecie pokojówką pani.
— Widocznie nie miałam siły — odparła Andrea ze szczerością nieudaną.
— Hipokrytka! — mruknęła Nicolina, a głośno dodała:
— Pani bardzo długo siedziała przy fortepianie, bo dobrze już było późno, gdy posłyszałam szelest i zeszłam na dół. — Urwała, mając nadzieję, że znak jakiś lub rumieniec zdradzi jej panią. Andrea pozostała jednak całkiem spokojna; na jej pięknej twarzy, jak w przezroczem zwierciadle, odbijała się wyraźnie piękna jej dusza.
— Zeszłam na dół... — powtórzyła Nicolina.
— No i co? — zapytała Andrea.
— I nie zastałam pani przy fortepianie.
Andrea podniosła głowę; w jej pięknych oczach malowało się zdziwienie.
— Nic a nic nie pojmuję! — powiedziała.
— Tak jednak było, jak mówię.
— Mówisz, że nie byłam w salonie, kiedy ani na krok nigdzie się stąd nie ruszałam.
— Wybaczy pani... — powiedziała Nicolina.
— Więc gdzież byłam?
— Pani musi to lepiej wiedzieć ode mnie — odrzekła Nicolina, wzruszając ramionami.
— Mylisz się, moja Nicolino — zauważyła Andrea ze słodyczą. — Nie wstawałam wcale z taboretu. Przypominam sobie to tylko jedynie, że doznawałam zimna, że byłam trochę ociężała i że było mi bardzo trudno chodzić...
— O! — rzekła Nicolina złośliwie — o ile ja widziałam, to chodziła pani doskonale.
— Widziałaś mnie?
— Na własne oczy, proszę pani...
— A przed chwilą utrzymywałaś, że nie zastałaś mnie w salonie?
— Nie w salonie też widziałam panią.
— Gdzież zatem?
— W przedsionku przy schodach.
— Co? — zawołała Andrea.
— Przecież znam chyba panią — rzekła Nicolina z udanym dobrodusznym uśmiechem.
— A ja pewna jestem, żem się nigdzie nie ruszała z salonu, — odparła stanowczo Andrea.
— Ja zaś jestem pewna, — oświadczyła Nicolina — żem widziała panią w przedsionku. Myślałam nawet — dodała, wpatrując się bacznie w Andreę, — że pani wracała z ogrodu. Tak było pięknie po burzy. Miło jest przechadzać się w nocy po parku, powietrze daleko jest świeższe, kwiaty pachną daleko silniej, nieprawdaż, proszę pani?
— Wiesz dobrze, że nie poszłabym za nic w świecie w nocy do ogrodu — odparła Andrea ze śmiechem — bom zanadto na to bojaźliwa!
— Można mieć przecie towarzystwo — odpowiedziała złośliwie Nicolina.
— Co takiego?... — zapytała Andrea, nie domyślając się, że jest badaną przez Nicolinę. Ta ostatnia uczuła, że nie wypada zapuszczać się głębiej. Zimna krew Andrei wydała się jej szczytem obłudy i prawie ją przeraziła.
Postanowiła zmienić rozmowę.
— Wspomniała pani przed chwilą, że się czuje cierpiącą... — zaczęła.
— Rzeczywiście — odpowiedziała Andrea — czuję się osłabiona i zmęczona i to bez przyczyny. Wczorajszy wieczór spędziłam przecie tak samo jak zawsze. Może ja zachoruję?
— O, proszę pani — odezwała się Nicolina — bywają nieraz zmartwienia...
— Co? zmartwienia?...
— Sprowadzają one ten sam zwykle skutek co największe zmęczenie. Znam ja się na tem proszę pani.
— Alboż ty masz jakie zmartwienie, moja Nicolino?
— O! i jakie jeszcze, proszę pani — odpowiedziała służąca, spuszczając obłudnie oczy.
Andrea powstała z łóżka i zaczęła się przebierać.
— Opowiedzże mi, jakie to mianowicie masz zmartwienia? — rzekła do pokojówki.
— Właśnie miałam ten zamiar — odezwała się Nicolina i urwała...
— Mów,, mów... coś taka wylękniona!
— Ja wylękniona, a pani zmęczona; o my obydwie bardzo cierpimy.
To „my“ dotknęło Andreę, więc zmarszczyła brwi surowo.
— Ach! — wykrzyknęła.
Nicolina nie zmieszała się wcale tym wykrzyknikiem.
— Skoro pani życzy sobie — odpowiedziała — to zaczynam.
— Ciekawam co to takiego — rzekła Andrea.
— Mam wielką ochotę wyjść zamąż. proszę pani — odezwała się Nicolina.
— Toż nie masz jeszcze lat siedemnastu?
— Pani ma szesnaście dopiero.
— Więc cóż z tego?
— A jednak nieraz pani myśli zapewne o mężu.
— Skądże to przypuszczenie? — zapytała szorstko Andrea.
Nicolina chciała odpowiedzieć takim samym tonem, ale znała Andreę i wiedziała, że w takim razie nic się już więcej nie dowie.
— Naprawdę, to nie mogę przecie wiedzieć, co pani myśli, boć jestem chłopką tylko i mogę się chłopskim tylko rządzić rozumem.
— Cóż zatem?
— Przypuszczam że pokochać kogoś i starać się być pokochaną, to rzecz całkiem naturalna.
— Zapewne, cóż dalej?
— Otóż kocham kogoś, proszę pani.
— A ten ktoś, czy kocha cię także?...
— Zdaje mi się, proszę pani.
Pomyślała, że wypada jej wyraźniej nieco określić swój stosunek i dodała:
— Jestem nawet pewną tego, proszę pani...
— No to dobrze; widocznie nie tracisz w Taverney czasu napróżno.
— Bo muszę myśleć o swojej przyszłości. Pani zupełnie co innego, na panią łatwo może spaść majątek po jakim bogatym krewnym, ale ja nie mam krewnych i czego sama sobie nie zdobędę, tego z pewnością nie będę miała.
Objaśnienie to wydało się tak szczerem Andrei, że zapomniała o niestosownem zachowywaniu się pokojówki i, dając folgę zwykłej swej dobroci, zapytała:
— No, a za kogo chcesz wyjść zamąż, moja droga?
— Za kogoś, kogo pani zna doskonale.
— Znam? — powtórzyła baronówna.
— Doskonale.
— Któż to zatem?
— Obawiam się, czy mój wybór podoba się panience.
— Mnie?
— A no tak, panience.
— Więc go chyba za niestosowny uważasz?
— Wcale nie, proszę pani...
— Mów zatem szczerze — dobra pani obowiązana jest dbać o dobro swojej sługi, a ja zupełnie jestem zadowolona z ciebie.
— Dziękuję pokornie panience!...
— Mów tylko prędko, co masz powiedzieć, i dokończ mnie sznurować.
Nicolina zebrała całą odwagę i całą swoją przenikliwość.
— Ha, dobrze — rzekła — powiem, skoro pani każe. Kocham Gilberta, proszę pani.
Ku wielkiemu jej zdziwieniu, Andrea ani drgnęła nawet.
— Gilberta, syna mojej mamki?
— Tak jest, proszę pani.
— Za niego więc chcesz wyjść?
— Za niego, proszę pani.
— A on cię kocha?
Nicolina przypuszczała, że nadeszła chwila stanowcza.
— Przynajmniej powtarzał mi to Bóg wie ile razy.
— No to idź za niego — oświadczyła spokojnie Andrea — ja nic a nic nie mam przeciwko temu. Tyś sierota, on sierota, możecie więc sami rozporządzać sobą.
— Zapewne — wyjąkała Nicolina i osłupiała.
— Jakto, czy panienka naprawdę pozwala?
— Z całego serca, pomimo żeście tacy jeszcze młodzi...
— Będziemy za to dłużej żyć ze sobą.
— Czy tylko będziecie mieli z czego żyć?
— Będziemy pracować, proszę pani.
— Cóż on będzie robił, naprzykład, kiedy jest do niczego...
Nicolina straciła cierpliwość; to, jak jej się zdawało, udawanie oburzyło ją okrutnie.
— Panienka — rzekła — pozwoli sobie powiedzieć, że bardzo źle traktuje biednego Gilberta.
— Na nic innego nie zasługuje ten próżniak.
— O pani! on ciągle czyta i bardzo się pragnie kształcić.
— Nie jest dobry — dodała Andrea.
— Nie dla panienki chyba, — odrzekła złośliwie Nicolina.
— Jak to rozumiesz?
— Pani to chyba wie najlepiej, skoro mu każe polować.
— Ja?
— Nieraz o dziesięć mil od domu...
— Prawda, przyznaję, że nigdy nie zwracałam najmniejszej nawet uwagi...
— Na zwierzynę? — podchwyciła szyderczo Nicolina.
Andrea rozśmiałaby się była może z tego żartu i nie domyśliła żółci ukrytej w sarkazmie pokojówki, ale znajdowała się, jak wiemy, w niezwykłem usposobieniu umysłu. Nerwy jej drżały jak struny przeciągnięte, dreszcze ją przechodziły; najmniejszy wysiłek umysłowy sprawiał jej utrudzenie.
— Co znaczy ten jakiś dowcip? — zapytała, odzyskując naraz jasność myśli.
— Ja nie jestem wcale dowcipna, panienko — odpowiedziała Nicolina — ja biedna dziewczyna wiejska, mówię to tylko, co widzę własnemi oczyma.
— Cóż więc takiego widziałaś?
— Że Gilbert taki jest uprzedzający dla pani.
— Gilbert jest sługą i spełnia tylko powinność swoją, cóż dalej?
— Nie jest on służącym, bo żadnej płacy nie pobiera.
— Syn dawnych dzierżawców naszych, służy za życie i mieszkanie, ale nic nie robi za to. Do czego ty zmierzasz jednakże i dlaczego usiłujesz bronić tego chłopaka, na którego nikt nie napada przecie?...
— O! wiem, że pani nań nie napada — odpowiedziała Nicolina ze zjadliwym uśmiechem — przeciwnie!...
— Co to jest?... co to za półsłówka jakieś, których wcale nie rozumiem.
— Bo widocznie nie chce panienka rozumieć.
— Dosyć tego... moja panno — oświadczyła Andrea surowo, wytłumacz mi się natychmiast.
— Pani wie z pewnością lepiej, niż ja, o co chodzi...
— Nic nie wiem, a przedewszystkiem nie myślę się niczego domyślać, bo nie mam czasu ani ochoty wdawać się w jakieś dyskusje z tobą. Rozumiesz?!.. Chcesz mego pozwolenia na małżeństwo? tak czy nie?
— Chcę, aby pani nie miała mi za złe, że Gilbert mnie pokochał.
— A mnie to co obchodzi, czy on cię kocha, czy nie kocha? Co to jest, moja panno?...
Nicolina stanęła na palcach jak młody kogut.
Złość długo hamowana, wybuchła tem gwałtowniej.
— Zapewne raczyła pani oświadczyć już to samo Gilbertowi?
— Czyż ja wdaję się w jakie rozmowy z tym twoim Gilbertem, moja panno, zwarjowałaś czy co?...
— Jeżeli pani z nim nie rozmawia, to chyba od bardzo niedawna.
Andera zbliżyła się do Nicoliny i zmierzyła ją od stóp do głów pogardliwie.
— Całą godzinę już prawisz mi impertynencje jakieś; dość tego, mów natychmiast, co to znaczy...
— Ależ... — bąknęła Nicolina zmieszana trochę.
— Utrzymujesz, że rozmawiałam z Gilbertem.
— Tak proszę pani, utrzymuję.
To, co uważała za rzecz nieprawdopodobną, obecnie przyszło Andrei do głowy.
— Ta biedaczka bawi się w zazdrość — krzyknęła i parsknęła gwałtownym śmiechem. Bądźże spokojna, panno Legay, tak mnie mało obchodzi twój Gilbert, że nie umiałabym powiedzieć, jakiego koloru ma oczy!
Andrea była gotowa przebaczyć śmiesznej dziewczynie nie impertynencję już, ale szaleństwo.
Nie tego jednakże pragnęła Nicolina, nie żądała ona bynajmniej przebaczenia.
— Zapewne — odrzekła — w nocy niepodobna dojrzyć koloru.
— Co takiego? — Krzyknęła Andrea zaczynając coś rozumieć, ale nie mogąc w to uwierzyć.
— Powiadam, że jeżeli rozmawia pani z Gilbertem tylko w nocy, tak, jak to wczoraj miało miejsce, to niema w tem nic nadzwyczajnego, że pani dobrze rysów twarzy jego nie rozróżnia.
— Wytłumacz mi się natychmiast! — zawołała Andrea śmiertelnie blada.
— To bardzo łatwo, proszę pani — rzekła Nicolina, straciwszy zimną krew. — Widziałam dzisiejszej nocy...
— Czekaj — przerwała Andrea, woła mnie ktoś z dołu.
Rzeczywiście głos jakiś zawołał:
— Andrea! Andrea!
— To pan baron i ten nieznajomy, który tu nocował.
— Zejdź, powiedz, że nie mogę się odezwać, bo jestem słaba i znużona i wracaj mi natychmiast, abym mogła skończyć tę dziwaczną rozmowę z tobą.
— Andreo! — zawołał znów baron — pan de Balsamo pragnie cię powitać!
— Idź — powtórzyła Andrea, pokazując pokojówce drzwi z gestem królowej.
Nicolina spełniła rozkaz bez słowa.
Skoro tylko wyszła za drzwi, Andreę owładnęło znowu jakieś niewytłumaczone uczucie i, lubo postanowiła się nie ukazać, pociągnięta siłą jakąś nieprzezwyciężoną, podeszła do okna i spostrzegła pana Balsamo, kłaniającego się uniżenie a jednocześnie patrzącego w nią natarczywie.
Zachwiała się i była zmuszoną oprzeć się o okiennicę, aby nie stracić równowagi.
— Dzień dobry panu!... — zawołała w chwili, gdy Nicolina oznajmiała właśnie baronowi, że panna. de Taverney czuje się słabą i odpowiedzieć nie może.
Pokojówka nie była w stanie zdać sobie sprawy z tej kapryśnej sprzeczności.
Prawie jednocześnie Andrea wyczerpana, padła na fotel..
Balsamo ciągle się w nią wpatrywał.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.