Przejdź do zawartości

Illuminacya

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ludwik Kondratowicz
Tytuł Illuminacya
Podtytuł Wspomnienie z deszczu
Pochodzenie Poezye Ludwika Kondratowicza/Tom III
Wydawca Wydawnictwo Karola Miarki
Data wyd. 1908
Miejsce wyd. Mikołów-Warszawa
Źródło Skany na Commons
Indeks stron

ILLUMINACYA.

WSPOMNIENIE Z DESZCZU
GAWĘDA LUDOWA.


I.

Nastały nieskończone jesienne wieczory,
 Natura drzemie!

Pochmurniały Niebiosa, i deszcz lunął spory
 Na suchą ziemię.
Po wilgotnej przestrzeni grzechotka pocztowa
 Jęczała płaczem.
Mnie z dumkami obiegła tęsknota grobowa,
 Pan Bóg wie za czem!
Jak ten wietrzyk jesienny, co szumi na drzewie,
 To w polu krąży,
Tak i myśl rozrzewniona sama siebie nie wie,
 Skąd? dokąd dąży?
minionej przeszłości marzy się coś — marzy
 Dumka głęboka;
I czy to kropla deszczu bryzgnęła po twarzy?
 Czy to łza z oka?
Zawstydziłem się płaczu, zamknąłem powieki —
 Było mi ciemno;
I obraz zapomniany, miniony, daleki
 Stanął przede mną.

II.


Dawno, dawno, przed laty, było jak w tej chwili,
 Noc, jesień, deszcze;
Tylko wtedy na sercu było jeszcze milej
 I raźniej jeszcze.
U moich towarzyszów zamiar się ułożył
 Jechać na łowy;
A choć zgoła na strzelca Pan Bóg mnie nie stworzył,
 Szedłem gotowy.
Ułożyłem do drogi bez długich wymówek
 Wszystko co trzeba:
Wziąłem książkę i lulkę, papier i ołówek,
 I kawał chleba.
I wesoło z chychotem puściwszy się w drogę,
 Skracamy chwile.
A do lasu, gdzie jedziem - przypomnieć nie mogę,
 Dwie czy trzy mile.
Przemokliśmy do nitki, bo deszcz lał jak z kadzi;
 Broń nasza moknie...

A jacyż my szczęśliwi jak byliśmy radzi
 Ze światła w oknie!
W chatce gościnny strzelec osuszał nam suknie,
 Sprawił wieczerzę;
A gdy z myśliwskiej flaszy raz i drugi stuknie,
 Gawędził szczerze.
Matka jego, pomimo starości i bólu,
 Postać nielada,
O nieświeskim przepychu o księciu Karolu,
 Cuda nam gada.
Bo widziała naocznie wszystkie tamte dziwy
 Jeszcze z dziecięcia,
Kiedy Stanisław August, król pan miłościwy,
 Odwiedzał księcia.
Na dzisiejsze wypadki prawie jak umarła,
 Tamtemi pała, —
Jedną swoja powieścią serce mi rozdarła
 I łzę wylała.
Powiastka skromna, prosta z wątku i osnowy,
 Z łez i goryczy;
Powtórzę ją przed wami jej własnemi słowy:
 Słuchaj, kto życzy.

III.


— Ot, co to! Książę Karol, można mówić śmiało,
 Morze miał groszy!
I oko nie widziało, ucho nie słyszało
 Takich rozkoszy.
Żyje stary Lachowicz, Szybicki Bazyli,
 Bukowski szatny:
Ci niechaj wam powiedzą, jak w tę porę żyli,
 Jak był człek płatny.
Co szło ptastwa na kuchnię, co miodu, co wina,
 A co kapeli!
Jakie bywało książę dziwy rozpoczyna,
 Gdy się podchmieli!

Ot wiadomo, z rozkoszy szaleją bogacze,
 Szumią magnaci;
A za to biedny człowiek bolesno zapłacze,
 Gorzko przypłaci.

IV.


Bywało to w drugim roku po mojem zamęściu
 (Jak dzisiaj pomnę),
A człowiek zawsze w biedzie i zawsze w nieszczęściu
 Wiódł życie skromne.
Z niedolą całe życie łamie się i łamie,
 Płacze kryjomu...
Mój mąż służył za stróża tuż przy Słuckiej bramie,
 W Arona domu.
W Nieświeżu, święty Karol to feta nielada,
 Gości najwięcej;
Trzeciego czy czwartego jakoś listopada,
 Patron książęcy.
Mąż pojechał... (nie pomnę), do Słucka, do Naczy...
 Aha!... do Klecka;
A Pan Bóg miłosierny udzielić nam raczy
 Pociechy z dziecka.
Urodził się syn pierwszy... kubek w kubek po nim,
 Jak z Nieba spada;
Ksiądz lektor bernardyński ochrzcił go Antonim
 Imieniem dziada.
Złoto — mówię — nie Antoś te późniejsze dzieci,
 Schowaj się z niemi!
Dziś spróchniał — może nawet szkieletem nie świeci
 W surowej ziemi.
A żyłby może dotąd... Dzień imienin księcia
 Wszystko odmieni.
Przyszła ospa — zwyczajna choroba dziecięcia,
 Jak raz w jesieni.
No, uważasz jegomość, ospęby nareszcie
 Przebył swobodnie;
Ale na święty Karol nakazano w mieście
 Palić pochodnie.

Zamek od świec jarzących jak latarnia gore,
 Tam bieży tłuszcza;
A rektor jezuicki pod wieczorną porę
 Fajerwerk puszcza.
Na grobli mają szpilkę przy kagańców mnóstwie
 Znalazłbyś pono;
A w mieście, jak mówiłem, przy każdem domostwie
 Pochodnie płoną.
Słupy przy każdym domu wkopano do ziemi,
 Lampa na słupie,
I wszyscy stróże domów siłami wspólnemi
 Pracują w kupie.
O biednaż moja głowa! mój słupek nie gore,
 Spóźniłam trocha;
Musiałam zakołysać moje dziecko chore,
 Mego pieszczocha.
A pamiętam, że była z ulicy na dole
 Nasza siedziba.
Stuka tedy do okna z ratusza pacholę,
 Aż pękła szyba.
— Hejże stróżu! pal światło, jak raczył zalecić
 Pan burmistrz miasta!
Nie wiem, czy tulić dziecię, albo ogień świecić —
 Biedna niewiasta!
Tam ogniów i tak dosyć, tu chora dziecina —
 Boli mię dusza!
Wtem przypada do izby, w plecy mię zacina
 Sługa z ratusza.
Wybiegam na ulicę, rozpalam pochodnię,
 Wiatr ją zadyma.
Patrzę w okno — tam dziecię drętwieje i chłodne
 Tuż przed oczyma.
I krzyczy w niebogłosy, czernieje jak sadza,
 Serce się kroi:
Chcesz pobiedz — ale tutaj ratusza władza
 Nad karkiem stoi.

Rozdmuchywam pochodnię, a wicher ją gasi,
 Mój słupek w ciemnie!
Pachołek grzmoce w plecy, a stróżowie nasi
 Śmieją się ze mnie!
Ich kagańce goreją, a mój ciągle gaśnie!...
 Ze łzą goryczy
Rozpaliłam kaganiec — a mój chłopak właśnie
 Najmocniej krzyczy.
Wiatr przez rozbitą szybę zawiał do kołyski
 Mojego zucha —
Śmierć z wiatrem naleciała, bierze go w uściski
 A matka słucha!...
Ale nie może spieszyć bo tu ogień gaśnie,
 Pachołek strzeże...
O dwunastej godzinie dały z armat właśnie
 Zamkowe wieże.
Tam wykrzyka wiwaty i chyli węgrzyna
 Gości gromadka;
A tu ogień rozpala, opłakując syna,
 Zbolała matka.
Z zamku przywożą beczki trójniaku starego
 I wina stare,
I sławetni mieszczanie aż pod ratusz biegą
 Wychylić czarę.
A kiedy wszyscy krzyczą: Vivat mości książę,
 W sukcesów drodze!
Ja do mojej dzieciny, do kolebki dążę...
 Trupa znachodzę!
A nazajutrz, gdy każdy imieniny księcia
 Wspominał szczerze,
Ja niosłam na mogilnik trumienkę dziecięcia,
 Mówiąc pacierze.
I długo, długo jeszcze dusza zapamięta
 Te huki całe:
Żółtą jak wosk twarzyczkę i żółte rączęta,
 W krzyku skostniałe.

Umarł... tak już sądzono — nie zaś z czyjej winy,
 Broń Panie Boże!
Ale huczne przed laty były imieniny
 W nieświeskim dworze.
 1856. Borejkowszczyzna.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Kondratowicz.