Hymn do nocy (Tarnowski)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Tarnowski
Tytuł Hymn do nocy
Pochodzenie Poezye Studenta Tom I
Data wydania 1863
Wydawnictwo F. A. Brockhaus
Miejsce wyd. Lipsk
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
HYMN DO NOCY.


O! kędyż stąpasz z źrenicą ponurą,
Kapłanko grobów z orszakiem twych gwiazd? —
Piersi twe ciche obleczone chmurą,
Jak wielki orzeł nie tej ziemi gwiazd.

I skrzydło twoje olbrzyma polotem
Powstaje z grobów stęsknione —
Nocy! — za gwiazd kołowrotem
Gonią źrenice omglone! —
Pod płaszcz twój wielki tulisz pielgrzymia dziewico.
Westchnienia tych milionów co śpią zmordowane —
I nad skronie ich zlewasz sny duszy, źrenicą
Uczute — chwilą później jak twój cień rozwiane! —
Dla tych co milczą w cierpieniu,
Dasz pocałunek anioła —
A na tęskniących westchnieniu
Spływasz i uchylasz czoła,
Jasnego jak nów nad twem czołem blady,
Powitany przez Plejady —
A zbrodniarzy oczom ducha
Ciskasz mary zszatanione,
Wrzaski których piekł o słucha
I furje zkajdanione —
I kiedy człowiek senny rzuci łoże,
By swe sumienie zgasić w twojej rosie,
Ha! — piorun słyszy w każdym twoim głosie:
Zatargniesz jego sumienia obroże —
Bo kiedy czarna dusza śród ciemności
Usłyszy cichą fujarkę pasterza,
Która się modli tonami rzewności
Czystością myśli sielskiego pacierza —
O! wtedy w gwiazdy patrząc z trwogą trwóg,
Zaryczy: Jest! Jest Bóg! —
I trącisz arfy twojej strony szeleszczące
Listków miliony,
Łezkami rosy gnieżdżące
Z pod twej zasłony —
I tęskno poseł twych grobowych wieści —
Sowa zajęczy głucho, w śmiechy przytłumione
Głosem sumienia — boleści
Jak dziecię ręką matki zbrodniarki duszone!
I czarno w duszy człowieka —
O! czarniej jak o twem spojrzeniu,

I sam przed sobą ucieka,
Jak przed zwierzęciem drapieżnem.
Po gwiazd nie spojrzy sklepieniu
Co drży, błękitem bezbrzeżnym! —

Tam z okna mroku owianego cieniem
Słychać strun — brzmienia samotne, żałosne,
I pieśń młodzieńcza, wezbranym strumieniem,
Płynącą z młodej piersi w życia wiosnę —
A w cieniów nocy namiętnej toni
W ciemnościach postać młodzieńca.
A arfa w jego gorącej drży dłoni —
A skronie jego jak w wieńca
Objęciu, w burzy zapale
W młodości czarownej chwale!
On w gwiazdy goni swemi spojrzeniami,
Girlandy duchów wezwał zaklęciami,
Bijąc się w piersi czuje za miliony —
I za nich cierpi gdy targa swe strony,
A ich melodja krótka, szorstka, dzika
Jak spowiedź w skałach ducha samotnika —
Jak pracy w święcie bolesne wcielenie —
Ostatni uśmiech — najpierwsze westchnienie!
Nocy! kochanko jego — ty namiętnie
Usta mu kładziesz na rozwianem czole,
Przerzucasz góry — i twe skarby chętnie,
By w nich źrenice łysnęły sokole! —
Ale on woli szturmu dziką chwilę
Nad tryumfów chwały,
I w spienionych falach życia
Prując ramion objęciem rozburzone wały,
Ku bliskim brzegom pogląda niemile
Przeklina, depcze, czasu powicia! —

Nocy! znów widzisz śród twojej drogi
Dziewczynę na łożu klęczącą,
W ciemnościach cichej, serdecznej trwogi,
W modlitwie ręce łamiącą —

W tęsknocie o pokój duszy
Po pana cicho łkającą.
Któż jej łzy młode osuszy?
Kto z czoła zwieje walkę burz?
Ty — i anioł stróż! —
Ty sen anielski, uroczy,
Rucisz na błędne jej oczy —
A jasny anioł jej niebo
W górze okaże z gwiazdami. —
Że pierś nakryje dłoniami —
I odtąd już jej potrzebą
W murów zaciszy ustronnej,
Tak z dłońmi na piersi białej
Modlić się w szacie zakonnej
Do matki światów wspaniałe; —

Tam starzec nad księgą starą
Chłodu zorany marszczkami,
Co się dawno rozstał z wiarą,
Spojrzał na niebo gwiazdami
Zasiane — i w trupią głowę
Ręką się suchą uderzył. —
Na karty pergaminowe
Skroń spuścił z jękiem — już nie żył!
A ty do więźnia znów kraty
Zbliżasz się cicha, urocza,
Na skronie rzucasz snów kwiaty,
Obraz przeszłości prorocza.
Powracasz jego źrenicy
Te dawne rodzinne —
Chwile niebieskie dziecinne —
Szum lipy — matki piosenki
I dzwon co brzmiał w okolicy,
I jako dziecię justrzenki
Z tęczy anielstwa przędzione,
Pierwszej kochanki marzone
Oczy — i uśmiech i łezki. —

I zdrój skalisty szumiący —
I umysł młody marzący
Anielski, cichy, niebieski!
Lecz więzień szarpnięciem ręki
Co chciał na sercu położyć
Obudził łańcucha dźwięki —
A w śmierć życia — musiał ożyć!

I dalej kroczysz kapłanko ty smutna
Tchnieniem balsamów — nieme kwiatów łona —
O! i piersi ludzką napełniasz — pokutna,
Pokutna — ale zawsze mile pozdrowiona!
Na twojem skrzydle nieś modlitwy ziemi
Przed oczy Pana — po nad uśpionemi
Coś po raz pierwszy uśpiła —
Lecz ty lecisz w dal i w cienie
Tobie ziemia to mogiła
O! bo twój obraz wiotki jak kochanki tchnienie,
Wstaje czarny i oczy człowiecze już trudzi,
Gdy po raz wtóry idziesz uśpić ludzi —
Piastunko w grobach nowo narodzonych
Dusz z więzów świata nowo wyzwolonych —
Nad ich ciałami ty rozrucasz kwiaty,
Bo to twe dzieci co w grobów powicia
Przyjęłaś w twe ciche światy
Zbolałych wygnańców życia —
A co im śnić się będzie, już nie marą
Lecz archanielskich potęg silną wiarą —
Lecz biada! po wiekach ciszy
Gdy w kształt mściciela anioła
Twa postać ziem towarzyszy
W grzmot trąby na sąd powoła —
I rzeknie — wy co w ciemności
Pod moją szatą bluźnili,
Stańcie w obliczu wieczności
Coście z łez ziemi szydzili —
Rozdzieram pierś mą o Panie! —
I wzywam pomsty zniszczenia,

Dla nich nie masz przebaczenia,
Strąć ich w otchłani otchłanie —
Lecz kroki twoje — zadrżały —
Kryjąc twarz w chmur tych kapturze,
Już — już zwiastujesz naturze
Że cię twe siostry wezwały.
Rzuciłaś wieńców stokrocie
Pieśni, sny, cienie, paprocie;
Gwiazdy gasną po twej drodze —
Ty łez kilka rzucasz ziemi
O skrzydlatej lecisz nodze,
Lecisz drogi gwiaździstemi
I mgły płaszcz rzucasz za sobą —
I gasisz księżyc niebiosów
Lampę twych świątyń z żałobą,
Z odgłosem najpierwszych głosów —
Bo twój kochanek
Poranek
Leci za tobą uciekającą —
Goni na próżno przez wieki
I słonecznemi powieki
Pali nad światło lecącą —
Aż cię doścignie, kiedy u stóp Pana
Padniesz znużona i lotem zdyszana —
A on was wtedy po wiekach połączy
Złotego wozu gonitwy zakończy.
Z nad światów szarego końca
Lecisz pochodem jutrzenki
Żegnaj nocy matko słońca,
Weź z sobą swoje piosenki!
Już ranka budzą się głosy:
Słońce trysnęło promieniem
Objęło światła ramieniem
Ziemię i swe niebiosy —
A ptasząt chór psalmu pieniem
Ozwał się z drzew z nad rosy
A z słońcem poranny dzwonek
Rozprasza mary pomroku —

W błękity wzlata skowronek
I wita słońce w obłoku.
Nocy, z tych skarbów co w koło
Widziałem — nie chcę twych kwiatów! —
Tylko daj mi w twoich światów
Daj — jedną gwiazdę na czoło!
Nie nam twe piosnki słowicze,
Nie nam twych pieszczót słodycze,
Nam grom zmartwychwstań ogromny,
Dzwon z złotem sercem potomny! —
Widziałem ciebie twarz w twarz w twej piękności,
I wzywam lutnię — nad świętych mogiłą
Wieszam ją — w bujnej dębu zieloności,
Niech dzwoni cicho — chrobrą burzy siłą. —






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Tarnowski.