Hrabia Monte Christo/Część I/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas
Tytuł Hrabia Monte Christo
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Comte de Monte-Cristo
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.
ZARĘCZYNY.

Nazajutrz dzień był wyjątkowo piękny. Olśniewające słońce południowe rzucało jasne swe blaski i na spienione grzbiety fal i na okoliczne zieleniejące wzgórza.
Zaręczynowa uczta była przygotowana na pierwszem piętrze, tej samej restauracji, gdzieśmy już z czytelnikami spędzili chwil kilka w altanie. Wielka, piękna sala posiadała pięć czy sześć okien, a na każdem z nich wyryta była nazwa jednego z wielkich miast Francji; drewniana balustrada okalała cały budynek.
Od jedenastej zrana sala ta wypełniać się zaczęła mnóstwem niecierpliwych, aczkolwiek uczta na południową dopiero była zapowiedziana godzinę.
Wszyscy żeglarze i majtkowie Faraona, a także kilku żołnierzy, przyjaciół Dantesa, wystąpili w paradnych świątecznych strojach, na dowód czci i szacunku dla narzeczonych.
Cicha wieść głosiła, że sami nawet właściciele Faraona uczczą obecnością swoją zrękowiny porucznika okrętu. Uważano to jednak za tak wielki zaszczyt, iż niewielu pogłosce tej dawało wiarę. Wszelako Danglars, przybyły z Caderoussem dał zapewnienie, że p. Morrel przybędzie napewno.
Jakoż w kilka godzin po nich p. Morrel przybył istotnie, powitany głośnem i jednomyślnem „hurrah“ przez majtków Faraona. Obecność właściciela statku stwierdziła również pogłoskę, głoszącą, iż Dantes zostanie kapitanem. Gdy tylko p.  Morrel się ukazał, Danglars i Caderousse pospieszyli natychmiast do narzeczonego, aby mu donieść o przybyciu tak znakomitej osoby, sam widok której sprawiał na obecnych nadzwyczajne wrażenie.
Ale zaledwie wspomniani zdołali przebyć kilkaset kroków, gdy mały orszak weselny ukazał się na drodze. Składał się on z czterech młodych panien, przyjaciółek Mercedes, które towarzyszyły narzeczonej, prowadzonej pod rękę przez narzeczonego. Obok Mercedes szedł ojciec Dantesa, za nimi zaś kroczył Fernand, ze złym uśmiechem na ustach. Ani Mercedes, ani Edmund nie widzieli tego uśmiechu. Biedne dzieci! w szczęściu swem świata poza sobą nie widziały.
Danglars i Caderousse zawiadomili Dantesa o przybyciu właściciela statku, a po silnem i niby przyjacielskiem uściśnięciu dłoni Dantesa, zajęli miejsca najbliższe w weselnym orszaku: Danglars przy Fernandzie, zaś Caderousse obok starego Dantesa.
Uwagę licznych widzów zwracał ubiór starego Dantesa. Starzec miał na sobie suknię z kitaju[1] angielskiego, spinaną haftkami z szerokiemi stalowemi guzikami w kwadrat rzniętymi. Nogi chude, ale muskularne oblekały przepyszne bawełniane pończochy w drobne centki barwne, na milę kontrabandą angielską trącące. Z trójgraniastego kapelusza spadał węzeł wstążek białych i niebieskich. W ręku miał laskę z drzewa kręconego, o rączce w górę zagiętej. Słowem stary wyglądał jak jakiś fanfaronik z 1796 roku, na przechadzce w świeżo otwartym ogrodzie Luksemburskim, albo Tuilleries.
Obok niego, jakeśmy już wspominali, kroczył Caderousse, który, ciesząc się nadzieją dobrego wypitku, nie pamiętał już, by się kiedykolwiek boczył na Dantesa. W pamięci jego pozostało wprawdzie jakieś głuche wspomnienie tego, co się poprzedniego dnia działo, lecz się już rozpływało w jakąś daleką mgłę.
Danglars, zbliżając się do Fernanda, rzucił nań wzrokiem, jak na wzgardzonego kochanka.
Zaś Fernand to bladł, to się znów czerwienił i tak naprzemian zmieniała się barwa jego twarzy. Kiedy, niekiedy spoglądał w stronę Marsylji, a wtedy niepodlegające jego woli drżenie nerwowe przejmowało jego członki. Fernand zdawał się wyczekiwać na jakiś wielki wypadek.
Ubiór Dantesa był skromny. Jako żołnierz marynarki kupieckiej nosił strój, który był pośredni między wojskowym mundurem, a suknią cywilną. Pomimo skromnego tego stroju, zwracał uwagę obecnych — tak wielka radość malowała się na jego twarzy.
Co do Mercedes, to była ona pięknością najzupełniej grecką, jakby na wyspie Cypr lub Chios się urodziła. Dostojne i pełne wspaniałości jej ruchy i śmiały, pewny siebie krok zdradzał jej andaluzyjskie pochodzenie. Dziewica w fałszu cywilizacji wychowana radość swą ukrywaćby zechciała w fałdach jakiejś zasłony. Mercedes wszelako z odkrytą kroczyła głową, patrząc na wszystko śmiało i radośnie a oczy jej mówiły: „Jeżeli jesteście mi życzliwi, cieszcie się wraz ze mną, bo jestem bardzo szczęśliwa“.
Gdy narzeczeni ze swym orszakiem zbliżyli się wreszcie do miejsca uczty, pan Morrel wyszedł na ich spotkanie w towarzystwie swych majtków i żołnierzy, którym już dał obietnicę, że ukochany przez nich Dantes zajmie miejsce zmarłego Leclerca.
Edmund, spotkawszy pana Morrela, opuścił swą narzeczoną i podszedł do swego zwierzchnika, zapraszając go do stołu.
— Ojcze mój — rzekła Mercedes do ojca Edmunda — ojcze mój, usiądź obok mnie przy stole, po prawej mej stronie, zaś po lewej usiądzie przy mnie ten, który jest mym bratem — dodała ze słodyczą, która jak sztylet ugodziła w serce Fernanda. Usta mu pobladły i zadrgały pociemniałe z rozpaczy oczy.
Dantes, ze swej strony, posadził pana Morrela po prawej swej ręce, zaś po lewej jednego ze starców z osady katalońskiej, a bliskiego krewnego Mercedes.
I rozpoczęła się uczta podług zwyczajów miejscowych, kończąc się „frutti di mare“, t. j. ostrygami, krabami i tem podobnemi przysmakami, jakie morze daje.
— Co za rozkoszny nastrój ma uczta dzisiejsza — rzekł stary Dantes, podnosząc do ust szklankę złotawego wina — jest radość, a niema zbyt grubego śmiechu.
— Nie zawsze ma się ochotę do pustego śmiechu — rzekł Caderousse.
— Mamy pomiędzy sobą do tego stopnia szczęśliwych, że nie są oni w stanie oddać się rozgłośnej wesołości.
Danglars nie spuszczał ani na moment badawczego oka z Dantesa, na którego wyrazistej twarzy malowały się wszystkie doznawane wrażenia.
— I cóż na miłość Boga! — rzekł, zwracając się do narzeczonego — dlaczego milczysz tak długo? Czyżbyś miał może jakie złe przeczucia? Przecież wszystko idzie jak nie można lepiej według twych życzeń i myśli.
— I to właśnie jakoś dziwnie działa na me nerwy. Człowiek jak się zdaje nie tak łatwo przyzwyczaić się jest zdolen do pełni szczęścia. Szczęście, — to jak owe pałace na wyspach zaczarowanych, bram których strzegą potwory; w walce zwyciężać je potrzeba, a ja, w gruncie rzeczy, sam nie wiem czem zasłużyłem sobie na szczęście zostania mężem mej uroczej Mercedes.
— Mężem?!... O, ho, ho!... — zawołał, śmiejąc się Caderousse — za kwaśne to jeszcze dla ciebie winogrona! Spróbuj no tak udać męża wypadkiem, a zobaczyłbyś po niewczasie jakby cię przyjęli!
Zarumieniona Mercedes pochyliła tylko głowę.
Fernand nie mógł usiedzieć na krześle, wzdrygał się na najmniejszy szmer i co chwila ocierał pot z czoła.
— Na honor! — rzekł Dantes — czyż się godzi przymawiać mi, mój sąsiedzie za tak małe uchybienie? Prawda, że Mercedes nie jest jeszcze moją żoną, ale nią będzie — już za niecałe dwie godziny.
Wyraz zdziwienia przejawił się na wszystkich twarzach za wyjątkiem starego Dantesa, który roześmiał się na całe gardło i pokazał piękne, zupełnie białe jeszcze zęby. Mercedes uśmiechnęła się, wszelako już bez rumieńców wstydu. Fernand porwał konwulsyjnie za trzonek noża.
— Za godzinę? — rzekł Danglars i pobladł — czyż to jest możliwe?
— Tak jest, moi przyjaciele — zaspokoił ciekawość zebranych Dantes — dzięki wpływom pana Morrela, któremu po ojcu najwięcej jestem winien na świecie, wszystkie formalności w szybszem tempie zostały załatwione i usunięte trudności. Dałem już na zapowiedzi, a o godzinie wpół do trzeciej oczekiwać nas będzie mer w ratuszu. A ponieważ nie tak dawno zegar wybił godzinę pierwszą, myślę przeto, że nie tak bardzom się omylił, mówiąc, że za dwie godziny Mercedes już będzie panią Dantesową.
Fernand przymknął oczy, płomień ognisty błysnął mu z pod powiek, myślał, że padnie zemdlony, lecz zdołał stłumić słabość, nie mógł jednak powstrzymać ciężkiego westchnienia.
— To się nazywa nie tracić czasu! — rzekł stary Dantes — wczoraj przybył z dalekiej podróży, a dziś, o trzeciej już mieć będzie żonę!
— Jednakże są przecież pewne formalności, jakich tak szybko załatwić się nie da. Akt ślubny naprzykład, lub intercyza — wtrącił Danglars.
— Intercyza? — rzekł, śmiejąc się, Dantes — intercyza jest już gotowa. Mercedes nie ma nic, ja — taki sam co do joty posiadam majątek. Nie było więc o czem zbyt wiele pisać, ani za co zbyt wiele płacić.
Żart ten wywołał nowe wybuchy śmiechu.
— A więc to, cośmy uważali za zrękowiny — rzekł Danglars — jest zarazem i weselem? Cóż to za strata dla przyjaciół!
— Broń Boże! — odpowiedział Dantes — nic państwo nie stracicie na tem, bądźcie spokojni. Jutro rano wyjeżdżam do Paryża; pięć dni drogi tam, pięć dni z powrotem i dzień jeden na miejscu... razem dni jedenaście, że zaś dziś mamy 1-go marca, 14-go będę przeto z powrotem i na ten dzień zapowiadam ucztę weselną.
Ta nadzieja powtórnej biesiady tak dalece rozochodziła zebranych, że stary Dantes, który na początku obiadu uskarżał się na powszechne milczenie, teraz nie mógł przy największych usiłowaniach, przyjść do słowa.
W rozgwarze Mercedes spojrzała wypadkowo na zegar, dając następnie rozpaczliwe znaki Edmundowi.
Przy stole panowała już niepodzielnie bujna wesołość, rozlewające się po brzegi wesele i ta swoboda osobista, tak zwykła przy końcu uczt u ludzi podobnych usposobień i pokroju.
Kto nie był kontent ze swego sąsiada, ten szedł szukać sobie innego.
Wszyscy razem mówili, ani myśląc słuchać sąsiada i nikt się o to nie obrażał.
Dwóch ludzi jedynie nie brało udziału w zabawie. Byli to Danglars i Fernand. Bladość tego ostatniego udzieliła się i twarzy Danglarsa; pierwszy z nich zdawał się być zupełnie zmartwiały i wyglądał jak potępieniec w lodowem jeziorze. Wstał nakoniec od stołu i zaczął się przechadzać dużemi krokami wzdłuż sali, aby uwolnić się od wrzawy, śmiechów i śpiewów, od brzęku szklanek i kieliszków. Powstał również i Danglars, to samo Caderousse, aż wreszcie zetknęli się razem w jednym kącie sali.
— Przyznam się — rozpoczął rozmowę Caderousse — przyznam się, że jestem wzruszony uprzejmością gospodarza i dobrocią win piwnicy Pamfila. Ten Edmund to bardzo zacny i miły chłopiec, kiedy go widzę przy boku narzeczonej tak bardzo szczęśliwego, myślę, że byłaby wielka mu się stała krzywda, gdybyście wczorajszy wasz żart doprowadzili do skutku.
— Zgóry mogłeś wiedzieć, że to był żart tylko. Ten biedny Fernand tak bardzo był wczoraj strapiony, że mi go z początku bardzo istotnie żal było, ale teraz, gdy się już z losem swym pogodził, — niema o czem mówić.
Caderousse spojrzał na Fernanda jak trup bladego.
— Im piękniejsza jest dziewczyna, którą się traci, tem większe jest cierpienie początkowo — sentencjonalnie powiedział Danglars. — Szczęśliwy, szczęśliwy istotnie, jest ten przyszły kapitan Faraona. Chciałbym choć przez dwanaście godzin nazywać się Dantesem.
— Chodźmy już może? — odezwał się słodki głos Mercedes. — Już druga wybiła, a nas tam czekać mają o wpół do trzeciej.
— Tak jest, już czas, idziemy — rzekł Dantes, podnosząc się z krzesła.
— Chodźmy! Chodźmy! — powtórzyli chórem goście.
W tejże chwili Danglars, który nie spuszczał oka z Fernanda, siedzącego przy oknie, spostrzegł, jak ten potoczył obłąkanym wzrokiem, powstał nagle, jakby piorunem rażony i padł z powrotem na krzesło, na którem siedział.
Jednocześnie rozległ się głuchy szmer na schodach, słyszeć się dał gwar zmieszanych głosów, nakoniec szczęk broni przytłumił okrzyki biesiadników i zwrócił na się powszechną uwagę.
Odgłosy zbliżały się, aż nakoniec rozległy się trzy mocne uderzenia w drzwi. Wszyscy spojrzeli po sobie.
— W imieniu prawa — dał się słyszeć głos grzmiący, któremu nikt nie śmiał odpowiedzieć.
Drzwi się otworzyły wreszcie i wkroczył przez nie komisarz, przybrany w oznaki swego urzędu, z czterema zbrojnymi żołnierzami i sierżantem.
Trwoga objęła wszystkich.
— Co to znaczy? — zapytał pan Morrel, podchodząc do komisarza, którego znał osobiście — to chyba pomyłka jakaś?
— Jeżeli to pomyłka, szanowny panie Morrel, to bądź pewien, że się natychmiast wyjaśni. Tymczasem mam rozkaz aresztowania, jakkolwiek przykre mi jest to bardzo. Kto tutaj, panowie, jest Edmundem Dantesem?
Oczy wszystkich zwróciły się na młodzieńca, który, aczkolwiek silnie wzruszony, zachował jednak całą swą godność i postąpił naprzód parę kroków.
— Ja nim jestem. Czego pan żądasz ode mnie?
— Edmundzie Dantesie, w imieniu prawa aresztuję cię.
— Aresztujesz mnie pan? — rzekł Edmund i lekka bladość pokryła jego twarz — za co mam być aresztowany?
— Nic nie wiem o tem, lecz sędzia powie ci to niezawodnie.
Pan Morrel pojął natychmiast, że w położeniu podobnem opór na nic się nie zda. Komisarz bowiem, gdy jest w stroju urzędowym — przestaje być człowiekiem i jest jedynie przedstawicielem prawa, zimnym, niemym i głuchym na wszystko.
Stary Dantes nie zdawał sobie z tego tak dobrze sprawy i rzucił się na urzędnika. Są bowiem rzeczy, których serce ojca lub matki zrozumieć nie zdoła nigdy. Starzec prosił i błagał; lecz ani błagania, ani łzy nawet nic zdziałać nie mogły. Rozpacz starca była tak szczera i głęboka, że wzruszyła urzędnika.
— Panie drogi — przemówił — niech się pan uspokoi. Bardzo możliwe, że syn twój nie spełnił jakiejś formalności na komorze, lub w urzędzie sanitarnym; w tym wypadku, po otrzymaniu wyjaśnień, uwolnią go natychmiast.
— Co to jest? Co to wszystko znaczy? — zapytał Caderousse Danglarsa, marszcząc brwi groźnie.
— Czyż ja mogę wiedzieć? — odparł ten ostatni — wiem tyle, co i ty i nie pojmuję co się tutaj dzieje; dziwię się i przykro mi jest bardzo.
Caderousse poszukał wzrokiem po sali Fernanda, lecz tego już tam nie było.
A wtedy cała scena dnia wczorajszego przedstawiła mu się w przerażająco jasnem świetle.
Nieszczęście otworzyło mu oczy.
— Ach! — rzekł stłumionym głosem — to są skutki wczorajszego żartu, tego żartu, którym zabawiałeś się wczoraj, a o którym dziś mówiłeś, panie Danglars. Jeśli tak, to biada temu, który aż tak daleko się posunął. Tego już za wiele.
— Bynajmniej — zawołał Danglars — wiesz przecież dobrze, żem podarł papier w drobne kawałki.
— Nie podarłeś go!... tylkoś go zmiął i w kąt rzucił. Pamiętasz?
— Milcz, proszę cię. Nie mogłeś tego widzieć, bo byłeś pijany.
— A gdzie Fernand?
— Czy ja mogę wiedzieć? Musiał pójść za swojemi interesami. Ale dajmy pokój próżnej gawędzie, nieśmy raczej pociechę nieszczęśliwym.
W czasie tej rozmowy Dantes pożegnał każdego ze swych przyjaciół uściśnieniem ręki. Mercedes ucałował w czoło i oddał się jako więzień w ręce żołnierzy.
— Bądźcie spokojni, nieporozumienie wyjaśni się niewątpliwie i być może, że nie otworzą się nawet przede mną drzwi więzienia.
— Ręczę za to — rzekł Danglars, który w tej chwili zbliżył się właśnie do miejsca głównego zamieszania.
Dantes zaczął schodzić po schodach, mając przed sobą komisarza, zaś dokoła siebie żołnierzy.
Powóz z otwartemi drzwiczkami stał już gotowy. Dantes wsiadł, a za nim żołnierze. Drzwiczki zamknięto i powóz potoczył się w stronę Marsylji.
— Żegnam cię, Edmundzie!... żegnam cię! — zdołała jeszcze krzyknąć Mercedes.
Więzień usłyszał jeszcze ten ostatni okrzyk, który się wyrwał ze zbolałej piersi narzeczonej, wychylił się z powozu i zawołał donośnie:
— Do widzenia, Mercedes!
To były jego ostatnie słowa. Za chwilę powóz zniknął na zakręcie twierdzy Ś-go Mikołaja.
— Poczekajcie tu państwo na mnie — rzekł pan Morrel — biorę fiakra i jadę do Marsylji, by sprawdzić, jakie są przyczyny tego wszystkiego, a gdy się dowiem — wracam natychmiast.
— Jedź pan, jedź! — zawołali wszyscy — jedź i wracaj co najrychlej.
Po jego odjeździe nastała chwila ogólnego osłupienia! Zwłaszcza stary Dantes i Mercedes oniemieli z boleści. W pewnym momencie spotkały się ich oczy, spojrzeli na siebie jak dwie ofiary jednym ugodzone ciosem i rzucili się sobie w objęcia.
Gdy się to działo, Fernand wrócił, nalał sobie szklankę wody, wypił i usiadł na krześle. Przypadek zrządził, że zajął sąsiednie krzesło, na którem spoczywała Mercedes.
Fernand, jakby strachem rzucony, cofnął się gwałtownie.
— A, jest przecież — rzekł Caderousse do Danglarsa — to niezawodnie on jest sprawcą tego wszystkiego.
— Wątpię — odparł Danglars — trochę jest on za głupi na takie rzeczy. W każdym razie niech grom uderzy w tego, co to zrobił.
— A o tym, co był doradcą, nic nie powiesz?
— Na miłość Boską — oburzył się Danglars — gdybyśmy byli odpowiedzialni za wszystko, co się tylko powie...
W czasie tego starcia, towarzystwo rozpatrywało wszechstronnie wypadek uwięzienia.
— A pan, panie Danglars, jakiego jesteś w tym względzie zdania? — zapytał ktoś z tłumu.
— Moje mniemanie, że może miał na statku jakieś towary zakazane.
— Gdyby tak było, musiałbyś coś wiedzieć o tem, jako ajent handlowy.
— Ajent wiedzieć może o tem jedynie, co mu zadeklarują. Wiem naprzykład, że mamy duży ładunek bawełny, żeśmy go tu a tu wzięli, ale nic ponadto.
— A! przypominam sobie — zawołał starzec — Edmund mówił mi wczoraj właśnie, że ma dla mnie nieco kawy i trochę tytoniu, na statku ukryte.
— Otóż, widzicie — pochwycił Danglars — w tem się kryje zapewne przyczyna złego; prawdopodobnie komora zrewidowała w czasie naszej nieobecności Faraona i znalazła ukryte towary.
Mercedes nie zwracała dotychczas żadnej na rozmowę uwagi, zgnębiona boleścią, lecz słowa ostatnie usłyszała wypadkiem i głośnym wybuchnęła płaczem.
— Pójdźmy, pójdźmy!... Nadzieja nam błysła.
— Nadzieja!... — powtórzył Danglars.
— Nadzieja?... — mruknął Fernand. I zdławił go ten wyraz, zadrżały usta.
— Panowie! — zawołał jeden z byłych biesiadników, wbiegając do sali z balkonu — panowie!... powóz wraca z panem Morrelem. Niezawodnie dobre przynosi nowiny.
Mercedes i stary Dantes wybiegli bez zwłoki na spotkanie przybyłego. Ale pan Morrel był bardzo zmieniony.
— O, moi przyjaciele — zawołał smutnym głosem — sprawa jest o wiele poważniejsza, aniżeli się zdawało.
— Panie Morrel — zawołała gwałtownie Mercedes — on jest niewinny, przysięgam.
— I ja wierzę w to mocno. Oskarżają go jednak bardzo silnie, że jest ajentem Bonapartego!
W czasach, w których się działy rzeczy przez nas opowiadane, było to oskarżenie bardzo poważne, które musiało przejąć drżeniem najodważniejszego, to też Mercedes wydała krzyk bolesny, starzec zaś upadł na krzesło bez zmysłów.
— Ach wy, poczciwcy — pomyślał Caderousse — oszukaliście mnie. Żart wasz nie był wcale żartem. Ale ja na to nie pozwolę, nie pozwolę, by to piękne dziewczę i ten starzec szlachetny ginęli z bólu. Wszystko opowiem!
— Milcz, nędzny — rzucił przejmującym szeptem w ucho Caderoussowi Danglars, chwytając go za rękę. — Gadulstwo twoje drogo cię może kosztować. Kto ci powiedział, że Dantes nie jest istotnie winny? Statek zawinął w Porto-Ferrajo i Dantes cały dzień bawił w tem mieście. Gdzie? U kogo? Jeżeli zaś istotnie znaleziono przy nim list podejrzany, wszyscy ci, którzy bronić go się poważą, wpadną w ręce sprawiedliwości, jako wspólnicy zbrodni.
Caderousse odruchowo, wiedziony naturalnym instynktem egoizmu, odrazu pojął całą grozę tego upomnienia. Spojrzał na Danglarsa wzrokiem osłupiałym ze strachu i... zamilkł.
— Jeżeli jest niewinny — dodał wtedy Danglars — wypuszczą go niezawodnie; jeżeli jednak jego wina zostanie stwierdzona — zostawmy go jego własnemu losowi, a sami lepiej się nie narażajmy!
— Odejdźmy więc. Czuję, że ani chwili dłużej bawić tu nie mogę.
— Dobrze, chodźmy — rzekł Danglars, rad, że znalazł towarzysza. I wyszli.
Fernand, jako jedyny już teraz opiekun Mercedes, wziął ją pod rękę i odprowadził do swoich. Przyjaciele Dantesa zaopiekowali się znów jego ojcem i odwieźli go do domu. Wkrótce echo, że Dantes został uwięziony jako ajent Uzurpatora — szeroko rozeszła się po mieście.
— Czy byś był przypuścił kiedykolwiek, mój drogi Danglarsie, coś podobnego — mówił pan Morrel, zbliżając się do swego ajenta handlowego i do Caderoussa. — Byłem w mieście i otrzymałem najpewniejsze w tej sprawie wiadomości od prokuratora, którego znam trochę. Pan Villefort powiedział mi wszystko. I kto się mógł tego spodziewać?!
— A cóż do djabła! — odpowiedział Danglars — czyż panu nie mówiłem, że Dantes bez żadnej słusznej racji cały dzień przebywał na Elbie i że ten pobyt wydawał mi się podejrzany?
— Czy domysłów twych nie komunikowałeś komuś?
— Niechże mnie Bóg broni! — odparł cicho Danglars — przecież wiesz pan dobrze, iż z powodu, że pan Polikarp Morrel służył tam z kimś i razem w jednym pułku — i pana posądzają jakobyś był stronnikiem cesarza. Czyż jabym mógł przeto narażać Dantesa choćby ze względu na pana? Są rzeczy, które winniśmy z całą szczerością wyznać swym zwierzchnikom, ale nigdy obcym.
— Masz słuszność, Danglarsie, masz słuszność, mój kochany; rozumny z ciebie człowiek. Szkoda Dantesa, a i w tem bieda, że Faraon został bez kapitana.
— A to czemu? — zaoponował Danglars — Faraon przecież odpływa dopiero za trzy miesiące, a nim ten czas upłynie, Dantes napewno będzie wolny.
— Bezwątpienia, ale przez ten czas, jak będzie?
— Przez ten czas? Ja oddaję się cały na pańskie rozkazy, panie Morrel. Z całą gotowością jestem zastąpić kapitana. Tym sposobem miejsce dla Dantesa będzie uratowane.
— Dziękuję ci, Danglarsie — odpowiedział właściciel Faraona — najlepsza to, jak widzę, rada. Obejmuj więc natychmiast dowództwo i na początek dopilnuj wyładowania.
— Dopilnuję z pewnością. Czy nie możnaby jednak zobaczyć się przynajmniej z tym biednym Edmundem?
— Na razie trudno będzie. Postaram się zobaczyć z panem Villefortem. Wiem, że jest zagorzałym rojalistą... Ale cóż u djabła!... I rojaliści są ludźmi, a pana Villeforta mam nawet za człowieka bardzo uczciwego.
— Być może — rzekł Danglars — mówią jednak o nim, że jest bardzo dumny, a znaczy to niemal to samo, co zły.
— Zobaczymy — rzekł Morrel z westchnieniem. — Idź na statek, ja tam niezadługo również przybędę.
— Widzisz — rzekł Danglars do Caderoussa, gdy pan Morrel się oddalił — jaki obrót rzeczy biorą. Masz jeszcze ochotę ujmować się za Dantesem?
— Już nie, niestety. Okropna to rzecz jednakże, by pusty żart miał tak straszne następstwa.
— A któż to zrobił, do pioruna?! Ani ja, ani ty, ani Fernand. Wiesz dobrze, że ja papier w kąt rzuciłem, a nawet, o ile mnie się zdaje, podarłem go na mak.
— O nie! Ręczę za to.
— A więc w takim razie, być może, iż go podniósł Fernand. Ale w takim razie on byłby winien wszystkiemu, lecz nie ty, ani ja tembardziej. I nam w każdym razie, nic się stać za to nie może. Trzeba tylko milczeć, słowa, o tem co się stało, nie pisnąć nikomu. I burza przejdzie bez piorunów.
— Słowa nie powiem, lecz teraz żegnam cię. — I Caderousse odszedł z głową zwieszoną w stronę Meillan.
Gdy się oddalił, Danglars zatarł ręce, mówiąc do siebie.
— Wszystko idzie jak najlepiej. Jak się tego spodziewałem, jestem już zastępcą kapitana, a jeżeli ten głupiec Caderousse milczeć będzie istotnie, to zostanę faktycznie kapitanem. Jedno tylko grozi mi niebezpieczeństwo, że sąd może uwolnić Dantesa. Ale sąd jest sądem, więc można śmiało liczyć na niego.
Gdy doszedł do brzegu, skoczył do łodzi i rozkazał wieźć się do Faraona.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł jedwab; w org. silk


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.