Hrabia Monte Christo/Część I/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas
Tytuł Hrabia Monte Christo
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Comte de Monte-Cristo
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.
PODPROKURATOR KRÓLEWSKI.

Przy ulicy Grand Cours, nawprost wodotrysku Meduzy, w gmachu monumentalnym, jeszcze według planu Pugeta postawionym, tegoż samego dnia i o tej samej godzinie odbywała się uczta, również zaręczynowa.
W miejsce majtków tylko i żołnierzy, w miejsce ludu wogóle, była tam sama śmietanka towarzystwa marsylskiego.
Ucztowała bowiem tutaj przedewszystkiem stara arystokracja, a następnie rojalistycznie usposobieni oficerowie i wyżsi urzędnicy.
Siedzieli przy stole wytwornie zastawionym i rozmawiali z ożywieniem, przeważnie o polityce.
Cesarz, ówczesny „król wyspy Elby“ tylko, ten, który był panem, do niedawna, połowy świata nieomal, — był w czasie tej uczty traktowany jako człowiek, którego Francja na zawsze się już pozbyła. Urzędnicy miejscy wypowiadali swoje poglądy w tej materji; wojskowi rozprawiali o Moskwie i Lipsku; kobiety — o rozwodzie z Józefiną. Temu gronu wesołemu i triumfującemu z powodu upadku wielkiego człowieka zdawało się, że teraz nowe dla Francji otwiera się życie, że ocknęła się ona nakoniec z okropnego snu.
Jakiś starzec, ozdobiony orderem ś-go Ludwika, powstał i wzniósł toast za zdrowie króla Ludwika XVIII. Był to markiz de Saint Meran. Na toast ten, tyle wspomnień obudzający, powstał szmer wielki; z ochotą podniesiono w górę puhary na sposób angielski i ogromny zapał ogarnął całe towarzystwo.
— Gdyby tu byli, zgodziliby się niezawodnie — rzekła markiza Saint-Meran, kobieta z martwym wyrazem oczu, ustami szczupłemi, obejściem arystokratycznem i wykwintnem, pomimo lat pięćdziesięciu, — gdyby tu byli ci wszyscy rewolucjoniści, którzy nas wygnali i którym pozwalamy teraz na robienie spisków na nas, w pałacach nabytych za grosz nam wydarty w czasie teroryzmu, — przyznaliby niewątpliwie, że nasz król Ludwik jest monarchą istotnie przez nas kochanym, gdy ich uzurpator był dla nich zawsze Napoleonem złowrogim. Czy nie tak, panie Villefort?
— Co pani mówić raczyła? — zwrócił się z zapytaniem młody człowiek, do którego przemowa powyższa zwrócona została — proszę darować, nie dosłyszałem pytania!
— Eh! Niechże pani markiza da pokój tym dzieciom — ujął się za młodzieńcem starzec, który wznosił toast — te dzieci pobrać się mają niezadługo i z pewnością mają o czem innem do mówienia, nie o polityce.
— Przepraszam mamę — rzekła piękna młoda blondynka z ogromnemi, wilgotnemi oczyma. — Panie de Villefort, mama mówi do pana.
— Pragnieniem mojem właśnie byłoby dać odpowiedź, o ile szanowna mama zechciałaby powtórzyć pytanie.
— Przebaczam panu! — przecięła kwestję markiza i ku podziwowi wszystkich zimna ta istota ożywiła się pełnym wyrazu uśmiechem, uśmiechem matki. — Mówiłam właśnie, panie de Villefort, że działaniom bonapartystów nie przyświecało ani poświęcenie, jak nasze, ani miłość sprawy.
— Tak, pani. Mają oni jednak jedno, co za wiele starczy, mają fanatyzm. Napoleon, — to drugi Mahomet; dla tych wszystkich zwyczajnych a krańcowo dumnych ludzi Napoleon był nietylko prawodawcą i władcą, ale jeszcze uosobieniem równości.
— Równości!? — zawołała markiza — Napoleon ma być symbolem równości? A cóż w takim razie pan powiesz o takim naprzykład panu Robespierze? Zdaje mi się, że ubliżasz korsykaninowi, przypisując mu podobne ideje.
— Nie, pani, ja oddaję każdemu, co mu się należy. Robespierre poprowadził Ludwika XVII-go na szafot, Napoleon Vendome na kolumnę. Ten stworzył równość, która upadła, ten drugi równość, która się wznosi; pierwszy prowadził królów na gilotynę, jego następca — prosty lud na pola, na których koronę zdobyć można. Co nie przeszkadza, by obaj nie byli jednem i tem samem: rewolucjonistami.
— Ej! panie de Villefort!... Wszystko, coś powiedział, pachnie mi jakoś bardzo rewolucją. Przebaczam ci jednak; trudno wymagać, aby syn żyrondysty nie miał zarzewia komuny.
Żywy rumieniec wystąpił na czoło pana de Villefort.
— Nie ukrywam bynajmniej, że ojciec mój był żyrondystą, lecz i to dodać muszę, iż mimo to nie głosował on za śmiercią króla. Mego ojca ten sam teroryzm co i was wygnał z kraju i niewiele brakowało, aby głowa jego nie spadła na tem samem, co ojca pani, rusztowaniu.
— Masz słuszność — rzekła markiza — dodać jednak winieneś, że cierpieli oni za całkiem przeciwne sobie zasady, czego najlepszym dowodem, iż cała moja rodzina wytrwała w zasadach wspólnych wszystkim wygnańcom, gdy twój ojciec pierwszy pośpieszył z hołdem dla nowego rządu. Obywatel Noirtier — był tylko żyrondystą, hrabia Noirtier — był już senatorem.
— Mamo moja najdroższa — przerwała drażliwą rozmowę piękna blondynka — przypomnij sobie, żeśmy sobie przyrzekły nie wznawiać nigdy tych wspomnień niemiłych.
— Pani — dodał de Villefort — i ja łączę me prośby z prośbami panny de Saint-Meran i ja proszę, abyś raczyła raz na zawsze puścić przeszłość w niepamięć. Poco wywoływać wspomnienia, cofnięcie których nie jest już w mocy Najwyższego nawet? Bóg rządzić może przyszłością, nie cofnie wszelako klęsk i bólów przeszłości. Co do mnie, nietylko wyznaję różne od ojcowskich zasady, ale nawet inne noszę już nazwisko. Mój ojciec był, a może i jest dotąd jeszcze bonapartystą i nazywa się Noirtier, gdy ja jestem szczerym rojalistą i noszę nazwisko de Villefort.
— Brawo, de Villefort, brawo! — zawołał markiz — dobrześ odpowiedział. Ileż razy i ja błagałem markizę o puszczenie w niepamięć przeszłości. Moje błagania pozostały bez skutku, ty, mam nadzieję, będziesz szczęśliwszy.
— Dobrze — rzekła markiza — zapomnijmy zatem o przeszłości, sama tego pragnę; domagam się jedynie, by mój przyszły zięć był nieugięty w przyszłości. Nie zapominaj, panie de Villefort, że my przed Jego Królewską Mością jesteśmy odpowiedzialni za ciebie i że Jego Królewska Mość za naszem wstawiennictwem raczył zapomnieć o przeszłości twego rodu. Pomnij jednak, że jeżeliby ci wpadł w ręce jakiś spiskowy, byś był nieugięty, oczy bowiem rządu zwrócone są baczniej na ciebie, aniżeli na kogokolwiek innego.
— Niestety, pani — rzekł na to Villefort — urząd mój, a szczególnie czasy, jakie przeżywamy, nakazują mi być surowym. I będę takim. Otrzymałem już kilka oskarżeń w sprawach politycznych i dowiodłem, iż wart jestem zaufania, jakiem mnie obdarzono. Na nieszczęście, surowość ma nie na wiele się zdaje. Ilość oskarżeń z dnia na dzień się wzmaga...
— Czyż tak? — zapytała markiza.
— Niestety, tak. Napoleon zbyt blisko brzegów Francji został osadzony. Obecność jego, tak bliska, rozbudza nadzieje jego zwolenników.
— Nie godziło się naprawdę osadzać takiego człowieka na Elbie, a więc pomiędzy Korsyką, gdzie się urodził, a Neapolem, gdzie dotąd panuje jego szwagier.
— Cóż robić — odpowiedział de Villefort. — Traktat z 1814 roku pozostaje w swej mocy i nie wolno poruszyć osoby Napoleona, nie łamiąc powyższej umowy.
— A cóżby w tem było tak strasznego, gdyby traktat ten został zdeptany? A on czy myślał o traktatach, kiedy szło o wydanie rozkazu rozstrzelania księcia Eugenjusza?
— No! — rozstrzygnęła markiza — rzecz zatem przesądzona. Święte przymierze uwolni nareszcie Europę od Napoleona, a Villefort Marsylję od jego stronników. Czy król rządzi, czy nie rządzi, rząd jego powinien zawsze pozostawać silnym, zaś urzędnicy tego rządu muszą być zawsze nieugięci; to jedyny sposób uchronienia Francji od nowych nieszczęść.
— Cóż ja na to, droga pani, poradzić mogę — z uśmiechem zaznaczył de Villefort. — Podprokurator królewski ma możność działania wtedy dopiero, gdy zło spełnione już zostało.
— Powinien zło to naprawić.
— Nie, my nie naprawiamy złego, ale się za nie mścimy tylko i nic ponad to.
— O!... panie de Villefort — wtrąciła młoda córka hrabiego de Saint-Meran — postaraj się pan o jaki zajmujący proces, w czasie gdy będziemy w Marsylji. Nie byłam nigdy na żadnej sprawie kryminalnej, a to ma być bardzo ciekawe.
— Rzeczywiście bardzo ciekawe — odpowiedział podprokurator — ciekawe o tyle, że zamiast tragedji fantastycznej, widzimy dramat prawdziwy, zamiast boleści udanych — mamy rzeczywiste.
Gdy de Villefort kończył mówić słowa te, zbliżył się do niego kamerdyner i zaczął coś szeptać do ucha. Ten wtedy powstał od stołu i przeprosił zebranych, że musi ich opuścić.
— Jakież to obowiązki wzywają pana — zapytała panna de Saint-Meran, z wyrazem trwogi na twarzy.
— Niestety!... wzywają mnie do chorego, który, jeżeli mam wierzyć temu, co mówią, znajduje się w stanie bardzo niebezpiecznym i jego choroba skończyć się może na rusztowaniu.
— Boże Wielki — wykrzyknęła Renee de Saint-Meran — i silnie zbladła.
— Czyż istotnie sprawa jest tak poważna? — zapytano z paru stron.
— Zdaje się, że odkryto jakiś spisek bonapartystowski.
— Czy podobna?!
— Oto list denuncjacyjny.
I de Villefort odczytał znany nam już list, przez Danglarsa napisany.
— List ten — zauważyła Renee — jest bez podpisu i adresowany do prokuratora królewskiego, nie do pana.
— Tak, że jednak prokurator królewski jest nieobecny, list oddany został do rąk jego sekretarza, który jest upoważniony do otwierania listów. A gdy go przeczytał, rozkazał natychmiast mi go doręczyć, wydając jednocześnie rozkaz aresztowania.
— Winowajca jest już zatem aresztowany? — zapytała markiza.
— Oskarżony, nie winowajca — poprawiła Renee.
— Tak jest, pani — rzekł de Villefort — i, jak miałem honor przed chwilą oświadczyć już pani, — wobec takiej oto, jak ta rekomendacji, jest on pod grozą rusztowania.
— Gdzie jest ten nieszczęśliwy? — zapytała Renee.
— Czeka na mnie.
— Idź zatem, mój przyjacielu — rzekł markiz — nie zaniedbuj, zawdzięczając nam, swych obowiązków, tem bardziej, że to jest służba królewska.
— O, panie de Villefort — rzekła Renee, składając ręce — bądź wyrozumiałym, pamiętaj, że to dzień zaręczyn twoich.
De Villefort okrążył wtedy stół i podszedł do krzesła swej narzeczonej, mówiąc:
— By cię uspokoić, zaręczam, że zrobię wszystko, co tylko będzie w mej mocy, droga Renee, ażeby ocalić tego człowieka. Jeżeli jednak oskarżenie okaże się prawdziwe, ha! — to już trudno, przyjdzie zniszczyć tę gałązkę bonapartystów.
Na ten wyraz: „zniszczyć“ — Renee zadrżała, bo gałązka ta, którą zniszczyć trzeba, ma głowę.
— Proszę cię, panie de Villefort, proszę cię, nie zwracaj uwagi na prośby Renee — rzekłszy to, markiza podała panu de Villefort rękę do pocałowania, jakby chciała tem pożegnać go.
— I to dzień zaręczyn! Smutna wróżba — westchnęła Renee.
— Moja panno — obruszyła się markiza — doprawdy, że mnie te twoje dzieciństwa do rozpaczy doprowadzają. Powiedz mi, proszę cię, jaki związek mieć mogą losy kraju — z twojemi marzeniami i sentymentami?
— Co ty mówisz, matko!
— Niechże pani markiza będzie względną dla tej swojej nielojalnej rojalistki — żartobliwie rzucił de Villefort. — Przyrzekam pani, że wypełnię mój obowiązek prokuratora jak najsumienniej, to znaczy, że o ile natrafię na zbrodniarza — będę bez litości.
Słowa te były dla matki, zaś oczami mówił swej narzeczonej:
— Bądź spokojna, ukochana, będę miłosierny przez miłość dla ciebie!
A Renee spojrzenie to przyjęła najsłodszym swym uśmiechem.
I z uśmiechem tym w oczach de Villefort wyszedł z sali.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.