Heidi/Rozdział drugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Johanna Spyri
Tytuł Heidi
Data wydania 1934
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ DRUGI.



U DZIADKA.

Po odejściu Dety siadł stary dziadek z powrotem na ławce i jął puszczać z fajki wielkie kłęby dymu. Patrzył przytem w ziemię i milczał. Heidi rozglądała się tymczasem radośnie wokoło, zobaczyła przybudowaną do chaty stajenkę na kozy i zajrzała do wnętrza. Była pusta. W ciągu dalszych poszukiwań, doszła do trzech starych jodeł. Wiatr dął poprzez gałęzie, a szczyty drzew szumiały rozgłośnie. Heidi przystanęła, nadsłuchując. Gdy wiatr przycichł nieco, obeszła chatę i wróciła drugą stroną do dziadka. Zastawszy go w tej samej co przedtem pozycji, stanęła przed nim, założyła ręce na plecy i zaczęła mu się przypatrywać. Po chwili podniósł głowę i zapytał, patrząc na stojącą nieruchomo:
— Cóż myślisz teraz robić?
— Chcę zobaczyć, co jest tam w środku, w chacie! — odparła.
— Chodźże więc! — zadecydował, wstał i skierował się ku drzwiom. — Zabierz z sobą tobołek z odzieżą! — rozkazał, stojąc w progu.
— Niepotrzebne mi to już! — oświadczyła Heidi.
Starzec obrócił się i spojrzał przenikliwie na dziecko, którego czarne oczy gorzały od ciekawości, co też może się znajdować w chacie.
— Mądre, zda się, dziecko! — mruknął pod wąsem i dodał: — Dlaczegóż jest ci to już niepotrzebne?

— Chcę zobaczyć, co jest tam w środku, w chacie! (Str. 13)
— Wolę chodzić jak kózki, lekko, na cienkich nóżkach.

— Zgoda, chodź sobie, ale zabierz te rzeczy, — rozkazał dziadek — schowamy je do szafy.
Usłuchała natychmiast. Dziadek otwarł drzwi i wszedł, a Heidi za nim. Znaleźli się w obszernej izbie, stanowiącej jedyną ubikację chaty. Był tu stół ze stołkiem, w jednym kącie znajdowało się legowisko dziadka, w drugim ognisko, z wielkim kotłem, a po drugiej stronie widniały w ścianie wielkie drzwi. Dziadek otwarł je. Była to właśnie szafa. Wisiała tu jego odzież, na półce leżało kilka koszul, pończochy, ręczniki, na drugiej ujrzała Heidi kilka talerzy, kubków i szklanek, zaś na najwyższej leżał duży, okrągły chleb, wędzone mięso i ser. Szafa ta mieściła w sobie wszystko, co posiadał dziadek i czego potrzebował do życia. Gdy tylko szafa została otwarta, zbliżyła się prędko Heidi i wepchała swój tobołek głęboko, za odzież dziadka, tak by było jak najtrudniej znaleźć to wszystko. Potem spojrzeniem objęła izbę i spytała:
— Gdzież będę spała, dziadku?
— Gdzie zechcesz! — odparł.
Spodobało się to bardzo Heidi. Jęła szukać po wszystkich kątach, gdzieby sobie urządzić posłanie. Nad legowiskiem dziadka był w powale otwór, do którego wiodła drabina. Heidi weszła po niej na strych. Znalazła tam całe kupy wonnego siana, a przez okrągłą lukę widać było dolinę, aż po krańce widnokręgu.
— Tutaj będę spała! — krzyknęła dziadkowi z góry. — Ślicznie tu! Chodź, dziadku, i zobacz sam!
— Znam to, znam! — odpowiedział z dołu.
— Urządzę sobie legowisko! — powiedziała, krzątając się ochoczo. — Musisz jednak przyjść i przynieść mi prześcieradło, bo na łóżku musi być prześcieradło, zanim się ktoś położy.
— Tak, tak! — mruknął, po chwili podszedł do szafy, zaczął w niej grzebać, wyciągnął z pod koszul wielkie, grube płótno, od biedy udawać mogące prześcieradło, i wszedł po drabinie. Zastał na strychu porządne posłanie. Siano nastroszone było w miejscu, gdzie miała spocząć głowa, zwrócona wprost ku krągłemu otworowi.
— Dobrześ to zrobiła! — pochwalił. — Ale zaczekaj jeszcze! — wziął sporą naręcz siana i pogrubił dwukrotnie posłanie, by leżąca nie odczuwała twardego podłoża i powiedział: — Tak! Teraz nakryjemy to prześcieradłem!
Heidi objęła oburącz płótno, ale zaledwo je unieść zdołała, tak było ciężkie. Wyszło jej to zresztą na korzyść, gdyż spoistej materji nie przebijały ostre źdźbła siana. Rozpostarli je oboje na sianie, a ponieważ było za długie i za szerokie, Heidi podwinęła brzegi pod siano. Łóżko wyglądało teraz porządnie i czysto. Heidi patrzyła na nie zamyślona, potem zaś rzekła:
— Zapomnieliśmy o czemś jeszcze, dziadku!
— O czemże to? — spytał.
— O kołdrze. Kładąc się do łóżka, trzeba wejść pomiędzy prześcieradło a kołdrę.
— Tak myślisz? A jeśli ja nie mam kołdry?
— To nic! — uspokoiła go. — Zamiast kołdry wziąć można siana!
To powiedziawszy, ruszyła Heidi do sterty, ale ją powstrzymał.
— Czekajże, zaraz wrócę!
Zeszedł na dół i podszedł do swego legowiska. Po chwili przyniósł gruby, płócienny wór, położył go na podłodze i spytał:
— To lepsze od siana, nieprawdaż?
Heidi chwyciła wór oburącz, chcąc go rozłożyć, ale małe rączki nie mogły podołać ciężkiej tkaninie. Dziadek pospieszył z pomocą i wnet łóżko zostało przykryte. Heidi patrzyła na nie z podziwem, potem zaś oświadczyła:
— Śliczne mam łóżko i kołdrę! Chciałam, by już noc nadeszła i bym się mogła położyć.
— Sądzę, że możnaby przedtem zjeść coś, jak myślisz?
Pod wrażeniem przysposobienia łóżka, zapomniała Heidi o wszystkiem innem. Teraz atoli, na wzmiankę o jedzeniu, uczuła silny głód. Wczesnym rankiem dostała kawałek chleba i filiżankę cienkiej kawy, potem zaś odbyła daleką drogę. To też przystała zaraz, mówiąc:
— I ja tak myślę.
— Skoro jesteśmy jednej myśli, zejdź tedy! — powiedział i zeszli oboje do izby. Dziadek podszedł do ogniska, odsunął wielki kocioł, nastawił mniejszy, wiszący na łańcuchu, potem zaś usiadłszy na drewnianym zydlu, rozdmuchał węgle i dołożył drzewa. Niedługo w kociołku zaczęło syczeć, a dziadek obracał tymczasem nad ogniem wielki kawał sera, zatknięty na długi żelazny widelec! Ser nabrał ze wszystkich stron pięknego, złotego koloru. Heidi przypatrywała się temu z wielkiem zaciekawieniem. Nagle jednak coś jej widocznie wpadło do głowy, gdyż pobiegła do szafy i zaczęła się żywo krzątać. Po chwili wrócił dziadek do stołu z garnkiem i upieczonym serem w rękach. Zastał już krągły chleb, dwa talerze i dwa noże pięknie ułożone. Heidi dostrzegła wszystko w szafie i domyśliła się, czego będzie trzeba do jedzenia.
— Dobrze, że sama potrafisz coś zrobić, — pochwalił ją, kładąc ser na chlebie — ale brak czegoś jeszcze na stole.
Heidi spojrzała na garnek, z którego buchała obiecująco para, i pobiegła do szafy. Znalazła jedną tylko miseczkę. Ale nie długo trwało jej zakłopotanie. Chwyciła jedną z dwu stojących na półce szklanek i wróciła do stołu.
— Umiesz sobie, jak widzę, poradzić! — powiedział. — Gdzież będziesz teraz siedziała?
Na jedynym stołku siedział sam dziadek. Heidi skoczyła do ogniska, przyniosła zydel i usiadła.
— Siedzisz, coprawda, — zauważył — tylko trochę za nisko. Z mego stołka także byś nie dosięgła stołu. Ale poradzimy i na to.
Wstał, napełnił miseczkę gorącem mlekiem, postawił ją na stołku i przysunął do zydla, tak że Heidi miała swój własny stół. Dziadek położył przed nią duży kawałek chleba i złocistego sera, potem zaś powiedział: — Jedz, Heidi! — Sam usiadł na krawędzi stołu i zaczął się posilać. Heidi chwyciła oburącz miseczkę i zaczęła pić, piła, piła bez przestanku. Pragnienie, wywołane długą podróżą, wystąpiło teraz dopiero właśnie. Po chwili odetchnęła głęboko, gdyż pijąc łapczywie, zapomniała oddychać, i postawiła na stołku pustą miseczkę.
— Smakuje ci mleko? — spytał dziadek.
— Nigdy nie piłam tak dobrego mleka! — oświadczyła Heidi.
— Dostaniesz jeszcze — rzekł na to, napełnił miseczkę powtórnie i postawił przed dziewczynką, która teraz zajadała chleb, posmarowany złocistym, miękkim jak masło serem. Smakowało jej bardzo, popijała mlekiem i miała bardzo zadowoloną minę. Po jedzeniu poszedł dziadek do stajni, by ją uporządkować. Heidi przyglądała się z zaciekawieniem, jak zamiatał, a potem rozrzucał świeżą mierzwę, by kozom było wygodnie spać. Następnie ruszył dziadek ku zaroślom. Wyciął tam kilka długich kijków, zaczął majstrować koło sporej deski, wiercił dziury, klepał, kuł, wbijał gwoździe i oto nagle zrobił się z tego wszystkiego stołek taki sam jak dziadka, tylko dużo wyższy.
— Cóż to jest, Heidi? — spytał wkońcu dziadek.
— To jest mój stołek, bo taki wysoki. Jakżeś prędko go zrobił, dziadku! — powiedziała, zdjęta wielkim podziwem.
— Zdaje sobie sprawę z wszystkiego, na co patrzy! — mruknął pod wąsem. Potem jął krążyć wokoło chaty. Gdzieniegdzie wbił gwóźdź, poprawił coś u drzwi, chodził długo z młotkiem i gwoźdźmi w rękach, łatając to i owo, lub usuwając co niepotrzebne. Heidi chodziła za nim krok w krok, patrzyła nań nieustannie, a wszystko co robił, wydawało jej się wielce zabawnem.
Na tem im upłynął czas do wieczora. Stare jodły zaszumiały rozgłośniej, gdyż silny wiatr rozkołysał ich gęste korony. Heidi słuchała tego szumu z zachwytem nieopisanym, skakała wesoło dookoła drzew, doznając ogromnej radości, a dziadek patrzył na nią, stojąc pod drzwiami stajni. Nagle zabrzmiał przenikliwy gwizd. Heidi przerwała skakanie, a dziadek wyjrzał w stronę gór. Trzoda kóz pędziła w szalonych skokach wąską ścieżyną, a pośrodku nich biegł Pietrek. Heidi wydała okrzyk radości i rzuciła się między kozy, witając zosobna każdą, starą znajomą z dzisiejszego ranka. Pod chatą zatrzymało się wszystko, a ze stada wyszły dwie, smukłe kózki, biała i brunatna. Zbliżywszy się do dziadka, zaczęły lizać jego palce, w których miał sól. Tak czynił każdego wieczora, witając zwierzęta swoje. Pietrek popędził dalej trzodę, a Heidi głaskała jedną i drugą kozę, potem zaś zabiegła wokoło, by je pogłaskać także z drugiej strony, i radowała się niemi bardzo.
— Czy one naprawdę nasze? Czy obie nasze, dziadku? — pytała. — Czy pójdą do stajni? Czy zostaną u nas na zawsze? — Pytała i pytała, tak, że dziadek z trudem jeno mógł wtrącić swoje „Tak, tak.“
Gdy kozy sól zlizały, powiedział:
— Przynieś teraz swą miseczkę i chleb.
Heidi przyniosła posłusznie jedno i drugie. Dziadek udoił z białej kozy pełną miseczkę mleka, ukroił chleba i rzekł:
— Jedz teraz, potem zaś idź spać! Ciotka Deta zostawiła dla ciebie zawiniątko, są tam koszule i inne drobiazgi. Znajdziesz je, w razie potrzeby, w szafie. Ja się zajmę kozami. Dobranoc!
— Dobranoc, dziadku! Dobranoc! A jakże się zowią nasze kózki? Jak się zowią, dziadku? — spytała, biegnąc za odchodzącemi.
— Biała zwie się Białuszka, a brunatna Buraska! — odpowiedział.
— Dobranoc, Białuszko! Dobranoc, Burasko! — wykrzyknęła z całej siły, bo kozy weszły już do stajni. Potem siadła na ławce, zaczęła jeść i pić, ale musiała się spieszyć, gdyż wiatr dął tak silnie, że jej omal nie zdmuchnął z siedzenia. Skończywszy, weszła po drabinie do swej sypialni, wsunęła się pod kołdrę i za chwilę spała, tak smacznie, jakby leżała w książęcem łożu. Niedługo potem, jeszcze przed zupełnem zapadnięciem nocy, położył się także dziadek. Wstawał zawsze razem ze słońcem, a wiadomo, że w górach słońce wschodzi, latem, bardzo wcześnie. Wiatr nabrał w nocy takiej siły, iż cały dom drgał, belki trzeszczały, w kominie wyło żałośliwie, a mniejsze gałęzie starych jodeł spadały, raz po raz, na ziemię. Dziadek wstał, mruknął pod wąsem: — Pewnie się boi ta mała! — wszedł na strych i zbliżył się do legowiska Heidi. Szybko przelatujące chmury zakrywały, to znów odsłaniały księżyc. Teraz właśnie padły na dziecko jasne promienie przez krągły otwór dachu. Leżała spokojnie, zarumieniona z powodu ciężaru kołdry, podłożywszy pod głowę krągłe ramię, i śniło się jej zapewne coś miłego, gdyż miała rozradowaną buzię. Dziadek patrzył na nią, póki było jasno, potem zaś wrócił na swoje legowisko.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Johanna Spyri.