Gwiazda przewodnia/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jeanie Gould
Tytuł Gwiazda przewodnia
Data wydania 1924
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Arcta
Druk Drukarnia „Głosu Narodu“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Hartingh
Tytuł orygin. Marjorie’s Quest
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.

— Marjorie! — zabrzmiał wzdłuż korytarza głos pani Merill.
— Idę, idę! — odparła dziewczynka, biorąc oba kotki na ręce.
Dwutygodniowy pobyt w domu pani Merill posłużył jej bardzo na zdrowiu. Blada twarz sierotki zabarwiła się delikatnym rumieńcem, oczy jej straciły wylękniony wyraz, usteczka zaczynały się uśmiechać do życia. Z rozjaśnionem spojrzeniem pięknych swych oczu stanęła przed swoją opiekunką, wyczekując, co jej powie.
— Marjorie — rzekła pani Merill, wskazując jej siedzącą opodal osobę z małem zawiniątkiem w ręku. — Mówiłam ci, że sędzia Gray zostawił mi pieniądze z poleceniem, abym cię zaopatrzyła w potrzebne ubranie. Otóż miss Banks i ja zabieramy się do szycia twojej wyprawki, bo pan sędzia pisze, iż masz jechać do niego w sobotę pod opieką Stevensa.
Twarz dziewczynki bladła i rumieniła się naprzemian pod wpływem silnego wzruszenia.
— Mam jechać do pana sędziego, aby tam pozostać?... w jego domu? Nie będę u Terencjusza Mac-Keona? A Barneja dotąd niema!...
— Przybędzie w niedzielę na pewno, on zawsze dotrzymuje słowa...
— Ja nie mogę wyjechać stąd, nie zobaczywszy Barneja!... — dokończyła Margie bardzo stroskana i bliska płaczu.
Miss Banks i pani Merill spojrzały po sobie.
— Jesteś dobrem, wdzięcznem dzieckiem — gorąco pochwaliła pani Merill — i nie odjedziesz, nie zobaczywszy się z Barnejem. Jutro ma być bal „Pod słoneczną tarczą“, a na nim on będzie grać do tańca. A teraz patrz, jak ci się podoba ta sukienka?
To mówiąc, rozłożyła przed nią materjał bronzowy w czerwone cętki.
Marjorie klasnęła w rączki z radości.
— I to ma być dla mnie! ta śliczna sukienka... I buciki w dodatku!... A to, co to jest?
— Perkal na dwie koszulki.
Marjorie usiadła na podłodze i, obejmując rączkami skarby swoje, rozpłakała się na dobre.
— Co tobie jest, dziecko? — spytała miss Banks, zabierając się do roboty.
— Ja... ja sama nie wiem... tylko nigdy w życiu jeszcze nie miałam równie pięknej sukienki; ja tak bardzo, bardzo kocham pana sędziego Graya!
Pani Merill czule pogłaskała ją po główce.
— No, przestań, maleńka. Chodź lepiej przymierzyć stanik.
Cały dzień następny pani Merill i miss Banks siedziały przy maszynie, szyjąc pilnie, a Margie przypatrywała im się z podziwieniem; wkońcu poprosiła, aby i jej dano co do roboty. Miss Banks rozśmiała się, dając jej skrawek materjału wraz z nawleczoną igłą i polecając, aby uszyła fartuszek dla kotka.
Gdy dziewczynka, śmiejąc się wesoło, wiązała takowy dokoła szyi swego faworyta, drzwi kuchni uchyliły się zwolna i wysoka, barczysta postać stanęła w progu. Nagle dłoń przybysza spoczęła na ramieniu dzieweczki i rozległ się uradowany głos Barneja:
— Margie, kochanie moje! co się to stało? Nigdy nie widziałem cię śmiejącą się tak swobodnie.
Margie podskoczyła do góry, ucałowała gorąco ogorzałą twarz swego przyjaciela, pogłaskała po dawnemu szorstkie jego włosy, a gdy mistress Merill wyszła do kuchni, aby przygotować podwieczorek, zaczęła z żywością i zapałem opowiadać jedynemu swemu powiernikowi o zmianie, jaka zaszła w jej losie.
— Chwała niechaj będzie Bogu Najwyższemu za to! — pobożnie odezwał się ucieszony Irlandczyk. — Szczęście wielkie spadło na ciebie, dziecko! Słyszałem ja, co to za zacności człowiek, ten sędzia Gray; ci nawet, których on karze, nie mają dość pochwał dla niego. Kiedy już muszę rozstać się z tobą, klejnociku ty mój, to cieszę się przynajmniej, że się w podobne dostajesz ręce. A nie zapomnisz twojego starego Barneja, aniołku?
— Nigdy, póki żyję! — gorąco zawołała dziewczynka, obejmując głowę jego w serdecznym uścisku.
— No, pamiętaj, kochanie. Przyjdę ja tam odwiedzić cię w mieście... i... i Bogu dziękuję, że nie dostałaś się pod opiekę Terencjusza Mac-Keona. Słyszę, że to strasznie nałogowy człowiek i że towarzystwo jego rodziny wcale nie byłoby odpowiedniem dla ciebie.
— Ja też wcale nie pragnęłam tam się dostać. Możeby mnie żona jego biła, tak jak Judyta?
— No, no, nie myśl już o tem. Chodź lepiej posłuchać, jak będę grał na balu, jeżeli ci pani Merill pozwoli.
— Już czas, aby Margie szła spać — rzekła gospodyni, wchodząc. — Z mojego pokoju może przysłuchiwać się muzyce, a jutro rano możecie się z nią zobaczyć, Barneju.
Irlandczyk potrząsnął głową markotnie.
— Muszę wyruszyć z powrotem tej jeszcze nocy, bo John Magir (Dżon Madżir) obiecał mnie zabrać do swoich sanek. Ale... — tu zakrztusił się i dokończył nieśmiało — możeby pani była tak dobrą i pozwoliła Margie posiedzieć jeszcze trochę i porozmawiać ze mną. Jeszcze się goście nie poschodzili.
— I owszem — chętnie przystała pani Merill. — Jeżeli chcesz, Margie, zaprowadź twego przyjaciela do mego pokoju. Tam wam nikt przeszkadzać nie będzie.
— Dziękuję pani bardzo — rzekł Barnej, zrywając się z ochotą i biorąc dziewczynkę za rękę — zejdę, gdy goście zaczną się schodzić.
— No! no! mówił, potrząsając głową z podziwu, gdy Margie pokazała mu czyściuchno zasłane, białe swoje łóżeczko, nową cętkowaną sukienkę, zawieszoną w szafie, i włożyła na nóżki skórkowe nowe buciki. — Chodź w moje objęcia, kochanie, bo tak paradnie wyglądasz w tych strojach, że gotów jestem pomyśleć, iż to inna jakaś obca dziewczynka, a nie moja dawna, maleńka Margie. A czy nie chciałabyś, abym ci opowiedział jaką historyjkę?
— O czerwonym lisku? — ciekawie spytała dziewczynka, wspinając się na jego kolana.
— Nie, inną, której dotąd nie słyszałaś. — Czy pamiętasz mamę twoją, Margie? — spytał po chwili wahania.
Margie szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia.
— Niebardzo, to jest pamiętam dzień, w którym umarła, i jeszcze jedną rzecz...
— Cóż to takiego?
— O! to już było temu dawno, dawno! — rzekła Margie. — Byłyśmy obie z mamą w dużym jakimś pokoju i był tam także z nami jakiś stary pan z białemi włosami, którego oczy, gdy mówił, wychodziły na wierzch ze złości. Gniewał się bardzo o coś i mówił tak głośno, że mama rzewnie płakała; ja podbiegłam do niego, ale mnie odepchnął tak silnie, że o mało nie upadłam. — Oto wszystko, co pamiętam.
Zatrzymała się chwilę, jakby namyślając, potem dodała:
— Nade drzwiami był jakiś wielki, szary ptak, którego bałam się bardzo. Zresztą nic więcej nie przypominam sobie, Barneju. Czasem nawet, zdaje mi się, że mi to wszystko chyba się przyśniło. A jednak tego ptaka pamiętam... wiem, wiem, że go tam widziałam nade drzwiami...
— Musiało to być wtedy, gdy byłaś bardzo maleńką, Margie, bo nie miałaś więcej nad cztery lata, gdy cię ujrzałem po raz pierwszy. Nie mówiłbym ci o tem, gdyby nie to, że idziesz między obcych ludzi. Pytałaś minie raz, czy jesteś krewną Mac-Keonów. Nie, dziecko; między niemi a tobą niema żadnego powinowactwa; o tem wiem najdowodniej; ale z tem wszystkiem nie wiem, kim ty jesteś, Margie. Pewnej nocy, było to w grudniu, lat temu pięć, straszna zawieja była na dworze. Przyszedłem na pogawędkę do Darbego, a że śnieżyca zerwała się okropna, namówił on mnie, abym przenocował u niego. Siedzieliśmy wszyscy dokoła komina, grzejąc się przy ogniu, gdy z za drzwi doszedł nas przenikliwy krzyk dziecka. Wszyscy zerwali się przestraszeni, a ja pobiegłem do drzwi, które uchyliłem z trudnością, tak były zasypane śniegiem. W progu leżała zemdlona kobieta a obok niej, drżąc z zimna, stała mała dziewczynka. Dziewczynką tą byłaś ty, Margie. Czy przypominasz sobie to?
— Nie; pamiętam tylko okropny mróz, śnieg i upadek mamy. Mówiąc to, zbladła i poczęła trząść się jakby ze strachu. — Dlaczegóż ja ciebie nie pamiętam, Barneju?
— Bo byłaś chorą i bliską śmierci. Dlatego też zapytuję cię o to, bo może mogłabyś sobie przypomnieć, gdzie byłaś przedtem?
— Nie, nie mogę — smutnie odparła dziewczynka.
— Darby i ja wnieśliśmy na rękach bezprzytomną kobietę do domu i poczęliśmy ją ogrzewać przy ogniu. Sądziliśmy zrazu, że nie żyje, ale gdy przez zaciśnięte zęby wleliśmy jej do ust parę kropel whisky, otworzyła oczy, a jakie oczy! czarne jak noc, a błyszczące jak diamenty, i zaczęła mówić zupełnie bezprzytomnie obcym jakimś językiem, którego nie rozumieliśmy wcale. Biedaczka dostała widocznie uderzenia krwi do mózgu i nigdy już potem nie przyszła do siebie. Opowiadała różne rzeczy, ale nie zdawała sobie dobrze sprawy z tego, co mówiła. Tak mi się zdaje przynajmniej... Zapytana o imię, nazwałaś sama siebie Marjorie, ale nazwiska swego nie umiałaś powiedzieć. Gdy mama twoja wkrótce umarła, ty także, dziecino, popadłaś w ciężką chorobę, w czasie której prawdopodobnie straciłaś pamięć o przeszłości.
— Czemu nie mówiłeś mi nigdy a tem wszystkiem? — spytała rozżalona dziewczynka.
— Na cóżby się to zdało, moje serce?
— Wszak mama moja musiała zostawić coś, może jakieś ubranie?
— Zawsze mówiłem, że masz stary rozum w młodej główce! — z podziwieniem rzekł Barnej. — Tak, było trochę ubrania, ale Judyta sprzedała sztukę po sztuce na wódkę. Został tylko po matce twojej ten szal, który masz, a który Darby odebrał z rąk swej żonie. Ale prócz tego zostało jeszcze coś, co na szczęście udało mi się uratować dla ciebie. Sukienka twoja była strojna i kosztowna; pod płaszczykiem ramionka białe, obnażone, na rączkach miałaś bransoletki, jedną przynajmniej, bo drugiej nie mogłem odszukać. Może zgubiłaś ją w śniegu, a może dostała się do rąk Judyty; a na szyjce miałaś złoty łańcuszek, który również ocalał, bo Darby dał mi go zaraz do przechowania. Otóż teraz chcę tę pamiątkę, którą przechowywałem starannie dla ciebie przez te wszystkie lata, zawiązać dokoła twojej szyjki. Nie oddawaj jej nikomu, a jeżeli się obawiasz zgubić, to lepiej daj do schowania komuś bardzo dobremu i życzliwemu, aż do czasu, gdy wyrośniesz.
To mówiąc, Barnej wydostał z kieszeni owinięty w papier złoty łańcuszek misternej roboty, składający się z drobnych, rzeźbionych paciorków, a zakończony spięciem koralowem.
— Patrz, maleńka — rzekł — tu na skówce są dwie litery M. H., które oznaczają prawdopodobnie początek twego nazwiska.
— Czy to wszystko? — spytało dziecko zawiedzionym głosem. — Czy nie dowiedziałeś się nigdy mego nazwiska?
— Nie, kochanie. Chciałem cię tylko zapewnić, iż nie pochodzisz z rodziny Mac-Keonów.
— Byłam tego zawsze pewną.
Barnej popatrzył na nią z zachwytem. — Prawdziwie wielka pani! — pomyślał w duchu. Krew wielkiego rodu odzywa się w niej...
Wtem usłyszał głos wzywającej go pani Merill.
— Idę! — odparł śpiesznie. — Bywaj mi zdrowa, Margie kochanie, a Matka Boża i wszyscy Święci niechaj czuwają nad twoją niewinną główką. Przyjdę wkrótce odwiedzić cię...
Margie wybuchnęła płaczem, na który oddawna jej się zbierało. Barnej był najlepszym, jedynym jej przyjacielem i wdzięczne serce sierotki lgnęło do niego całą siłą. Gdy uściskawszy dziewczynkę kilkakrotnie, postawił ją na ziemi, oczy jego wilgotne były od łez.
— Dość już, dość, maleńka... chłopcy i dziewczęta niecierpliwią się na mnie. Pomódl się czasem za Barneja, a nie zgub bransoletki!
Margie cichutko osunęła się na ziemię, z twarzą przytuloną do krzesła; w tej nieruchomej pozycji zastała ją pani Merill. Dobra kobieta daremnie usiłowała czułemi słowy ukoić żal sieroty.
Przez dwie następne noce dziewczynka nie ustawała przez sen wołać Barneja, budząc tym sposobem opiekunkę swoją, która nadto współczuła, aby gniewać się o to.
Barnej, rozstawszy się z Margie, zatrzymał się w pół schodów, jakby namyślał się nad czemś. Wyjął z kieszeni małą jakąś paczkę i rzekł jakby sam do siebie: Możeby jej to oddać?!... Przyrzekłem biednej matce... ale jeszcze za młoda na to... Nieprędko może rozpocząć jakieś poszukiwania... Nie, zatrzymam papiery przy sobie. Może je oddam panu sędziemu, jeżeli się nadarzy sposobność... A jednak takbym rad przysłużyć się maleństwu, odnajdując jej ojca.
I paczka znikła napowrót w głębi kieszeni Barneja, a historja pochodzenia Margie pozostała tajemniczą, jak wprzódy.
Nadeszła sobota, a Margie, jakkolwiek nie przebolała jeszcze rozstania swego z Barnejem, czuła się mocno wzruszoną i przejętą na myśl o nowej podróży. Tęskniła do sędziego Graya, który jej tyle ojcowskiej okazał troskliwości. To też, gdy pan Stevens przyszedł po nią, blada jej twarzyczka zakwitła rumieńcem, dającym jej tyle uroku, że zobaczywszy ją, zawołał:
— Czy to ta sama dziewczynka? Cóżeś pani z niej zrobiła, mistress Merill? Wygląda ślicznie, jak pączek róży!
— Jest to dobre, poczciwe dziecko — rzekła oberżystka. — Odmieniło ją zapewne ubranie, które pan sędzia jej sprawił; niema w tem więc żadnej mojej zasługi. Margie, kochanie, oto koszyczek z prowjantami na drogę dla ciebie. Znajdziesz tam parę pierniczków, które wiem, że lubisz, i jedno rumiane jabłuszko. Koszyczek możesz zostawić sobie, a tłumoczek, który ci pożyczyłam na rzeczy, odeślij mi, gdy się trafi sposobność. Bywaj zdrowa, maleńka, a pokłoń się pięknie panu Regie od starej Zuzi.
Dobra kobieta stała na progu, powiewając chusteczką za odjeżdżającymi.
Kareta powiozła podróżnych do najbliższej stacji, skąd dalszą drogę odbyć mieli koleją. Margie nigdy przedtem nie widziała kolei, to też przestraszyła się bardzo, widząc wielką czarną lokomotywę, pędzącą ku nim całą siłą. Uchwyciła mocno rękę pana Stevensa, który, spojrzawszy na nią, spostrzegł, iż była bardzo bladą.
— Boisz się, mała? — zapytał. — Zapomniałem, że nie jeździłaś koleją. Nie powinienem był podchodzić tak blisko.
— Widziałam obrazek, przedstawiający taką maszynę — drżącym jeszcze głosem odparła dziewczynka, siadając w kąciku wagonu. — Ale czemu to tak syczy i parska?
Pan Stevens rozśmiał się.
— Ależ to para... — przerwał, widząc ze zdziwionego spojrzenia, jakie rzuciła, iż mała nic nie rozumie. — Gdy będziesz starsza, wytłumaczą ci to. Nie bój się tylko! Ot, widzisz, pociąg rusza z miejsca. Patrz, jak domy i drzewa uciekają przed nami.
Oswoiwszy się z ruchem, Margie z ciekawością zaczęła się rozglądać dokoła, a wielkie, siwe jej oczy chciwie chwytały każdy szczegół krajobrazu. Potem zaczęła się przypatrywać towarzyszom podróży, między któremi znajdowała się kobieta z małem dziecięciem na ręku. Margie lubiła bardzo dzieci, to też miała wielką ochotę podejść do chłopczyka, który wyglądał tak biało i różowo, a czysto, jak żadne z dzieci, które dotąd widziała. Takie śliczne miał dołeczki na buzi, i tak uśmiechał się ładnie, że dziewczynka bardzo pragnęła ucałować go w te rumiane usteczka i ofiarować mu jabłuszko, podarowane jej przez panią Merill. Nie śmiała jednakże tego uczynić. Następnie uwaga jej zwróconą została na dziewczynkę, mniej więcej w jej własnym wieku, ubraną w granatową sukienkę, oszytą futerkiem i w czarny aksamitny kapelusz, z którego spływało długie strusie pióro. Rozpatrując z ciekawością szczegóły tej tualety, nie spostrzegła, jak czas szybko upływał. W Binghampton pan Stevens przyniósł jej z bufetu parę ciastek i pomarańczę. Posiliwszy się, Margie zasnęła, oparłszy główkę o poręcz siedzenia i obudziła się dopiero wtedy, gdy uczuła dotknięcie ręki Stevensa.
— Przespałaś się dobrze, kochaneczko — rzekł, widząc ją zrywającą się ze strachem i nie mogącą narazie opamiętać się, gdzie jest — a teraz wstawaj! już dojeżdżamy do miejsca! Nie zdziwiłbym się, gdybyśmy zastali sędziego Graya, czekającego na nas. A co? nie mówiłem? Otóż i on! — dodał, widząc mężczyznę, podchodzącego spiesznie do drzwiczek wagonu. — Jesteśmy, kochany sędzio.
Z okrzykiem radości dziewczynka poskoczyła w wyciągnięte ku niej ramiona, które utuliły ją z całej mocy.
— O, to mi powitanie! — rozśmiał się pan Stevens. — Musisz posiadać jakiś talizman, sędzio, że dzieci tak za tobą przepadają.
— Bo czują, że je kocham — odparł sędzia. — Gdzież twój tłumoczek, Margie? Stevensie, dziękuję ci bardzo za odwiezienie mi małej.
— Niema za co, kochany sędzio. Miło mi zawsze usłużyć ci w czemkolwiek. — Do widzenia, Margie!
Nieśmiałe usteczka Margie rozwiązały się naraz, gdy pozostała sama ze swoim opiekunem. Sędzia słuchał z uśmiechem, gdy mu opowiadała o swojej podróży, o czarnej, syczącej maszynie, o małem rumianem dzieciątku, o dziewczynce ze strusiem piórem, a nakoniec o swojej nowej sukience.
— Czy nie śliczna, panie sędzio, proszę powiedzieć? w takie ładne czerwone kropki! A buciki... proszę patrzeć!
— Bardzo piękne — zaśmiał się sędzia. — Piękniejsze od szklanych pantofelków „kopciuszka“. Jakto? nie znasz tej bajeczki, Margie? Rex musi ci ją kiedy opowiedzieć. Ale otóż jesteśmy w domu. Oto moja siostra, która wygląda przez okno, a czy widzisz? Rex czeka nas na progu. Tak, tak, przywiozłem ją — dodał, widząc chłopca, który z gołą głową zbiegł szybko ze schodów na ich spotkanie.
— Jak się miewasz, Marjorie? — wesoło zabrzmiał głos młodzieńczy. — Zaniosę ją na rękach, papo. Schody są bardzo śliskie.
Margie nieśmiało spojrzała w górę, ale odrazu nabrała otuchy, spotkawszy śmiejące się wejrzenie błękitnych oczu Reginalda, który, pochwyciwszy ją na ręce, ostrożnie i czule zaniósł aż do przedsionka.
— Cóż to za odrobinka! — śmiał się, stawiając ją na ziemię. Ciociu Rachelo, oto jest Marjorie — to mówiąc, wprowadził ją za rączkę do pokoju, gdzie pod oknem stała miss Gray.
— Jak się masz, moje dziecię! — uprzejmie odezwała się miss Rachela, która zawsze delikatnie obchodziła się z dziećmi. Od pierwszego rzutu oka zauważyła z zadowoleniem, że mała nie jest źle wychowanem dzieckiem. Ale Margie zalękniona, nie śmiała kroku postąpić naprzód, a paluszki jej drżące obejmowały silniej rękę Reginalda.
— Pozwól, niech ci zdejmę kapelusik — rzekł, rozwiązując wstążki, — ciociu! przypatrz się, jakie śliczne, jakie jedwabiste ma włoski!
Figlarny uśmieszek przemknął przez usta dziewczynki.
— Czego się śmiejesz? — spytał Rex.
— Nic, tylko Judyta nazywała je zawsze kudłami i myślałam, że doprawdy są tak brzydkie... — rumieniąc się, nieśmiało odparła Margie.
— A co za niegodziwość! — zaśmiał się Rex.
— Zaprowadź małą na górę, Regie, i oddaj Joannie jej kapelusz — przerwała miss Gray. — Herbata już gotowa. Łóżeczko przygotowane dla niej w pokoiku obok schodów. A może będzie wolała spać z Joanną... Czy nie boisz się sypiać sama, Margie?
— O, nie, pani! — zawołała dziewczynka, której oczy zabłysły radością na myśl posiadania własnego pokoiku.
— Dobrze robisz, mój chłopcze! — pochwalił sędzia, widząc Reginalda prowadzącego Margie na górę. — Opiekuj się małą i zabawiaj ją, jak możesz.
Margie patrzała uśmiechnięta na tego dużego chłopca, który jej usługiwał z prawdziwie rycerską grzecznością. Nalał jej wody w porcelanową miednicę, wskazał, gdzie mydło, i otworzywszy stojącą w rogu szafę, zawiesił w niej kapelusik i płaszczyk.
Ośmieliła się do niego od pierwszej chwili; posiadał on urok łagodności i dobroci, odziedziczonych po ojcu, a choć żywy był jak iskra i lubił często psoty płatać, jak każdy młody chłopiec, w obejściu swojem zawsze był bardzo delikatny. Nie mając siostry, lubił niezmiernie małe dziewczynki, choć krył się z tem przed kolegami, aby go nie wyśmiano.
— Czy te kwiatki nie rozmokną w wodzie? — spytała Marjorie, ocierając wilgotne rączki i wskazując z podziwieniem na bukiet róż, wymalowany na dzbanku.
— Spróbuj potrzeć je mydłem! Nie, maleńka! toż to malowane. Czy nie widziałaś nigdy kwiatów na porcelanie?
— Nie, nigdy. Judyta myła mnie pod pompą albo w szafliku, a mistress Merill miała białą miednicę.
— Otóż i dzwonek — rzekł Regie — wołający nas na wieczerzę! Daj rączki, Margie! Zaniosę cię na barana.
Dziewczynka przestraszyła się trochę, widząc, że to miało znaczyć, aby usiadła na jego plecach, ale dłonie Reginalda tak silnie trzymały małe jej rączęta, że nim zeszli ze schodów, oswoiła się z tego rodzaju jazdą i w ten sposób oboje triumfalnie pojawili się w stołowym pokoju.
Ciotka Rachela była tem trochę zgorszona, ale sędzia rozśmiał się tylko i pogłaskał Margie po główce, poczem posadził ją obok siebie i nałożył jej na talerz ciepłych jeszcze pasztecików i szynki. Przez cały czas wieczerzy Margie walczyć musiała z wrodzoną swoją nieśmiałością. Nie umiała posługiwać się srebrnym widelcem, co wprawiało ją w wielki kłopot, to też pełne wdzięczności spojrzenie zwróciła na sędziego, gdy jej podał łyżeczkę. Usłużna i czysto ubrana pokojówka, Joanna, stojąca za krzesłem pani domu i podająca półmiski dokoła, przejmowała ją wielką obawą i poszanowaniem. Nie mogła też jeść, ku wielkiemu zmartwieniu Rexa, który podał jej kawałek ciasta do ręki, gdy wstawali od stołu.
— Chodź ze mną do bawialnego pokoju, maleńka. Sprzątnę okruszyny, cioteńko, nie narobimy ci nieporządku. Czy lubisz muzykę, Margie?
— Barnej gra... — odparła — i śpiewał mi czasem „Rary o’Moore“ — przerwała zdumiona, gdy nóżki jej, nawykłe do twardej ziemi, utonęły naraz w miękkim, puszystym dywanie, po którym rozsiane były bukiety róż i bławatków, zdających się wykwitać z zieleni. Obrazy w złoconych ramach okrywały ściany; ozdobne fraszki rozrzucone były po stołach i etażerkach. Naprzeciwko drzwi wchodowych stało duże lustro, sięgające do sufitu; dziewczynka, zobaczywszy w niem odbicie swojej figurki, drgnęła z przestrachu.
— Kto jest ta dziewczynka? — spytała lękliwym szeptem, tuląc się do Reginalda, który wybuchnął głośnym śmiechem.
— O, Margie! jaka ty jesteś zabawna! Czy nigdy w życiu nie widziałaś zwierciadła? Ależ ta dziewczynka to bardzo dobra twoja znajoma. Przypatrzno jej się zbliska. Na imię jej Marjorie.
To mówiąc, podprowadził ją do lustra.
— Ależ to... to... ja jestem! — odparła ze zdumieniem, nie dającem się opisać. Po chwili, wpatrzywszy się w swój obraz, uśmiechnęła się słodko, dodając: — A jak moja sukienka ślicznie wygląda! a moje trzewiczki!...
— Istna kobieta! — rozśmiał się Regie, ubawiony. — No chodź, przypatrzysz się sobie innym razem... Teraz ci coś zagram. To mówiąc, posadził ją wygodnie w głębi aksamitnego fotelu i, usiadłszy przy fortepianie, puścił palce po białych klawiszach. Instrument był dobry, a Regie, jak na swój wiek, grał bardzo wprawnie.
Wykonawszy fantazję, improwizowaną na tle irlandzkiej ballady: „Rary O’Moore“ i „Dan Tuckera“, puścił potem wodze swojemu muzykalnemu talentowi i, zapomniawszy całkiem o obecności słuchającej go dziewczynki, zaczął grać rzewną i łzawą modlitwę Mojżesza w Egipcie.
Marjorie siedziała pogrążona w milczącym zachwycie, nie dającym się słowami wyrazić. Wrażliwa a poetyczna natura dziecka do głębi przejętą była cudowną harmonją, która jakby jakieś dźwięki dalekich wspomnień budziła w młodej jej duszyczce. Chciałaby była zapłakać... przytulić się do kogoś... i naraz w sercu sieroty zbudziła się taka tęsknota za utraconą matką, taki żal nad własną niedolą, że Reginald, zatopiony w poetycznem natchnieniu, nagle przywołanym został do rzeczywistości, czując na ramieniu dotknięcie dziecinnej rączki i usłyszawszy łzawy głos, wołający:
— Przestań, o! przestań, proszę! Ja chcę mamy... mojej drogiej mamy!... O! Boże! Boże! gdzie ona?!...
Tęskne wołanie sierotki rozrzewniło go do głębi. Posadził ją na kolanach, utulił jasną główkę na ramieniu i ucałował tak czule i gorąco, że osuszył łzy, które płynęły z wielkich jej, zamglonych smutkiem oczu. Jego własna, piękna, błękitnooka matka, która tak młodo zmarła, stanęła mu w pamięci, gdy ją widział leżącą w białych szatach wśród kwiatów i zieleni, wpośród żółtego blasku gromnic, oświetlających twarz wybladłą... w rzewnem też poczuciu wspólnego sieroctwa serce jego silniej jeszcze przylgnęło do opuszczonego dziecka.
— Podobają mi się twoje skrzypce — rzekła po chwili Margie, uspokojona jego pieszczotami.
— Moje co?
— Twoje skrzypce — rzekła, dotykając z uszanowaniem białych klawiszy. — Tak ładnie grają, jak skrzypce Barneja.
— Dziękuję za komplement — odparł, uśmiechając się na tę wątpliwą pochwałę. — Ale to nie skrzypce, Margie, tylko fortepian.
— Dzieci! proszę! — zawołał sędzia z drugiego pokoju. — Ciotka Rachela uważa, że dla Margie już czas iść spać, a ty, Rexie, zabierzno się do swoich ekstemporaljów (zadań).
Miss Rachela, stojąca w drzwiach pokoiku, przeznaczonego dla Margie, przywołała dziewczynkę do siebie i poleciwszy ją staraniom Joanny, powiedziała jej dobranoc, przykazując pobożnie odmówić pacierz wieczorny. Joanna szybko rozebrała małą i odeszła, zabierając światło. Po chwili Margie zasnęła słodko, śniąc, że jest w niebie i że słyszy chóry anielskie, wśród których widzi łagodnie uśmiechniętą i wyciągającą ku niej ręce matkę swoją.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jeanie Gould i tłumacza: Zofia Hartingh.