Gwiazda przewodnia/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jeanie Gould
Tytuł Gwiazda przewodnia
Data wydania 1924
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Arcta
Druk Drukarnia „Głosu Narodu“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Hartingh
Tytuł orygin. Marjorie’s Quest
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.

— Reginaldzie — rzekła miss Rachela Gray, zatrzymując się w przechadzce swej po pokoju — proszę cię, przestań grać i usiądź spokojnie na chwilę. Ojciec twój powinien zaraz przybyć.
Ogień płonął wesoło na marmurowym kominku, ponad którym zawieszone lustro odbijało elegancki i wygodnie urządzony pokój; w pośrodku stał stół śnieżnym obrusem nakryty ze srebrnym przyborem do herbaty.
Po dwóch czy trzech silnych akordach Reginald Gray zamknął hałaśliwie fortepian i wyszedł do sąsiedniego pokoju z głową nieco wtył odrzuconą i wyrazem twarzy, zdradzającym lekkie zniecierpliwienie.
Był to szesnastoletni chłopiec, wysoki nad wiek, pełen sprytu i życia, które tryskało z każdego ruchu i wejrzenia jego. Miał świeżą cerę i piękne rysy swego ojca, delikatne i wrażliwe usta, oraz ciemno-błękitne oczy zmarłej przedwcześnie matki. Wychowany przez rozsądnego a kochającego ojca, pokładał w nim zaufanie bez granic; to też zwierzał mu się z każdego kroku swojego i z każdego wybryku chłopięcego.
Usłyszawszy kroki u drzwi wchodowych, Rex, gdyż tak nazywano go przez skrócenie, skoczył żywo do sieni, wołając uradowanym głosem:
— Papo, drogi papo! jakże rad jestem, że cię widzę!
— I ja również, mój chłopcze! — rzekł sędzia wesoło.
Rex zarzucił ojcu obie ręce ma szyję, całując go i ściskając z całej siły. Jakkolwiek był już dużym chłopcem, zawsze ojca witał i żegnał w podobny sposób.
— Jak się masz, Rachelo? — spytał sędzia, witając siostrę. — Czy ból głowy mniej ci dokucza, niż zwykle? Mam nadzieję, że Rex nie zachowywał się zbyt hałaśliwie. A czy pamięta, na jaki użytek przeznaczone są słomianki przede drzwiami?
— Przypominam to sobie raz na trzy dni — odparł Rex, śmiejąc się. — Zabłocone obuwie zostawiam zawsze w sieni, a w pokoju, dla przyjemności cioci, noszę cichostępy.
To mówiąc, wysunął nogę, obutą w kanwowe pantofle.
— Babcia wyhaftowała mi je w tym celu.
— Jakże się ma babcia? — spytał sędzia.
Tak rozmawiając, zdejmował z siebie palto, poczem cała rodzina zasiadła do kolacji.
— Jakże ci idzie greczyzna? — zapytał syna.
— Kapitalnie, papo! Nie mogę tylko zapamiętać nazw okrętów, a jestem pewny, że i stary Homer musiał równie jak ja nałamać sobie głowy nad niemi. W łacinie zrobiłem również duży postęp. Pan Ransom upewnia, że na przyszły rok zdam egzamin do uniwersytetu. Cóż papa mówi na to?
— Bardzo pięknie, mój synu.
— A teraz proszę mi powiedzieć, czy papa osądził już wszystkie sprawy?
— Nie jeszcze, ale dużo ich już zbyłem z głowy. Opowiem ci ciekawą przygodę, jaka zdarzyła mi się w drodze.
— Słucham! — żywo podchwycił Rex, zbliżając krzesło swoje do ojca.
— Przypominasz sobie, w jak okropną zawieję wyjechałem z domu. Stanęliśmy w Seybrock bardzo późno. Prócz Stevensa i mnie, jechały w dyliżansie dwie tylko podróżne. Jedną z nich była 10-cioletnia dziewczynka, bardzo ubogo odziana.
Tu głos sędziego zadrżał nieco. Nie mógł nigdy bez wzruszenia mówić o cierpieniach biednych dzieci.
— Na imię jej Marjorie — dodał po krótkiej przerwie — otóż stary mój płaszcz okazał się znów bardzo użytecznym, bo ochronił ją od mrozu... Poczciwa Zuzanna uraczyła nas wyśmienitą wieczerzą i ułożyła dziewczynkę do snu w swoim pokoju.
— Skądże ona jechała i dokąd? — spytał Reginald.
— Widzisz, Irlandczyk, który wsadził ją do dyliżansu w Wyn, prosił mnie, abym ją odstawił do niejakiego Terencjusza Mac-Keona w Seybrock; ale zebrawszy różne niepochlebne informacje o tym człowieku, powziąłem przekonanie, iż nie godziłoby się powierzać mu tak wątłej i delikatnej dzieciny. Nie jest ona żadną krewną Mac-Keonów; matka jej, której wcale nie pamięta, umarła przed laty w domu Darbego Mac-Keona, a i on przed dwoma tygodniami przeniósł się także do wieczności. Żona jego Judyta, nie chcąc dłużej trzymać u siebie sierotki, postanowiła odesłać ją do brata nieboszczyka swego męża, do owego Terencjusza. W całej tej historji jedynym porządnym człowiekiem wydał mi się ów Irlandczyk, który przyprowadził dziewczynkę do dyliżansu. Jest to niejaki Barnej Brian, skrzypek z powołania, jak Zuzanna utrzymuje, bardzo poczciwy człowiek. Widziałem się z nim dzisiaj, przejeżdżając przez Wyn, i poczciwiec aż się rozpłakał z wdzięczności, gdy mu powiedziałem, że chcę się zaopiekować losem małej jego protegowanej.
— O! papo! sprowadź ją tutaj! — z uniesieniem zawołał Rex
— Ależ, Reginaldzie... — zaprotestowała miss Rachela.
— Właśnie chcę się w tym względzie poradzić babci, i ciebie, siostro — rzekł sędzia, zwracając się ku niej.
Zaufanie brata widocznie pochlebiło miss Racheli.
— Czyż naprawdę myślisz wziąć tę małą Irlandkę do swego domu, Dżemsie? — spytała.
— Nie mam zamiaru ulokować jej tutaj na stałe, ale przynajmniej na jakiś czas, nim nawyknie do obcego otoczenia. Przychodzi mi na myśl prosić babcię, aby ją przyjęła do swojej ochronki. Cóż ty na to, Rachelo?
— Możeby to dało się zrobić, ale nie wiem, czy opiekunki tego schronienia przyjmują dzieci z innej prowincji.
— Głupstwo! — przerwał Rex, wybuchając.
— Zapominasz się, Regie!
— Ale bo, przepraszam cioteczkę, bo wiem, że babunia nigdy nie odmówi miłosierdzia dla biednego dziecka, którem się papa interesuje. Czegoby babunia nie zrobiła dla papy.
— Uspokój się, moje dziecko. Otóż Rachelo, myślę pójść do babci i o tym interesie zaraz z nią pomówić. Stevens obiecał mi przywieźć tu tę maleńką i chciałbym o to napisać do niego jutrzejszą pocztą.
— Ależ, mój drogi Dżemsie — rzekła miss Rachela, przerażona wprowadzeniem tego obcego i nieznanego żywiołu do rodzinnego swego kółka — czyż nie wypadałoby, abym wpierw napisała do mistress Merill, zapytując o tę małą? Wszakże należy zachować pewne ostrożności...
Figlarne oczy Rexa poczęły mrugać znacząco, lecz ojciec, unikając spotkania z jego wzrokiem, odparł siostrze łagodnie:
— Nie trafi się prędko druga taka dobra sposobność; trzeba korzystać z propozycji Stevensa. Zresztą poinformowałem się już dokładnie o wszystkiem.
— Rex, zbieraj się. Pójdziemy do babci.
Jednym susem chłopiec skoczył na górę po czapkę i wybiegł za ojcem, nie bacząc na napomnienia ciotki, wygłoszone jednostajnym miarowym tonem, który rozdrażniał go zawsze do żywego.
Sędzia wraz z synem zastali panią Livingstone siedzącą w bawialnym pokoju z pończoszką w ręku. Dziadek poszedł do siebie na górę, aby przeczytać gazety.
— Ach, to ty, Rexie! — zawołała babcia, witając go serdecznie.
Głos zacnej kobiety nie zestarzał się, równie jak i serce; zachował on miłe brzmienie i dźwięk metaliczny.
— Domyśliłam się, że cię tu dzisiaj sprowadzi przeczucie, bo Betsy upiekła świeże ciastka z migdałami.
— Co widzę! i twój ojciec jest z tobą!
— Jak zdrowie twoje, matko? — spytał sędzia, całując ręce teściowej.
Rex udał się zaraz do kredensu, skąd przyniósł sobie ogromny zapas ulubionych swoich przysmaków. Babcia zaś, siedząc w fotelu i poruszając machinalnie drutami, przysłuchiwała się z zajęciem opowiadaniu sędziego i ku nieopisanej pociesze wnuka zaaprobowała w zupełności projekt umieszczenia Marjorie w ochronce.
— Są właśnie dwa miejsca wolne — rzekła. — Jutro zaraz pójdę do miss Brooks (Bruks), przełożonej zakładu, aby się z nią naradzić. A czy pomyślałeś o ubraniu jej, mój zięciu, czy też życzysz sobie, abym ja się tem zajęła?
— Zostawiłem w tym celu trochę pieniędzy Zuzannie, a ta obiecała mi dopilnować, aby wszystko było w porządku.
— Można śmiało polegać na jej praktyczności. Cóż na to mówi Rachela?
— Sądzę, że zgodzi się na wszystko, gdy sprawa zostanie już załatwioną.
Po tej rozmowie, gdy decyzja względem losu sierotki już stanowczo zapadła, sędzia udał się do swego teścia na górę, aby porozmawiać z nim o ostatnich wiadomościach z dziedziny polityki. Rex pozostał przy babce, chrupiąc ciastka i projektując różne sposoby zabawienia małej nieznajomej. Tak przytem był wesół i niewyczerpany w opowiadaniu różnych swoich figlów szkolnych, że babcia uśmiała się do łez, co mu zawsze wielce pochlebiało, świadczyło bowiem dobrze o narratorskim jego talencie.
Już późnym wieczorem ojciec i syn, obaj zadowoleni, powrócili do domu, a Rex, skacząc po trzy schody na raz, przypadł do drzwi ciotki i, stukając w nie z całych sił, zawołał:
— Babcia zgadza się! Dziewczynka przyjedzie do nas w przyszłym tygodniu!
I lotem strzały puścił się napowrót na dół.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jeanie Gould i tłumacza: Zofia Hartingh.