Strona:PL Gould - Gwiazda przewodnia.djvu/014

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nadzieję, że Rex nie zachowywał się zbyt hałaśliwie. A czy pamięta, na jaki użytek przeznaczone są słomianki przede drzwiami?
— Przypominam to sobie raz na trzy dni — odparł Rex, śmiejąc się. — Zabłocone obuwie zostawiam zawsze w sieni, a w pokoju, dla przyjemności cioci, noszę cichostępy.
To mówiąc, wysunął nogę, obutą w kanwowe pantofle.
— Babcia wyhaftowała mi je w tym celu.
— Jakże się ma babcia? — spytał sędzia.
Tak rozmawiając, zdejmował z siebie palto, poczem cała rodzina zasiadła do kolacji.
— Jakże ci idzie greczyzna? — zapytał syna.
— Kapitalnie, papo! Nie mogę tylko zapamiętać nazw okrętów, a jestem pewny, że i stary Homer musiał równie jak ja nałamać sobie głowy nad niemi. W łacinie zrobiłem również duży postęp. Pan Ransom upewnia, że na przyszły rok zdam egzamin do uniwersytetu. Cóż papa mówi na to?
— Bardzo pięknie, mój synu.
— A teraz proszę mi powiedzieć, czy papa osądził już wszystkie sprawy?
— Nie jeszcze, ale dużo ich już zbyłem z głowy. Opowiem ci ciekawą przygodę, jaka zdarzyła mi się w drodze.
— Słucham! — żywo podchwycił Rex, zbliżając krzesło swoje do ojca.
— Przypominasz sobie, w jak okropną zawieję wyjechałem z domu. Stanęliśmy w Seybrock bardzo późno. Prócz Stevensa i mnie, jechały w dyliżansie dwie tylko podróżne. Jedną z nich była 10-cioletnia dziewczynka, bardzo ubogo odziana.
Tu głos sędziego zadrżał nieco. Nie mógł nigdy bez wzruszenia mówić o cierpieniach biednych dzieci.
— Na imię jej Marjorie — dodał po krótkiej przerwie — otóż stary mój płaszcz okazał się znów bardzo użytecznym, bo ochronił ją od mrozu... Poczciwa Zuzanna uraczyła nas wyśmienitą wieczerzą i ułożyła dziewczynkę do snu w swoim pokoju.
— Skądże ona jechała i dokąd? — spytał Reginald.
— Widzisz, Irlandczyk, który wsadził ją do dyliżansu w Wyn, prosił mnie, abym ją odstawił do niejakiego Terencjusza Mac-Keona w Seybrock; ale zebrawszy różne niepochlebne informacje o tym człowieku, powziąłem przekonanie, iż nie godziłoby się powierzać mu tak wątłej i delikatnej dzieciny. Nie jest ona żadną krewną Mac-Keonów; matka jej, której wcale nie pamięta, umarła przed laty w domu Darbego Mac-Keona, a i on przed dwoma tygodniami przeniósł się także do wieczności.