Groźny cień/Rozdział czternasty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Artur Conan Doyle
Tytuł Groźny cień
Data wydania 1909
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Z. N.
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ CZTERNASTY.

Żniwo śmierci.

Dzień wstawał i właśnie pierwsze szare brzaski nieśmiało przenikały przez długie, wązkie szpary ścian naszej stodoły, kiedy wstrząśnięto mię mocno za ramię.
Zerwałem się, jak oparzony.
Rozespana mózgownica nasuwała mi straszne obrazy i w jednej chwili wyobraziłem sobie, że to atak kirasyerów, porwałem najbliższą, opartą o mur halabardę i tu otrzeźwiło mię zimne dotknięcie gładkiego żelaza. W około szarzały niezliczone sylwetki śpiących towarzyszy.
Przetarłem prędko oczy i któż opisze moje zdumienie, gdym w stojącej tuż przy mnie postaci, poznał czcigodną osobę majora Elliott’a.
Miał niezwykle poważny wyraz twarzy, — nieco opodal majaczyło dwóch sierżantów, trzymających grube ołówki i długie, papierowe wstęgi.
— Wstawaj, chłopcze — rzekł półszeptem, tym dawnym, dobrym, przyjacielskim tonem.
— Jestem, panie — bełkotałem, niezupełnie jeszcze wytrzeźwiony.
— Pójdziesz ze mną. Czuję względem was ciężkie obowiązki, — ja to przecież przyczyniłem się do porzucenia rodzinnych, szkockich progów — mówił major dalej dziwnie surowo i smutno, — i brak otóż, — braknie nam Jim’a Horscroft’a!
Wszystka krew ściekła mi do serca. Toż wśród zmęczenia, głodu, i w ciągłym wirze szalonych ataków, do cna zapomniałem o najlepszym przyjacielu. Nie widziałem go od chwili, gdy sam jeden rzucił się na gwardyę i pociągnął za sobą pułk cały.
— Sporządzam właśnie wykaz poległych ze strony angielskiej, — objaśniał nie patrząc na mnie starzec, — gdybyś zechciał mi towarzyszyć, wyrządziłbyś mi prawdziwą przysługę?
Umilkł i już bez słowa wyszliśmy za drzwi stodoły, tuż koło nas dwóch nachmurzonych sierżantów...
Och! Straszny to był widok! tak straszny, że odżywa pomimo tylu lat ubiegłych, tak straszny, że chciałbym go przyodziać w jaknajskąpsze słowa!
Straszliwą jest sama w sobie bitwa, ale w chłodzie, i w ciszy poranku, bez podniecających dźwięków trąb i bębnów, — znika zapał, gasną płomienne glorye, a rozpościera się tylko coś niby olbrzymia, wielka, niezmierzona rzeźnia, — krwią przesiąkła ziemia i na niej niezliczone plamy pomiażdżone, ćwiertowane, okaleczałe ciała ludzkie. Rzekłbyś, że człowiek oto podaje dzieło Boże na urągowisko. A ze szczegółów różnych, z ciał poległych, odczytywać można było każdy, poszczególny przebieg bitwy, — tu czerniły się zwłoki mężnie ginącej piechoty, tworząc martwe, pełne grozy, czworoboki, tam w nieładzie okropnym ciała kawalerzystów, którzy do pierwszych przypuszczali atak, dalej jeszcze, na pochyłości, majaczyły sylwetki zabitych kanonierów i okaleczone, milczące paszcze armat...
Owa wspaniała kolumna gwardyi szeroki szlak trupów usłała poprzez pole bitwy.
Coś, niby ślad przejścia ślimaka. A u jego czoła olbrzymi zwał niebieskich uniformów, splątanych z czerwonemi, jakby bławatki i maki, — w miejscu, gdzie zaszedł ten szalony atak, w chwili gdy tamci zaczęli się cofać.
Na wstępie ujrzałem martwe ciało Jim’a.
Leżał nieruchomy i cichy, zastygłą twarzą patrzył w niebo...
Wszystkie namiętności, wszystkie smutki i cierpienia uleciały już z niej bezpowrotnie.
I tylko królował wyraz, który pamiętałem tak dobrze, wyraz ze szkolnych jeszcze czasów.
Krzyk rozpaczy i żalu wydarł mi się z piersi, kiedym dostrzegł te drogie zwłoki, skoro jednak wzrok mój upadł na poważną głowę umarłego, kiedy wyczytałem na niej szczęście w śmierci, jakiegom nie spodziewał się ujrzeć za życia, — ból mimowoli złagodniał i przycichł. Uczułem, że mu tak lepiej.
Dwa bagnety francuskie tkwiły w jego piersiach.
I skonać musiał natychmiast, bez cierpień, może, bo z dziwnym uśmiechem na pobladłych wargach.
Przy pomocy majora uniosłem lekko głowę przyjaciela, nasłuchując ze drżeniem oddechu, gdy tuż przy mnie rozległ się głos dobrze znany...
Z pośród mnóstwa poległych gwardzistów wychylała się twarz de Lissac’a, wspartego z widocznym wysiłkiem na łokciu...
Resztę ciała okrywał nierozłączny płaszcz błękitny, kapelusz z czerwonym pióropuszem walał się obok, na ziemi.
Był strasznie blady i wielkie, sine półkola podkrążały mu oczy, ale zresztą pozostał ten prawie, co dawniej. Ten sam ostry, zakrzywiony nos zgłodniałego, drapieżnego ptaka, te same szorstkie wąsy i krótko ostrzyżone, kunsztownie ułożone włosy...
Powieki zawsze wprawdzie nawpół przykrywały oczy, lecz teraz opadły prawie zupełnie i z pod rzęs z trudnością się dostrzegało błyszczące źrenice.
— Jock!? To ty, Jock’u? — wyszeptał ze zdumieniem, — nie spodziewałem się coprawda, ciebie tu zobaczyć! A jednak mogłem się tego domyślić, ujrzawszy nierozłącznego Jim’a, — rzekł do siebie ciszej i jakby niezadowolony.
— Pan właśnie na nas ściągnąłeś to wszystko — powiedziałem z żalem.
— Et! — syknął rozgniewany. — Głupstwa! losy nasze są ułożone z góry. W Hiszpanii jeszcze nauczyłem się wierzyć w Przeznaczenie. I przeznaczenie zsyła mi ciebie dziś rano.
— Na pana spada krew tego człowieka — wyrzekłem nagle, ostrożnie dotykając ramienia zabitego przyjaciela.
— A moja na niego — odparł zwolna. — Kwita z nami.
Uchylił róg płaszcza i z przerażeniem dostrzegłem czarny strumyk krwi nawpół zaskrzepłej, a sączącej się bez przerwy z boku.
— Trzynasta z kolei rana i... ostatnia — objaśnił z bladym uśmiechem. — Trzynastka podobno przynosi nieszczęście. Czy nie macie czego do picia, — choćby kilka kropel?
Major podał mu trochę „brandy” z wodą.
Ranny jął pić powoli, chciwie.
Oczy mu się niespodzianie ożywiły, na policzki wystąpiły ciemne, ceglaste plamy.
— Horscroft mię tak urządził — zaczął, usiłując nadać mowie zwykły, żartobliwy odcień. — W zgiełku bitwy usłyszałem nazwisko swoje wyszeptane dziwnie ponurym głosem i natychmiast uczułem lufę karabinu na mundurze... Ludzie moi zakłuli go w tej samej chwili bagnetami... Co robić? Edie warta była śmierci. Ty Jock’u, za kilka tygodni będziesz z pewnością w Paryżu, i — przyrzekniesz mi, że ją zobaczysz. Pójdziesz na ulicę de Miromesnil pod Nr. 11, gdzieśmy obecnie mieszkali. Tylko oględnie powiedz jej smutną wiadomość... nie wyobrazisz sobie, jak bardzo mnie kochała! Powiedz jej także, że wszystko, co posiadam... znajduje się w dwóch czarnych skrzynkach, że... Antoni ma klucze. Nie zapomnisz?...
— Będę pamiętał.
— Jakże się miewa szanowna twoja matka? Czy w dobrem zdrowiu? A czcigodny ojciec? Oświadcz im głębokie uszanowanie od dawnego gościa.
I w takiej chwili, już na progu śmierci, — wykonał jeszcze ów charakterystyczny ukłon ręką, gdy wspomniał o pozdrowieniach dla matki.
— Rana pańska nie jest tak ciężka może, jak się zdaje — odważyłem się teraz odezwać. — Mógłbym tu sprowadzić chirurga naszego pułku?
— Dziękuję ci, poczciwy chłopcze — szepnął z wysileniem — ale ostatnie lat piętnaście niedarmo spędziłem na zadawaniu i otrzymywaniu ran najrozmaitszych, żebym się nie umiał poznać na śmiertelnych. Nie żałuję nawet życia... Dla naszego „małego“ wszystko już skończone, więc wolę odejść w ciszę śmierci na czele wiernych woltyżerów... niż żyć na wygnaniu i u wrogów żebrać łaski. Zresztą... Sprzymierzeni i takby mię rozstrzelali, unikam więc upokorzenia.
— Sprzymierzeni, szlachetny panie, nie dopuściliby się nigdy podobnie dzikiego i barbarzyńskiego czynu! — przerwał mu z ogniem major.
— Bo nie wiesz szczegółów, majorze — odparł de Lissac cicho. — Czy myślisz, że uciekałbym do Szkocyi i zmieniał nazwisko, gdybym potrzebował się obawiać tych tylko, co panoszyli się wtedy w Paryżu? Drogo ceniłem życie, bom wierzył, że mały kapral powróci... Teraz... teraz mogę spokojnie umierać, — wiem, że nigdy nie stanie już na czele wojska... A czyniłem rzeczy, których się nie darowywa. Ja to — szeptał coraz ciszej, gorączkowo — ja komenderowałem oddziałem, który rozstrzelał księcia d’Enghien... ja to... Boże! Boże! Edie... moja najdroższa!...
Wzniósł ręce w górę, palce mu zadrgały, i zaraz zacisnęły się kurczowo.
Potem opadły ciężko, a głowa pochyliła się na piersi.
Siwowłosy sierżant ułożył równo jego ciało, drugi rozpostarł na niem płaszcz błękitny... I odeszliśmy, pozostawiając na stratowanem polu zwłoki dwóch ludzi, którym Przeznaczenie tak dziwnie poplątało życie, a teraz łączyło w śmierci.
I leżeli spokojni, cisi i tak blizko, że ręka Szkota dotykała prawie dłoni nienawistnego Francuza, — na przesiąkłem krwią zboczu, tuż koło tak pięknego wczoraj jeszcze Hougoumonf’u.
Dziś śmierć tu królowała, ruiny i zgliszcza.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Arthur Conan Doyle.