Gehenna/Tom II/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Gehenna‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Helena Mniszek
Tytuł Gehenna
Data wydania 1921
Wydawnictwo Wielkopolska Księgarnia Nakładowa
Druk L. Kapela
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IX.
Męty.

Po wyjściu Horskiego Ewelina zastanowiła się głęboko.
... On jest zajęty Andzią...
Ten pewnik był rezultatem rozmyślań starej panny. Postanowiła zwrócić na Oskara baczniejszą uwagę i trochę się o nim wywiedzieć. Jej osobiście Horski podobał się; wykwintny pan, światowy, zbytnio czasem ironiczny i zdaje się bezbożnik. To w dzisiejszych czasach nie liczy się za wielki grzech, (panna Niemojska chciała być pobłażliwą), ale zawsze lepiejby było, żeby Horski z większym szacunkiem odzywał się o archaniołach i nie krytykował księży, zacząwszy od Watykanu, jak on to czynił. Ewelina przypomniała sobie jak raz w czytelni kasynowej, gdzie byli razem z Horskim, przeglądając pisma Oskar pokazał Andzi illustrację jakiejś uroczystości w Watykanie. Nieśli tam papieża na tronie, w tjarze, w otoczeniu niezliczonej, strojnej świty, mnóstwa księży i kardynałów. Horski spytał Tarłówny:
— Jakie to na pani robi wrażenie?...
I nie czekając na zdanie Andzi, rzekł ze swą częstą ironją na ustach.
— Pani naturalnie odpowie ze stanowiska katoliczki. Ja osobiście uważam zbytki watykańskie i te parady, przepych, ceremonje za pospolitowanie boskich tradycji, o ile one istnieją, czysto ludzkiemi naleciałościami. Jeśli papież ma być następcą Piotra Apostoła, skromnego rybaka, to niechże nie rywalizuje z królewską pompą. To mu nie dodaje majestatu, lecz go rozprasza, imponuje zaś chyba tylko bardzo płytkim umysłom. Nie uznaję dogmatu watykańskiego soboru.
Andzia spytała go wówczas.
— Pan zatem należałby w Rzymie do świata białych?...
A na to Horski.
— Tak pani, wolę być najluźniejszym z białych, niż kolorowym w czarnej sukni, jakich jest bardzo wielu wśród nich — wskazał szeregi księży na illustracji. — Bo gdy się czasem rąbek takiej wierzchniej szatki odchyli, wyziera arlekinada i wówczas bywa mniej ślicznie.
Panna Ewelina zapamiętała te bluźnierstwa, czuła by się jednak spokojniejszą, gdyby Horski był czarny.
Tarłówna powróciwszy do ludzi, po swych samotnych rozmyślaniach wpadła znowu w wir zabawy, hulaszczy trochę. Tylko już nie grała w Kasynie, oddawszy jego kasie całą poprzednio wygraną sumę.
Rzuciła ją na stół trent‘a jednym zamachem, wiedząc, że przegra na czarnym, podczas dużej serji koloru czerwonego.
Wówczas zobaczyła znowu nieznajomego mężczyznę o chytrej twarzy, który gładząc długie wąsy, przypatrywał jej się bacznie. Uważa na każdy jej ruch.
Andzię porwał gniew gwłtowny. Zmierzyła natręta ostrem spojrzeniem z powtórnem, jakoby wewnętrznem przekonaniem,, że to jest jakiś szpieg na nią nasłany.
Z ulgą wyszła z Kasyna, by więcej nie wracać.
Projektowane wycieczki z Horskim nie udawały się. Nordica był ciągle i roztaczał swój wpływ na towarzystwo, któremu i Andzia poddawała się mimowoli. Chciała oszołomić swój umysł, zatonąć w chaosie, skąd za kilka tygodni wypłynąć miała na ponure horyzonty swego przeznaczenia. Postanowiła bowiem nieodwołalnie, na Wielkanoc wracać do kraju i poślubić Jana.
Niech się to raz spełni. A teraz pić, pić z zachłannością musujący szampan zabawy, swobody, który nie czaruje, ale daje zapomnienie.
Będzie czas na ocknięcie się, straszna szarzyzna jej życia, leży przed nią i czeka na nią. Jak kiedyś we śnie w Wilczarach, gdy po rozpłyniętym, purpurowym kwiecie, szare, błotne otoczyły ją rozłogi. Śpiewały nad nią sonety chóry jakieś nieziemskie, lecz u stóp jej leżał zwój pergaminu z treścią jej życia i dewizą jego — Miej Boga w sercu...
...Miej Boga w sercu, Hańdziu — wołało w duszy jej pełnej żalu.
Napróżno! Jakieś szatańskie porywy chwytały ją w swe szpony.
Bawić się, szaleć, warjować.
Odpisała do Jana krótko, zapewniła o swym przyjeździe i o ślubie. Wyrywała słowa z siebie z taką męką, jakby kawałkując własne serce, z rozkoszą tyrańską patrząc na ociekającą krew.
Gdy list został wysłany, opanowała Andzię rozpacz, chciała cofać go telegraficznie z ostatniej poczty. Poco Jana upewniać, niech by on wiedział, że ona się waha, że dotrzymanie przysięgi to dla niej niemal śmierć. Poco było nowe dawać mu nadzieje?
Anna cierpiała strasznie, nawet nie przeczuwając, że list jej pełen obietnic, zrezygnowany i łagodny, był jednakże negatywą jej zapewnień, którą łatwo można dostrzec między wierszami. To co starała się uczynić dla Janą jasnem to w słowach jej, niby na kliszy, odbiło się bardzo ciemno. Andzia pisząc pod dyktandem silnej woli i obowiązku, do którego w sumieniu swem poczuwała się, nie spostrzegła, że dusza jej krzycząca protestem, każde słowo listu natchnęła tragizmem. Nie można go było wyczytać, ale się go czuło. Styl, ton, zdania, wyrazy w liście zawarte, dążyły do Jana razem z tchnieniem jej ducha, bezświadomym, subtelnością swą przeczącym plastyce słów. List poszedł. Tarłówna chciała pozyskać spokój choćby chwilowy; bawiła się.
Horski oblegał ją zręcznie, Nordica i Humbert natarczywie, zagłuszali sobą starania Horskiego. Andzia ich nie odczuwała. Oskar był w jej oczach dobrym przyjacielem, godnym szacunku, ufała mu i lubiła go bardzo bez najmniejszych podejrzeń. O tem, że i on chciał ją zdobyć dla siebie nie przyszło jej nawet na myśl.
Chwilowe wrażenie, odniesione po rozmowie z nim w czytelni Kasynowej, powtórzyło się parokrotnie, zawsze na krótko i tłumaczone zaufaniem, wdzięcznością dla niego. W takich momentach Horski widywał w niej lekką kokieterję względem siebie, zupełnie bezwiedną, będącą jakby skupieniem jej wdzięku przyrodzonego. To go podniecało silniej. Czuł się na dobrej drodze do swego celu, tembardziej, że konkury Humberta Andzia przyjmowała z pogardą; lekceważyła Włocha, traktując Nordicę w podobny sposób, nieco delikatniej ze względu na Lorę. Było to zbyteczne, bo Robert od żony nic lepszego nie otrzymywał, sam zaś postępował zupełnie dowolnie, nie licząc się z nią. Teraz zapałał do Andzi, okazując jej swe zachwyty bardzo wyraźnie.
Anna w zabawach różnych i wesołości własnej umiała wybornie zachować miarę, co krępowało obu panów, ale dostosowywali się do jej wymagań z pozorną tożsamością etyki, byle nie spłoszyć ofiary. Wyglądało to na skradanie się ciche lampartów, by nie zbudzić czujności gazelli, na którą obaj urządzili zasadzkę. Horski był trochę w roli strzelca, widocznego dla drapieżników, lecz w postawie niepewnej... śpi czy czuwa?... Ostrożność zachowywano z obu stron.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pewnego wieczoru po odbytej wycieczce statkiem, na morzu, Andzia i Ewelina powróciły do domu. Horski pożegnał się z niemi do następnego dnia.
Wkrótce po odejściu Horskiego Nordica zaczął namawiać panie, na spacer samochodem przy księżycu, korzystał z nieobecności Horskiego, ale postępował tak, aby Andzia nie domysliła się tego. Ponieważ noc była wyjątkowo piękna, Anna zaś podniecona wycieczką morską, projekt został przyjęty chętnie, tylko panna Ewelina odmówiła stanowczo swegoi udziału, co właśnie uradowało Roberta nadzwyczajnie.
Prosił ją, mizdrzył się, całował po rękach, nalegając by jechała, wiedział, że nie pojedzie, bo już na morzu panna Ewelina czuła się nie dobrze i wzdychała do łóżka.
Pojechali we troje, Lora z mężem i Anna. Drogą wśród gór nad Monte-Carlo, samojazd mknął z chyżością jaskółki, przepaście i skały oświetlone jaśnią matowo-błękitnawą księżyca w pełni upajały Andzię swą nastrojowością. Lora była także jakby senna, tylko Nordica rozgadany wpatrywał się w Tarłównę z lubością zmysłową. Znajdował ją co raz piękniejszą. Podniecenie i walka w duszy Andzi zawarta cieniowała jej urodę najczarowniejszym retuszem. Ale na jej duchowości Nordica nie umiał się poznać, brał wszystko ze strony zmysłowej, lubieżnik ten był przekonany, że to on właśnie działa na dziewczynę pobudzająco, że drażni jej pragnienia. Wlepiał w nią swe czarne gałki oczów, których dominującym wyrazem była zwierzęca namiętność.
Andzia zwykle spostrzegłszy jego wzrok na sobie odwracała oczy ze wstrętem. Robert rozumiał to inaczej, że nie może znieść jego spojrzenia, bojąc się siły jego uroku.
W takich razach stawał się natarczywszym. Na spacerze w górach Anna nie widziała go prawie przed sobą, zatonęła oczyma w widokach fantastycznych przy świetle pełni, i duszą nie odrywała się od nich. Marzyła o baśniach dziwacznych, własne rojenia tworząc wśród skał rdzawych. Ogarniała ją fantazja gór, nieokreślona a silna, chciałaby śpiewać o górach, na szczytach rwać szarotki, błądzić w pieczarach, zaglądać do orlich gniazd. Samej stać się orłem na wirchach, widzieć zdala siedziby ludzkie, ale ich nie dotykać skrzydłami. Czy jednak wytrzymałaby teraz bez ludzi, samotnie?... Och nie, nie! Gdybyż naprawdę ulec metamorfozie zupełnej, zabić wspomnienia, tęsknotę zamienić w błogi spokój teraźniejszości i w nim trwać. Przeszłość i przyszłość wyrwać z mózgu na zawsze. Wtedy unikać ludzi, wtedy dążyć na szczyty skał, bratać się z orłami, żyć ich życiem, bujać wśród natury, samotnie. Dziś nie można, trzeba jeszcze gwaru, zabawy, w tem zanurza się wszystkie bóle, to koi żal.
— Patrz Andziu, na tę dolinę pod nami, jakaś mała woda migoce i tak tu jest dziwnie liljowo, drobne krzaczki czegoś tam i kamienie, jak kępy na moczarach...
Głos Lory rozwlekły dziwnie, wpłynął do ucha Andzi i wywołał lekki niepokój. Odwróciła głowę. Dolina zalana liljową poświatą, przypomina coś, opadają jakieś mgły, wyłania się mętne, mętne wspomnienie...
— Krasna duszohuba — mówi Lora.
Tarłówna zatrzęsła się.
— A... tak... Krasna duszohuba...
— To jakby wizja tamtej, wizja nigdy nie bywa zbyt plastyczną. Ale złudzenie jest, prawda Andziu?... Ranek o świcie ma moczarach... Widzę ten obraz jak na jawie, nie wymienię osób, ale mam w oczach naszą gromadkę. Jakaż różnica teraz. Może tylko jeden stary Grześko nie uległ zmianie...
Lora umilkła, Andzia oddychała szybko. Nordica wsłuchiwał się nie rozumiejąc ani słowa.
— Dziwna rzecz... Krasna duszohuba... i zgubiła dwie dusze; zatrata dla jednej, otchłań dla drugiej, przez to spotkanie... A takie były piękne pierwsze chwile takie... krasne. Żyliście w liljowo-purpurowym blasku, lecz jakby na moczarach, wchłonęły was; jego na wieki... ciebie zatopiły w kałużach męczarni...
— Lorko przestań! Nie wywołuj tych wizji.
— A pamiętasz Hańdziu obóz cygański?... szatry, Makruna. Ja pamiętam wybornie: „mościa damulka wiatrem poleci, gdzie krew poniesie... szeroko i cudnie... krew zahuczy to i złota dorzuci... Ferdu, ferdu!... ot taka... cygańska dola...“.
Każde słowo mówione było ciszej, rozwlekłej, ostatnie wyszło z ust kobiety jak szmer leciuchny... Lora westchnęła.
— Mądra baba... worożycha! — zawołała nagle śmiejąc się.
Andzia patrzała na nią ze zdumieniem i trwogą. Więc ona sama przyznaje?... więc i tu wróżba... spełniona?...
W tem rzekł Nordica.
— Kazałem szoferowi zawracać do Monte. Panie się rozmarzają, a ja nawet nie wiem, na jakiem tle ten romantyzm. Muszę się uczyć po polsku. Już jeśli Lora marzy, musi to być niezwykły temat. Powtórzcie mi go panie.
— Nie dorosłeś do tego Berti.
— W takim razie teraz mój benefis, jedziemy do The Austria na bibę.
— Gdzie to jest i co to jest? — pytała Anna.
— To sobie restauracja, á la kabaret, od północy dopiero ma rację bytu, wesoły zakątek, zabawny.
— Jabym wolała jechać do domu i proszę mnie tam odwieść.
— Jedź Anuś z nami. Nie puścimy cię. Wcale miła dziura ta restauracja. Muzyka gra, tańce, szampana trzeba pić koniecznie, taki zwyczaj. Zabawimy się, utoną nasze marzenia.
Andzia uczuła się dotkniętą. „Nasze“ czyż skala jej marzeń i wspomnień może się równać z marzeniami Lory?...
Stanęli przed kawiarnią u stóp kolejki zębatej. Weszli, witani ukłonami szwajcara i kelnerów u wejścia. Niezbyt duża, niska sala od razu niepodobała się Tarłównie. Pod ścianami stoliki, w głębi orkiestra, bufet, perspektywa powiększona złudnie przez wielkie zwierciadło.
Na środku sali kręciło się kilka par tańcząc walca, kobiety malowane, w strojach ekscentrycznych kręciły się same z sobą.
Andzia uczuła niesmak, wionął na nią z tej sali jakiś zaduch obcy nieznany jej dotąd. Nordicowie chcieli iść w głąb sali, do pustego stolika, lecz Tarłówna usiadła przy pierwszym z brzegu, obok wejścia, poza klombem roślin egzotycznych.
— Dalej nie pójdę.
Musieli się zgodzić, Robert był nie rad.
— W takim kącie?... jakaż tu zabawa.
Mówiąc to, usadowił się obok Andzi.
Podano szampana. Tarlówna zażądała herbaty i sandwich. Nordica oburzał się na nią, wyszukiwał najwykwintniejszych potraw w jadłospisie.
Bardzo prędko zjawił się Humbert.
Zaraz od drzwi oddając palto lokajowi, skrzywił połowę twarzy niemiłosiernym uśmiechem i podszedł krokiem pantery.
— Prawdziwa uroczystość w The Austria, rzuca pani blask na całą salę — rzekł do Andzi.
Tarłówna obraziła się, przybladła, ale nic nie odpowiedziała.
Humbert usiadł przy Lorze, zaczęli szeptać.
Anna patrzała na tańczące dziewczyny, na ich ruchy lubieżne. Twarze niektórych prawie dziecinne, pod warstwą szminek, różów, uśmiechały się wyzywająco, lub sentymentalnie, oczy za mgłą wyczerpania zmysłowego, czasem dzikie, rozbestwione, czasem żałosne, przeważnie z wyrazem jagnięcej głupoty. Jedna brunetka, tęga, z ustami szeroko wywiniętemi tańczyła w luźnej tiunice podpasanej w stanie. Rzucała kędzierzawą głową, wydając w tańcu okrzyki mające illustrować temperament. Kilka było naprawdę ładnych i młodziutkich. Andzia patrzała na nie z przerażeniem w duszy. Wstręt najgorszy uczuła ujrzawszy jedną, nie młodą już, okropnie wymalowaną, w stroju małej dziewczynki; sukienka do kolan, dziecinnego kroju nisko opasana szarfą, z dużą kokardą z tyłu, warkoczyki opasywały głowę, kokardki po bokach, nogi w pantofelkach i skarpetkach, przytem twarz rozwięzłej ladacznicy. Panowie i Lora patrzyli na nią rozbawieni, śmiano się i dowcipkowano.
Geście napływali coraz nowi.
Kokoty zapraszały do stolików, narzucając się bezczelnie.
Jedna z nich, nie tańcząca w kole wodziła rej, siada bez ceremonji przy nowoprzybyłym młodzieńcu, który już miał tęgo w głowie. Pili szampana razem, on siedział niemy, jakby senny, ale jej zaczepki wywołały u niego reakcję. Zaczęły się umizgi z obu stron, co raz mniej dyplomatyczne. Andzia miała zawrót głowy, poczuła mdłości. Pierwszy raz w życiu widziała coś podobnego. Czy wpadła w jakiś męczący, podły sen?...
Z głębi sali buchnął śmiech rubaszny. Podniosła pół przytomne oczy. Siedział przy stoliku barczysty jegomość, wąsy wachmistrzowskie, duże i długie, mina djabła. Pochylony w tył, śmiał się z dwuch kokotek zaproszonych na kolację. Dysponowały sobie potrawy, jadły tak żarłocznie, że wesoły jegomość nie mógł się niemi nacieszyć.
— Patrzysz na tego dzika?... To nasz rodak... Polak. Przyjechał zapewne odwiedzić żonę na Riwierze i tak się zabawia... nic dziwnego, żona chora.
Tarłówna spojrzała na Lorę.
Miała cyniczny śmiech, twarz nastrojoną na ogólny ton sali.
... Polak... rodak... jakiż wstyd.
Nordicowie i Włoch jedli, pili i palili, dowcipy sypiąc podejrzane, pragnęli do swej harmonji wciągnąć i Andzię, ale ona czuła się tu intruzem zbytecznym i rażącym. Uciec stąd jaknajprędzej. Nie chciała pić szampana, nie mówiła ani słowa. Obrzydzenie rosło w niej. Doznawała wrażenia, że ugrzęzła w błocie, lepkiem, obrzydłem.
Na sali huczało od zabawy, obok siebie słyszała śmigające słowa, paliły ją wstydem.
... Jakaż ta Lora!... jakaż ta Lora!
Przyszły dwie strojne damy i siadły obok przy wolnym stoliku. Kelner zbliżył się, zagadał poufale, podał ognia do cygaretek, ponalewał wina w szklanki. Za chwilę dwie z koła tańczących podbiegły do nowoprzybyłych i zaprosiły je do tańca. Poszły bez wahania.
Andzia patrzała na to w osłupieniu, przeraziła ją myśl, że może i Lorę pociągną na środek sali, wszystkiego już mogła się spodziewać. Nordica i Humbert pili bez miary i stracili wkrótce cały ład w głowie, panowie zapomnieli o granicach stosowanych zwykłe przy Andzi.
Siedzący przy niej Nordica pochylał twarz ku niej, zionął winem i cygarami, oczy wyłupiaste za łzawą powłoką pijaństwa wgryzały się po prostu w postać Andzi, suwał pod niej wzrokiem lubieżnym, jakby zimną, wilgotną dłonią. Z drugiej strony stolika Humbert szeptał do ucha Lory, ona zanosiła się od śmiechu. Była tu w swoim żywiole.
— Pani jest piękna, pani jest bardzo piękna — mruczał Robert — stokroć piękniejsza od Lory, ona jest za duża, nazbyt rozrosła w biodrach, pani to Wenus z Milo, pani, ma ciało godne dłuta Praksitelesa... Ach czemuż nie jestem Praksitelesem, Skopasem, Fidjaszm?!... Rzeźbiłbym panią całe życie, nie oddał żadnego posągu nikomu. Ale jakbym miał żywą, prawda?.. — To już i rzeźbić nie trzeba, prawda?... Co?... moja droga pani. Co?
Andzia zmierzyła go ostrem spojrzeniem, usta miała pełne wstrętu.
— Proszę, niech się pan usunie odemnie...
— Moja droga pani, będąc tak piękną nie wolno być surową. Pani jest zazdrosną o własną urodę. Co?... Niech pani bierze przykład z Lory, to hojna kobieta, prawda?... O, jak się do niej łasi Humbert, ja wiem wszystko, ale to nic, jest piękna... trzeba darować.... Ona nie skąpi swych wdzięków, amatorów nie odpycha... Niech tak i pani robi, szkoda chować takie czary dla siebie...
— Panie Nordica, zakazuję panu mówić do mnie w ten sposób!... — zawołała oburzona.
— Pardon, pardon! Ale co ja takiego powiedziałem?... O piękności wolno zawsze mówić. Czemuż nie jestem malarzem, lub rzeźbiarzem, musiałbym wtedy panią...
Tarłówna szarpnęła się gwałtownie, jakby do ucieczki.
— Loro, wracajmy do domu albo ja sama odjadę!
Nordica złapał ją za rękę, wyrwała mu ją z gniewem.
— Niech mnie pan nie dotyka!
— Niech pani nie przeszkadza Lorze, ona grucha z Humbertem a ja z panią, pani taka piękna...
Anna nie słyszała dalszych słów Roberta, przerażonemi oczyma patrzyła na Lorę, której twarz pałała oczy rzucały ognie namiętności, usta skrzywił spazm zmysłowej podniety. Twarz Humberta przy uchu Lory była wprost straszna, satyra czy fauna rozbestwionego.
Andzia pochwyciła kilka zdań z ich rozmowy i te warem wstydu okropnego buchnęły na nią. Krew jej uderzyła do głowy.
Nordica także usłyszał zaśmiał się cynicznie.
— Ma foi, pyszna anegdotka! powtórzcie głośno, Lora jak to było. Co?...
Andzia odwróciła się całą figurą do sali, nie chciała słuchać Ale słowa bezwstydne bzykały jak osy dość głośno i dobitnie. Lora opowiadała anegdotę tak wyzutą z wszelkiej przyzwoitości, tak bezczelną, że Andzi zdawało się, iż to jest naprawdę tylko potworny sen, ogarnęło ją uczucie panicznego strachu, że słucha takich rzeczy, że mówią to przy niej... Gdyby ujrzała się nagle obnażoną, wrażenie chyba nie byłoby przykrzejsze. A Lora mówiła z zupełną swobodą. Humbert jej podpowiadał, Nordica akompanjował śmiechem.
— Słyszy pani. Co?... panno Anno to zabawne, to kolosalne... niech pani na mnie spojrzy, trzeba się śmiać. Aa... pani patrzy na tamtą parę? są w pysznej komitywie, młodzieniec się rozchmurzył. O... uszczypał ją... bravi, bravi!
W tej chwili weszło dwóch panów nowych. Rozbierali się z okryć i popatrzyli na Lorę, zerknęli na siebie, znowu na nią. Mijając stolik uśmiechnęli się do niej dyskretnie, jak dobrzy znajomi. Ona błysnęła, ku nim wzrokiem szelmoskim i cynicznie jakoś skrzywiła twarz. Andzia zdrętwiała. Nawet ona w tych uśmiechach zauważyła niedwuznaczne porozumienie się ludzi będących z sobą w najściślejszych stosunkach.
Anna zrozumiała, że już dłużej tu nie wytrzyma, ucieknie sama. Bała się tych ludzi, nie wiedząc co z sobą począć. Nordica znowu przysunął twarz do niej i szeptał coraz bezczelniej.
Nagle w drzwiach stanął Horski.
Błyskawicznie rozejrzał się po sali. Zobaczył ich wreszcie tuż obok. Popatrzał na Andzię i Roberta, ona utkwiła w Horskim oczy rozszerzone, dojrzał w nich bardzo wiele; obrazę, wstyd, wstręt, a zarazem jakby lęk i przerażenie dziecka zbłąkanego w tłumie pijanych, nieme błaganie o ratunek. Prośbę w jej źrenicach Horski wyczytał tak wyraźną, że nie potrzebował słów. Powitał wszystkich dość chłodno i zaproszony skwapliwie przez Andzię siadł obok niej z drugiej strony.
Nordica namarszczył się zły, posiniał z gniewu Humbert i Lora, zamieniwszy z Oskarem kilka słów powrócili do własnej rozmowy. Horski natychmiast pochylił się do Andzi i rzekł po polsku:
— Odwiozę panią do domu, dobrze?...
— Ach panie, proszę mnie ratować, dłużej ani minuty! Widział pan?...
— Widzę wszystko. Odjeżdżamy zaraz.
Andzia wstała. Nordica ją przytrzymał.
— Dokąd pani?... Co to jest?...
— Żegnam pana, jadę do domu... — Wyrwała mu rękę.
— Do domu, z opiekunem?... — zaśmiał się podle. — Ja nie puszczę! Pani musi zostać z nami...
Znowu chwycił ją za rękaw i ciągnął do siebie.
Andzia zbladła śmiertelnie.
Horski odsunął ramię Nordicy z taką siłą, że tamten zachwiał się.
— Co to jest?... Ma foi! Skandal — wołał Robert — wytrzeszczając oczy na Horskiego.
Humbert próbował wstać z krzesła, lecz poczuł dziwną ociężałość i krzywiąc twarz boleśnie zawisł tak pomiędzy krzesłem i stołem, wsparty na nim rękami. Lora śmiała się. Nordica i Humbert protestowali głośno, podczas gdy Horski ubierał Andzię w płaszcz. Dziewczynie zęby szczękały. Robert skoczył do nich w pasji, ale Horski odgrodził go ręką od Andzi ruchem bardzo stanowczym, zmierzył obu panów wzrokiem tak zimnym, strasznym i przygważdżającym, że obaj cofnęli się w milczeniu.
Horski złożył sztywny ukłon Lorze, podał ramię Andzi i wyprowadził ją z sali.
Przywołał samojazd Nordiców.
— Do willi państwa von Bredov.
Ulokował Andzię i usiadł przy niej. Była wzburzona, drżąca na całem ciele, prawie pół przytomna.
Rzeźwość nocy ocuciła ją.
— Ach panie... to ohydne! to... okropne.
— Nic nadzwyczajnego, nawet bardzo pospolite, tylko pani była tam zbyteczna. Skąd powstał taki zamiar?...
— Pojechaliśmy w góry na spacer, projekt Nordiców, nawet było bardzo ładnie, noc cudowna, potem tu zajechali. Czyż ja się mogłam spodziewać?...
— Jestem niezmiernie rad, żem panią wyratował.
— Wracałem także ze spaceru piechotą i poznałem automobil. Spytałem palacza, kto przybył, on mi powiedział, że i pani jest. Zdziwiłem się. Ale przeczucie mnie nie omyliło, pani była i miała wygląd torturowanej. To nie są ramy dla pani.
— Pan jest naprawdę bardzo dobry — rzekła serdecznym tonem i taki inny niż... tamci, taki inny.
Horski pochylił się ku niej.
— Jestem przedewszystkiem egoistą, pragnąłbym mieć panią... tylko dla siebie.
Andzia milcząc, podniosła na niego oczy zdziwione, on wyprostował się, patrzał na nią z pod rzęs, długo, bez słów. Nie przemogła tego spojrzenia, wolno spuściła powieki.
Samojazd stanął.
Horski pomógł jej wysiąść i wprowadził do przedsionka willi. Zatrzymał dłużej rękę jej w swojej i patrząc w oczy Andzi, rzekł z nikłym uśmiechem, akcentując pewnie słowa.
— Niech pani... pomimo to co powiedziałem, nie traci do mnie zaufania.
— Czy pani pamięta rozmowę naszą w la Turbie?...
— Pamiętam... i...
— Proszę nie kończyć. Trzeba odstąpić od stawianych przez siebie zbyt surowych warunków.
— Więc powtarzam... pomimo wszystko niech mi pani ufa.
Prędko pocałował jej rękę i odszedł. Lokaj zamknął drzwi.
Andzia wchodziła na schody z głową pełną chaosu, niewygasłego jeszcze wzburzenia i świeżego niepokoju.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Blady świt wpełzał do otwartego okna i omaszczał szaro-sinawym obrzaskiem siedzącą przy nim dziewczynę.
Andzia nie mogła spać, udręczona rozmyślaniami nie próbowała więcej snu, w białym szlafroczku, otulona ciepłym szalem, czuwała, patrząc na morze.
Wieczór ubiegły zdecydował zamiar, dojrzewający w niej już od pewnego czasu, postanowiła nieodwołalnie opuścić willę Nordiców i zamieszkać w Beaulieu, u przygodnej znajomej, która we własnej willi utrzymywała pensjonat.
Tam będzie uwolniona od towarzystwa Nordicy i Humberta, miała ich dosyć. Lora ją razi na każdym kroku. Kilka tygodni jeszcze spędzi na Riwierze, ale inaczej po swojemu.
Jeśliby Nordica i Humbert i tam się jej narzucali, da im ostateczną odprawę. Zostanie tylko Horski, ten jest inny. A jednak i on staje się zagadkowym, wywołuje czasem niepokój dziwny, słowami lub spojrzeniem.
Andzia przypominała sobie rozmowę w la Turbie ze szczegółami i słowa jego wypowiedziane wieczorem przy pożegnaniu, przedtem jeszcze w samojeździe. Czy można mu już ufać? Sama zresztą spostrzega jego zajęcie się nią, widzi to wybornie, instynktem kobiecym przeczuwa. Wie, że się podoba Horskiemu... i pochlebia jej to. Lubi jego towarzystwo, czasem ją drażni, zawsze imponuje. Jest w nim jakaś siła, która przykuwa. Nadewszystko działa on na nią uspokajająco swoim chłodem, bezpieczną się przy nim czuje.
W znajomości z Horskim Andzia nie przewidywała żadnych konsekwencji, nie zagłębiała tego stosunku, żyła teraźniejszością, w której Horski miał ładną rolę i to Andzi wystarczało. Wyjedzie wkrótce na Wołyń, może już go nigdy nie zobaczy, ale zachowa o nim jaknajlepsze wspomnienie.
W ciszy świtu rozległ się trzask samochodu. Andzia wyjrzała oknem.
... Przyjechali Nordicowie, zaledwo teraz...
Cóż to za życie!
Całą noc przepędzić w bezwstydzie...
...I Lora to znosi, to jej świat, jej pragnienia...
Tarłównie zaczęły powieki ciężyć ze znużenia. Zamknęła okno i podeszła do łóżka. Odrzuciła szal, włosy rozpuszczone jęła rozczesywać grzebieniem.
Wtem szczęknęła klamka u drzwi bocznych, wiodących do salonika, naprzeciw pokoju panny Niemojskiej. Andzia odwrócona była do nich plecami, zasłonięta masą rozwianych włosów pod ciosami grzebienia.
Usłyszawszy kroki obejrzała się gwałtownie.
Przed nią stał Robert Nordica, bez surduta, pijany, straszny.
Andzi zabrakło tchu w piersiach. Krzyk uwiązł jej w gardle. Cofnęła się w tył przerażona. On skoczył do niej jak zwierz i chwycił w ramiona.
— Czekałem długo na tę chwilę... Muszę cię mieć... tu zaraz...
— Precz! — wrzasnęła Andzia.
Uderzyła go w twarz z całej siły, odpychając na środek pokoju. Rzucił się do niej wściekły, z jakimś nieludzkim rykiem, ale Andzia dopadła do drzwi, szarpnęła je i omal nie przewróciła panny Eweliny, biegnącej na ratunek. Zgrzytnął zamek w chwili, gdy Nordica runął na zaporę całem ciałem. Klął i targał drzwiami jak szalony.
Andzia okropnie blada, z włosami w nieładzie, cisnęła energicznie guzik od dzwonka, dyszała oburzeniem, trzęsła się z wysiłku i trwogi.
Wbiegł lokaj i pokojówka Lory Vittoryna.
Anna wskazała im zamknięte drzwi.
— Tam jest wasz pan, pijany jak bydlę, wyprowadźcie go natychmiast!
Służba zdziwiona, usłyszawszy za drzwiami klątwy i sapanie Nordicy wyszła pospiesznie.
Tarłówna zawołała do Eweliny.
— Wyjeżdżamy stąd pierwszym pociągiem, trzeba rzeczy spakować.
W parę godzin potem, wczesnym rankiem, Andzia i panna Niemojska wsiadły do pociągu, dążącego w stronę Nicei.
W willi Nordiców prócz służby, nikt o tem nie wiedział. Wszyscy spali.
W samo południe zjawił się Horski. Zdumienie jego nie miało granic, gdy na zapytanie o Tarłównę lokaj powiedział mu, że obie panie wyjechały rannym pociągiem, ze wszystkiemi rzeczami. Oskar zażądał widzenia się z Lorą, lecz obojga Nordiców nie było w willi. Zagadkowe miny służących zastanowiły go, wypytywać nie chciał.
...Co to jest?... czy ona obraziła się na mnie, czy uciekła przed... tamtymi?...
Lokaj widząc jego wielkopański chłód, nieśmiał nic obiaśniać, rzekł tylko jakby rzecz zwykłą:
— Pan von Bredov Nordica odjeżdża dzisiaj do Paryża. Sleeping car zamówiony.
Horskiemu błysnęły oczy. Poszedł na dworzec kolejowy i przeprowadził badanie ze ścisłością detektywa. Wkrótce potem kupował przy kasie bilet do Beaulieu







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Helena Mniszek.