Fragment z dziejów jasnowłoséj główki/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Fragment z dziejów jasnowłoséj główki
Pochodzenie „Tygodnik Powszechny“ 1878, nr 10-11
Redaktor Kaźmierz Julian Jasiński
Wydawca Kaźmierz Julian Jasiński
Data wydania 1878
Druk Drukarnia Władysława Dębskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.

Dziedziniec w Klonowie był bardzo ładnie urządzony.
Dwór na wysokiéj podmurówce ozdobiony był gankiem, na który prowadziły cztery schodki kamienne.
Ganek ów tonął w zwojach i splotach dzikiego wina, co się po szczebelkach pięło i w naturalne zwieszało festony.
Z pomiędzy wina uśmiechała się biała, gipsowa główka amorka, który tu jakimś wypadkiem zabłądził i zdawał się spoglądać w długą aleę wysadzoną lipami, co prowadziła wprost do wiecznie otwartéj bramy.
Przed gankiem ciągnął się piękny trawnik, do koła którego biegła droga żółtym wysypana piaskiem, a na środku trawnika stał kompas.
Po za drożyną były krzaki róż, jaśminu i bzów, były akacye i leszczyna i kilka altanek z białéj brzozy, po których wiły się powoje i bluszcze.
Na lewo od dworu, na wzgórku, stał wielki kasztan, a pod tym kasztanem ławka z darniny.
Sam dwór tonął w dużym ogrodzie, który szeroko rozciągał się po za nim.
W tym ogrodzie były drzewa stare, klony, lipy i graby, a pomiędzy niemi wiecznie zielone sosny i jawory.
Były tu także grusze, przysadziste jabłonki, wiśnie i wszystko, co w porządnych ogrodach wyrasta.
Było nawet coś więcéj, a mianowicie Leon i Zosia, spacerujący w tém miłém, zaciszném, woniejącém ustroniu.
Sądząc z tego, iż nic nie mówili do siebie, można było mniemać, iż mają oboje coś bardzo ważnego do powiedzenia.
Szli przez szeroką aleę; ona udawała, że z niesłychaném zajęciem przypatruje się rzeźbionéj rączce parasolki, on zaś ścinał szpicrutą główki traw i ziela, jakby mszcząc się na nich za jakieś krzywdy...
W milczeniu przeszli całą aleę i przyszli do tego miejsca, gdzie ogród się kończył.
Ztamtąd był szeroki widok na jezioro, na łąki i na las, obejmujący cały krajobraz niby w jakieś ramy wielkie i czarne.
Wieczór się zbliżał; ludzie powracali z pola od roboty i widzieć było można jak jasnowłosy chłopak cwałował na koniu, uderzając go bosemi nogami po bokach; jak chłopi wracali z łąk z kosami na ramionach, jak ciężka fura siana toczyła się przez groblę; kiwając się na prawo i na lewo niby jakaś kaczka potworna.
W trzcinach nad brzegiem jeziora coś szeleściało, na błotach odzywały się derkacze, słońce umoczyło pół głowy w wodzie, zabarwiwszy ją krwawym kolorem.
Z łąk podnosiła się mgła biała, żaby odzywały się w rowach, a bocian leciał do gniazda, dźwigając w dziobie gadzinę jakąś, co się wiła i kurczyła w téj przymusowéj podróży powietrznéj.
Młodzi ludzie stali w milczeniu przypatrując się temu widokowi, tyle razy widzianemu i podziwianemu, a jednak zawsze pełnemu świeżości i uroku.
Wietrzyk lekki pociągnął od wschodu i wszystko dokoła drżéć zaczęło.
Drżały liście na drzewach i kwiaty na łodyżkach, drżała woda na jeziorze i ostatnie promienie słońca drżały na wodzie, cóż dziwnego że i Leon zadrżał, a podobno i Zosia nie mogła się oprzéć temu.
I ona drżała.
— Prawda pani, jak tu pięknie, jak to wszystko co widzimy, zachęca do życia, jak daje nam uczuć jakiś nieokreślony a roskoszny przedsmak szczęścia.
— Zdaje mi się, że odkrywam w panu poetę, a doprawdy nie uważałam dotychczas tego przymiotu w panu.
— Kto z nas nie jest poetą, mając przed oczami samo piękno?
— Czy je pan w téj trawie i wodzie znalazłeś? winszuję gustu, pańskie piękno jest zielone i zimne.
— Znalazłem je i znajduję i w wodzie i w trawie i w słońcu i tu obok siebie...
— Gdzie?
— Tu — mam je tuż przy sobie — oto jest; — to mówiąc ujął jéj rękę...
— Czy to komplement wystosowany do méj rękawiczki? jeżeli tak, to dziękuję w imieniu rzemieślnika, który ją uszył...
— Panno Zofio, pocóż te żarty?
— Żart żartem mam zwyczaj odpłacać.
— Więc pani wątpisz...
— Ja nigdy nie wątpię, owszem mam pewne i głębokie przekonanie, że człowiek z pańską nauką i wykształceniem, nie będzie się zachwycał ani trawą, ani rękawiczką, ani nawet ręką..... jeżeli więc mówi coś podobnego, to albo żartuje, co jest zabawném, albo téż udaje, co znowuż jest podstępném. Mojem zdaniem i jedno i drugie nie przynosi panu zaszczytu...
— Więc pani nie przypuszcza, że można ofiarować komuś przyjaźni swojéj...
— Owszem, przypuszczam...
— Cobyś więc pani uczyniła, gdybym przyszedł do ciebie z podobną ofiarą...
— Przyjęłabym ją, z dobrodziejstwem inwentarza.
— To i tak wiele, a gdybym pani ofiarował coś więcéj nad przyjaźń.
— Zrzekłabym się téj ofiary na rzecz istoty, któraby nią uszczęśliwioną być mogła.
Leon zamilkł.
— Jak się panu podoba ostatni artykuł w Revue des Deux­‑Mondes o odkryciach poczynionych w Afryce?
— Wybacz pani, lecz nie jestem w téj chwili zdolny do myślenia ani o literaturze, ani o odkryciach.
— A — przepraszam — sądziłam, że mówię z mężczyzną...
— Była chwila, iż zdawało mi się, że idę obok kobiety.
— A idziesz pan obok szatana! — macie tylko dwa porównania dla nas: albo anioł, albo szatan. Repertuar nie grzeszący obfitością.
— Zdawało mi się, że mogę z panią mówić na seryo.
— Owszem, słucham pana, zastrzegam sobie tylko, ażeby rozmowa pozbawioną była idealnych porównań i wykrzykników, żeby szła wprost do celu i nazywała rzeczy po imieniu.
— Zgoda.
— Więc mów pan.
— Pokochałem panią...
— Cóż więcéj?
— Zdawało mi się, że zjednałem sobie pani przychylność.
— Nie omyliłeś się, mój panie.
— I dla tego sądziłem, że ta przychylność zmieni się w uczucie, a na tém uczuciu oprze się wspólne nasze szczęście...
— Czyli, przekładając to na język zwykłych śmiertelników, miałam zostać pańską żoną... wszak prawda.
— O tak!
— To znaczy, że miałam przenieść się do pańskiego domu; zająć się pańską służbą, drobiem, gospodarstwem i tym podobnemi czynnikami wspólnego szczęścia?
— Pani, na to nie mam odpowiedzi.
— Ja ją dam panu. Dla mnie ta atmosfera moich babek duszną jest i ciasną, mnie potrzeba czego innego. Nie wiem jeszcze dokładnie, gdzie pójdę i czém będę, ale pragnę świata, szerokiego świata! nie zaś waszych ciasnych folwarków... Była chwila w któréj sądziłam, że nie podołam temu zadaniu i już zdawało mi się, że pójdę za głosem serca... lecz nie, to był tylko obłęd, uleczyłam się już z niego... Panie Leonie, rozstańmy się — na zawsze... pójdę za innym głosem, pojadę za ocean i tam rozpocznę życie nowe, które do dziś tylko dla was wyłącznie było dostępném.
Zamilkli.
Słońce już zgasło, z drożyny dolatywały śpiewy tęskne i smętne...
Wiatr na skrzydłach swoich niósł nuty i słowa piosenki wieśniaczéj, nuconéj silnym dźwięcznym, chociaż nieuczonym głosem:

Oj nie rośnie chmiel jak trawa
Ani jak dębina
Ale szuka sobie drzewa
I po niem się wspina.
I wysoko przy drzewinie
Tuli się i plecie,
Nie będę ja żyła sama
Na szerokim świecie.
Będę żyła, zboże siała
Z Jankiem na zagonie
I wyrosnę, oj wyrosnę
Niby chmiel przy klonie.

— Panno Zofio — słyszy pani?
— Nie pierwszy to i nie ostatni idyotyzm, jaki w życiu mojém słyszałam.
— Więc pozwól pani pożegnać się i życzyć powodzenia z całéj duszy, z całego serca...
To mówiąc uścisnął jéj dłoń i odszedł.
Po chwili stary klon słyszał cichym szeptem wypowiedziane te słowa:
— Bądź szczęśliwy! obyś tylko znalazł parafiankę, któraby cię tak kochać mogła, jak ja cię kocham, Leonie...
Leon nie słyszał już tego.
Nie słyszał również płaczu i jęków, nie widział wewnętrznéj walki, malującéj się na twarzy dziewczyny.
W klonowskim dworze było smutno i ponuro, ojciec Zosi milczał i pracował, matka wyschła, zmizerniała, zmieniła się do niepoznania.
Samotni staruszkowie żyli niby mnichy w klasztorze.
Nie widział tam nikt radości, nie słyszał śmiechów wesołych, pieśń nie rozlegała się pod dachem tego domu, który opustoszał i pochylił się ku ziemi.
Dzikie wino pożółkło na ganku, róże poschły, ale nikt ich nie pielęgnował, nikt nie zasadzał nowych.
Niekiedy przynoszono tu listy z mnóstwem pieczątek i wtenczas nad temi listami dwoje samotnych starców wylewało łzy krwawego smutku.
Raz na kwartał, pan Wojciech wyjeżdżał do miasta, kupował weksle i posyłał je gdzieś aż za siódme morze podobno.
I znowuż było cicho i posępno jak w grobie.
Nie słychać téż było w okolicy, żeby Leon odebrał sobie życie; mówili tylko ludzie, że bardzo spoważniał.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.