Ewa (Wassermann)/Zanim pęknie srebrna nić/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
21.

Crammon miał gości, ale nie u siebie w domu, gdyż zebrań pewnego rodzaju nie dopuszczała czcigodna obecność dwu starych panien, Aglaji i Konstancji. Byłyby boleśnie rozczarowane, bowiem wierzyły w cnotliwość swego pana i opiekuna równie silnie, jak w majestat cesarza.
Dawniej, gdy był młody, przypuszczały pewne zboczenia uwielbianego człowieka i patrzyły przez palce. Jakżeby jednak mógł to czynić teraz, będąc tak poważnym i statecznym.
Crammon zaprosił swych gości do gabinetu wykwintnego hotelu, gdzie go znano i ceniono wielce. Było kilku młodzieńców z arystokracji, wobec których miał Crammon zobowiązania, zaś żeńską część stanowiły trzy, w sam raz zabawne, eleganckie i potulne dziewczęta. Crammon zwał je przyjaciółkami swemi, ale traktował ospale i cierpko, dając do zrozumienia, że jest tylko kierownikiem zabawy, która go zgoła nie obchodzi.
Wszyscy zebrani byli mu obojętni, a najwięcej sympatji odczuwał dla szpakowatego fortepianisty, o długich lokach. Muzykus przymykał oczy i uśmiechał się, grając coś melancholijnego, zupełnie tak jak dwadzieścia lal temu, gdy Crammon rwał się na podbój nieba. Toteż podsuwał mu raz po raz łakocie i papierosy.
Stół uginał się pod ciężarem potraw i win. Dosypywano pieprzu do szampana, by zwiększyć pragnienie. Panowie zabawiali się w ten sposób, że jedząc wiśnie, rzucali pestki za gorsy dam. Damy coraz to wprawniej pokonywały prawo grawitacji, ukazując urocze trzewiczki i szeleszczące jedwabiem, oraz koronkami nóżki tam, gdzie zazwyczaj obowiązuje szanowna pozycja pionowa. Najruchliwsza z nich, subretka znana w mieście, skoczyła na płytę fortepianu i przy akompanjamencie szpakowatego muzykusa krzykliwie śpiewała najmodniejsze kuplety.
Młodzieńcy powtarzali refreny, a Crammon bił oklaski dwoma palcami.
— Coś mnie korci! — powiedział zcicha, wśród rozgwaru. Wstał i wyszedł.
W kurytarzu zastał opartego o ramę zwierciadła znużonego Ferdynanda, starszego kelnera. Zażyłość dwudziestoletnia łączyła Crammona z tym człowiekiem, który nie popełnił w życiu jednej niedyskrecji, mimo że przejrzał bezlik tajemnic.
— Złe czasy, przyjacielu! — rzekł Crammon. — Coś się psuje w świecie.
— Trzeba brać rzeczy jak są! — pocieszył go Ferdynand z powaga i podał rachunek.
Crammon westchnął. Potem polecił zawiadomić zebranych, gdyby pytali, że mu się niedobrze zrobiło i pojechał do domu.
— Coś mnie korci! — powtórzył na ulicy i postanowił wyjechać.
Zatęsknił za przyjacielem. Wydało mu się, że miał jednego tylko i ten go odtrącił od siebie.
Tęsknił za Arjelem. Wydało mu się, że nie posiadał nigdy kobiety, bowiem nie zwróciła nań uwagi ta, która była mu uosobieniem talentu i uroku.
Na schodach, przed drzwiami mieszkania zastał Aglaję. Na odgłos kroków jego, pospieszyła otworzyć. Przeraził się, była bowiem noc późna.
— Jakaś dama czeka w salonie! — szepnęła panna Aglaja. Przybyła jeszcze o ósmej. Prosiła nas tak gorąco, byśmy jej pozwoliły czekać, że trudno było odprawić. To jakaś wykwintna kobieta i ma sympatyczne rysy.
—Czy powiedziała nazwisko? — spytał Crammon, a czoło jego zmarszczyło się groźnie.
— Nie...
— Ludzie przychodzący do mnie, winni wyjawiać nazwiska swoje! — wybuchnął. — Czyż jestem dworcem kolejowym, lub ogrzewalnią! Idź, proszę i spytaj o nazwisko, ja tu zaczekam.
Po kilku minutach wróciła, mówiąc tonem politowania:
— śpi. Zasnęła w fotelu. Możesz ją jednak zobaczyć. Uchyliłam drzwi.
Przeszedł na palcach przedsionek i zajrzał do oświetlonego pokoju. Poznał śpiącą natychmiast. Była to Eliza von Einsiedel. Spała, z głową na bok pochyloną. Była blada, oczy miała czarno podkrążone, a lewe ramię zwisało bezwładnie.
Crammon stał w płaszczu i kapeluszu, patrząc ponuro.
— Szalona kobieta! — mruknął do siebie.
Z całą, możliwą ostrożnością zamknął drzwi, pociągnął Aglaję do sieni i rzekł:
— Obecność damy nie dozwala mi, oczywiście, spędzić nocy w mym domu. Znajdzie się gdzieś dla mnie łóżko. Sądzę, że godzisz się z mcm zapatrywaniem.
Panna Aglaja oniemiała wobec takiej surowości obyczajów i stoicyzmu, a Crammon dodał:
— Jutro, jaknajwcześniej racz spakować kufry moje i wyślij o pół do jednastej na dworzec do ekspresa ostendzkiego. Przyjedźcie obie, gdyż chcę pożegnać także Konstancję. Ta dama może tu pozostać jak długo zechce. Gośćcie ją, spełniajcie każde życzenie, jest bowiem ciężką dotknięta troską i trzeba ją oszczędzać. Gdy o mnie zapyta, proszę powiedzieć, że wyjechałem niespodzianie w ważnych, naglących sprawach.
To rzekłszy zszedł po schodach, a panna Aglaja patrzyła za nim z przerażeniem i smutkiem.
— Dobranoc Aglajo! — zawołał raz jeszcze, stojąc w progu. Polem zaszeleścił klucz bramy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.