Ewa (Wassermann)/Nocne rozmowy/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
7.

Na czerwonych aksamitnych kanapkach restauracji leżeli zabici i ranni. Wniesiono ich tu naprędce, a krzątali się kolo nich ratujący. Przez rozwarte drzwi płynęła lodowata fala powietrza i śniegu. Z ulicy dolatały jeszcze odosobnione strzały, przebiegali konni, wychynął patrol wojskowy i zniknął.
Goście stali zrozpaczeni przy oknach. Kelner, Niemiec powiedział:
— Brzeg Newy obstawiono armatami.
Jakiś pan we futrze wszedł spiesznie i oświadczył:
— Kronsztad w płomieniach.
W jednej ze sal przeznaczonych na zebrania, w zamkniętem gronie biesiadowało świetne towarzystwo zaproszone przez generała Tuszkowa, jednego z przyjaciół W. Księcia Cyryla. Byli tam, lord i lady Elmster, Karol Somerset, hrabia i hrabina Finkenrode, reprezentaci[1] niemieckiej i austrjackiej ambasady, markiz du Caille, książęta Tołstoj, Trubecki i Szilagin z małżonkami.
W. książę i Ewa przybyli późno. Biesiadę ukończono, usiała konwersacja ogólna, szeptały tylko ze sobą pary, a siedzący pomiędzy lady Elmster, a księżną Trubecką, W. Książę, spał. Tak było zawsze niemal i przywyknięto do tego.
Spał sztywny, oparty plecami o fotel, powieki mu drgały chwilami, zmarszczka na czole czarna była skutkiem głębokości, a bezbarwna broda przypominała korę na pniu drzewa. Można by go było posądzić, że udaje, by podsłuchiwać szeptów, ale przeczyło temu senne rozluźnienie mięśni twarzy, co jej nadawało wygląd lemura.
Na zbyt długiej dłoni, drgającej, jak powieki na obrusie, lśnił soliter wielkości orzecha laskowego.
Niepokój ogarnął towarzystwo na odgłos salw karabinowych. Młoda hrabina Finkenrode wstała, spozierając ze strachem na drzwi. Przystąpił do niej Szilagin, uśmiechnął się i jął uspokajać.
Wszedł oficer gwardji i złożył Tuszkowowi szeptem raport.
Ewa i Wriguniewski siedzieli trochę na uboczu przed wielkiem zwierciadłem, które mglisto odbijało ich postacie oraz część sali.
— Wiadomości są niestety pewne. Któżby się tego spodziewał.
— Mówiono mi, że przebywa w Petersburgu. Czytałam także w którejś z gazet niemieckich, że został uwięziony w Moskwie. Ale gdzież są dowody? Potępiać takiego Iwana Beckera, na podstawie samych tylko pogłosek, byłoby okrucieństwem równem temu, o jakie się pan sam obwiniasz.
Wiguniewski dobył z kieszeni list, obejrzał się przezornie, rozpostarł papier i rzekł:
— To pisze on z Nizzy do jednego z przyjaciół, który jest także moim przyjacielem. Tedy wątpliwości niema, sądzę? — jął czytać zcicha i tłumaczył słowa rosyjskie na francuskie, często utykając. — Nie jestem już tym co dawniej. Przypuszczenia nasze i pogłoski są słuszne. Oznajmij to wszystkim, którzy mi zaufali pod pewnymi warunkami i żywili nadzieje co do mej osoby. Rozczarowałem was, a sam zostałem rozczarowany przez złudę. W mojem położeniu łatwiej jest stanąć na szafocie i dać życie, niźli złożyć szczere wyznanie ii zgotować ból zawodu tym, którzy oddali mi swe serce i wiarę. Chętnie przyjąłbym śmierć dla idei, którym już poświęciłem spokój duszy, majątek, młodość i wolność. Skoro atoli ideje te rozpoznałem jako błędne i szkodliwe nie mogę ni przez godzinę podtrzymywać ich. Nie boję się waszych oskarżeń i wzgardy, kroczę bowiem za swem wnętrznem światłem i wnętrznym Bogiem. Trzy są prawdy, które mi przyświecały w nawrocie na drogę nową, a więc: grzechem jest opierać się, grzechem jest namawiać do oporu, grzechem jest przelewać ludzką krew. Wiem, co mnie czeka, wiem jak samotnym zostanę i na jakie zostanę narażony prześladowania. Ale gotów jestem. Czyńcie co musicie, ja także, co muszę, uczynię.
Po długiej pauzie rzekła Ewa:
— To on, to jego głos, to dzwon, którego dźwięk budzi. Wierzę mu, wierzę w niego!
Rzuciła ponure spojrzenie na twarz śpiącego przy rzęsiście oświetlonym siole.
Wiguniewski zdjął w dłoni list i powiedział z goryczą, tak że mu zadrżała szpiczasta broda:
— Jego trzy prawdy tyle warte co trzy dywizje kozackie. Starczy ich, by zapełnić więzienia po tej i tamtej stronie Uralu, odebrać męstwo młodzieży naszej i pogrześć wszelkie nadzieje. Każde z nich, to nahajka, zdolna powalić osiem, sto tysięcy zbudzonych do czynu duchów. Okrucieństwo? Nie, to coś gorszego jeszcze, to tragedja całego kraju. Trzy prawdy? — roześmiał się przez zaciśnięte zęby i wydał pomruk dziki. — Trzy prawdy i zaraz zacznie się żniwo krwi, w porównaniu z którem mord betlejemski i noc św. Bartłomieja były niewinnemi igraszkami. Popatrz pani, ja nie płaczę. Śmieję się. Na cóż płacz? Pójdę do domu zawołam popa, dam mu ten świstek i każę sporządzić zeń amulety dla tych, którzy wyczekują wyzwolenia. Może im to wystarczy?
Ewa miała teraz twardy wyraz. Spojrzała ponownie z uczuciem przymusu i zależności w twarz śpiącego. Na usta jej wypełznął niezdrowy jakiś uśmiech a policzki nabrały połysku opalowego.
— Czemużby uczynić nie miał tego, co mu duch nakazuje? — spytała zwracając ku księciu uwieńczoną djademem głowę. — Czyż nie lepiej, by wybłysnął jeden człowiek świetny, niż by setki tysięcy osięgły smutną przeciętność form życia? Jakże pięknie powiada on. — Kroczę za swem wnętrznem światłem i wnętrzny m Bogiem! — Któż to potrafi? Kto się odważy? Teraz rozumiem co powiedział — spojrzała przenikliwie w twarz śpiącego, — że przed tem należy się korzyć. To miał na myśli. Przedziwne pługi, mój książę orzą tę waszą ziemię. W poszarpanem jej ciele kłębią się ciemności, w które trzebaby skoczyć poto, by się narodzić na nowo. Tu jest dech, tu jest chaos, tutaj huczą żywioły, tutaj sen najstraszliwszy jest rzeczywistością, jest eposem z dawnych czasów. Wydaje mi się że patrzę z oddali pięciu stuleci kędyś do gwiazd, a wszystko jest wizją tylko!
Powiedziała to głosem drżącym i skupionym modlitewnie smutkiem.
Ustawiczne zmiany usposobienia Ewy w ostatnich miesiącach znane były dobrze Wiguniewskiemu, toteż nie zdziwił się wcale. Spojrzał także na śpiącego, odetchnął głęboko i rzekł:
— Wczoraj, w nocy zastrzelił się dziewiętnastoletni student Siemion Markowicz, na wieść o zdradzie Beckera. Poszedłem na miejsce czynu i widziałem go. Nie mówiłabyś pani w ten sposób, ujrzawszy te zwłoki. Leżał w trumnie, mając na skroni małą, czarną rankę postrzałową, uroczy, niewinny jak dziewczynka, a jednak przepojony głębokim, nieopisanym smutkiem po stracie bezmiernej.
Umilkł, a ramionami Ewy wstrząsnął dreszcz. Ale uśmiechnęła się, jakby trawiona gorączką, podkopującą siły moralne. A książę ciągnął dalej oschłym tonem:
— List ten może uwieść niejednego. Czemużby zresztą taki Iwan Becker nie miał przystroić swej renegacji szatą prawdopodobnej psychologji? Przyznaję nawet, że nie działał świadomie, obłudnie, w nikczemnym celu. Jest atoli prawdziwym Rosjaninem miękkim, mglistym i fanatycznym, rozszarpującym własne ciało. Toteż transformacja jego pociągnęła za sobą wszystkie skutki planowo uprawianej zdrady. Służąc temu, co zowie przebudzeniem wnętrznem, słaby, ślepy, ogarnięty żądzą moralnego męczeństwa, wpadł w szpony owej bestji, która po wszystkich zakątkach Europy czyha, by niszczyć bezlitośnie wszystko.
Sąd mój, proszę wierzyć, jest jeszcze bardzo łagodny. Wiemy już niezawodnie, że nawiązał stosunki z t. zw. Świętym Synodem i prowadzi ożywioną korespondencję z tajnym gabinetem. Zarówno tutaj, jak i w Moskwie, Kijowie i Odessie nastąpiły szybko po sobie aresztowania, które jemu przypisać Trzeba. W obecnej sytuacji, on tylko mógł dostarczyć materjału, bez którego nie śmianoby się na to porywać. Są to fakty niezaprzeczalne, mówiące same za siebie.
Ewa przycisnęła rozwartą dłoń do piersi i trwała w bezruchu, zapatrzona w jakiś ciągle zmienny obraz, który obejmował wszystkie uczucia, od grozy do zachwytu. Usta jej drżały niewysłowionem pytaniem.
Po chwili spojrzała na Wiguniewskiego szeroko rozwartemi oczyma i szepnęła poważnym tonem:
— Uczuwam palącą tęsknotę, by wyjść na jakąś wielką górę w ostęp lodu i śniegu, wyruszyć okrętem ku nieznanym morzom, albo wzlecieć aeroplanem... Nie, nie... Radabym pójść do lasu, gdzie stoi mała kapliczka, paść tam na ziemię i modlić się. Czy chcesz pan odbyć ze mną tę pielgrzymkę do jakiegoś dalekiego klasztoru wśród stepów?
Zdumiał się Wiguniewski. W słowach tych brzmiała namiętność, smutek i wyzywające jakieś zuchwalstwo, które go dotykało. Zanim mógł sformułować odpowiedź, zbliżyli się markiz du Caille i książę Szilagin.
Śpiący otworzył, leniwo patrzące oczy.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – reprezentanci.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.