Ewa (Wassermann)/Nocne rozmowy/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
6.

Joanna pisała Krystjanowi:
— Minęły dwa miesiące od rozłąki naszej. W tym czasie los nas prześladuje w sposób bardzo wydatny. Ojciec popełnił samobójstwo i dlatego wezwano mnie do domu. Szaleńcze spekulacje oplątały go tak, że nie chcgc zostać nędzarzem, wolał zakończyć życie.
Uporządkowałyśmy zobowiązania i plamy na nazwisku niema. Ludzie mówią nam na pociechę, że ojciec pospieszył się niepotrzebnie, to jednak nie zmienia faktu naszego bardzo smutnego położenia. Tego rodzaju perypetje zdarzają się chyba jeno w teatrze i jestem dotąd oszołomiona. Nie wiem co czynić i zazdroszczę tym, którzy to wiedzą. Czy mi odpiszesz? A może już zapomniałeś? Nie mam odwagi pytać.
List ten posłała Crammonowi, z prośbą doręczenia, a on odpowiedział:
— Drogi mój skrzaciku! Mam nadzieję, że głos pani znajdzie echo. Ale stało się dużo złego. Ów szlachetny człowiek, do którego pani apeluje zapoznał siebie samego, przeszłość, i wszystkich kochających go. Bóg zaćmił mu umysł, my zaś pragniemy go ratować. Oby pomoc pani była skuteczną.
Przeraziły ją te, niezrozumiałe słowa, a miała czas rozważać je, bowiem dopiero po kilku tygodniach nadeszła odpowiedź i to gorsza, niż gdyby jej wcale nie było.
Nie pisał Krystjan, ale Amadeusz Voss:
— Wielce szanowna Pani! Znalazłem list Pani pośród różnych niezałatwionych przez Krystjana Wahnschaffe korespondencyj, w dawnem jego mieszkaniu, które teraz zajmuję. Przypuszczając, że także i Pani nie dostała odpowiedzi, pozwalam sobie napisać. Nie jestem dla Pani niczem, może nawet osobą zgoła zapomnianą, ja natomiast pamiętam Ją dobrze i żałuję ciągle, iż nie było mi danem złożyć u Jej stóp dowodów wysokiej czci i sympatji. Jestem z natury płochliwy i nic narzucam się z rozmysłem, toteż do tego listu skłania mnie tylko myśl, że Pani czeka niecierpliwie na wieści.
Mam pewne dane, by oświadczyć, że Krystjan nie ponosi wobec Pani takiej, jakby sądzić można, winy. Niema też objektywnej racji mówić tu o lenistwie, czy zaniedbaniu obowiązku. Poprostu wylazł ze swej skóry i płaci teraz inną, niż dawniej walutą. Która z nich lepsza, nie mnie sądzić. Spalił, jak się to mówi, statki za sobą. Czyny jego budzą przerażenie filistrów. Nie mogę dać wyjaśnień, ale ufam, że Opatrzność wszystkiem z czasem pokieruje jaknajlepiej.
Wszyscy jemy chleb otchłani, nader gorzki, zaprawdę. Niezwykłe okoliczności przytaczam na usprawiedliwienie, że występuję tu, jako alter ego przyjaciela, utożsamiając się z nim i proszę wierzyć, że tylko troska o spokój Pani, nie zaś chęć przejęcia jego tajemnic dyktują mi to, co postanowiłem po dojrzałym rozmyśle. Na zakończenie pozwalam sobie wyrazić głębokie współczucie i nadzieję, że Bóg w łasce swojej niebawem rzuci snop jasnych promieni na drogę Jej życia.
Joanna odczytywała ten list niezliczone razy, blednąc ze wstydu, a łzy jej się cisnęły do oczu. Potem na nowo roztrząsała sztucznie konstruowane zwroty z przerażeniem, uczuciem bezsiły i bolesnem zaciekawieniem, pytając co zajść mogło, by znany jej dobrze Krystjan, godny pełnego zaufania, delikatny, dyskretny, poprawny mógł ją i najskrytszą jej tajemnicę rzucić na łup człowiekowi, napiętnowanemu zdradą i obłudą?
Wzburzona wielce poszła do Crammona, którego jednak już dawno we Wiedniu nie było, a także nie znano dobrze jego adresu. Panna Aglaja wymieniła jakiś hotel w Berlinie, zaś panna Konstancja zamek Koeniksack w Szwajcarji saskiej.
Joanna napisała tu i tam, ale podarła oba listy, szarpana wstydem i wątpliwościami, w końcu zaś zdecydowała się napisać do Amadeusza. Kreśląc zdania swym lapidarnym sztywnym stylem, zaciskała lewą dłoń, chmurzyła czoło i zagryzała wargi. List wyrażał krótką, drwiącą podziękę. Zignorowała całkiem popełnioną niedyskrecję, stłumiła żywiołowy wstręt i kilku niecierpliwymi zwrotami poprosiła o dokładne wieści odnośnie do Krystjana Wahnschaffe, bowiem nie lubi rozwiązywać szarad, ni jakichś mętnych aluzyj. Podkreśliła także, iż żądanie jej posiada zupełnie dostateczne uzasadnienie Wt przyjacielskim doń stosunku, a wszystko ponadto uchyla z całą stanowczością.
W cztery dni potem nadeszła odpowiedź Amadeusza. Joannie zabiło serce. Wsunęła zamknięty list do szuflady i jęła czytać dopiero wieczór, zostawszy sama w swym pokoju.
Amadeusz pisał:
— Wielce szanowna Pani! Dziwi mnie, że nie dotarło do Pani to, o czem tu wróble świegocą na dachach. Wszyscy węszą, zdumiewają się, a nikt wierzyć nie chce. Ale przystępuję do rzeczy.
Jak Pani wiadomo, wyjechałem z Hamburga do Berlina tydzień przed Krystjanem i wynająłem dla nas obu wystawne mieszkanie, w przekonaniu, że uczęszczając razem na medycynę, będziemy gospodarowali wspólnie. Przybył w końcu, ale nie sam. Przywiózł kobietę. Używam tego miana, gdyż nie śmiem wobec Pani użyć właściwego.
Zresztą na cóż ceregiele, skoro prawda i tak wyjść na wierzch musi. Osobę tę Karen Engelschall, zwykłą ulicznicę, złowił gdzieś w portowej dzielnicy Hamburga. Zajmuje ona najniższe stanowisko ludzkie, wygląda dziko, ma wstrętne manjery i oczekuje właśnie rozwiązania.
Znajdywała się w szponach silnego draba, który ją bił po barbarzyńsku, tak że do dziś drży na jego wspomnienie ze strachu. Ma około trzydziestu dwu lat, ale wygląda starzej. Wystarczy spojrzeć w jej twarz, by wiedzieć, że żaden występek ni hańba nie są jej obce.
Proszę bardzo nie sądzić, że przesadzam, czy fantazjuję i nie dać się unieść litości. Jeśli tak jest, muszę to znosić, aż do czasu kiedy waga się uspokoi, bo wówczas sąd Pani wypadnie sprawiedliwiej. Ale do rzeczy.
Przyjechał ze skrzyniami i kuferkami, ale bez służącego, gdyż go odprawił. Okazał mi dużo życzliwości i był weselszy dużo, niż czasu waszego rozstania. Dla Karen przeznaczył dwa pokoje, sobie zatrzymał trzy, a dwa ostatnie ja objąłem w posiadanie. Nie wiedziałem co począć z tak niespodziewanym dodatkiem naszego współżycia. Udzielił mi najniezbędniejszych informacyj, ale nie rozmówiliśmy się nigdy na serjo. Ta ogłada światowca, której niecierpię, djablo przypomina chytrość i obłudę. Milczenie i uśmiech nie są to wcale argumenty, a służyć mogą jeno dla celu oszukania kogoś. My, nisko urodzeni gardzimy ową tchórzliwą ucieczką pod maską nieodpowiedzialności.
Karen jawiła się w porach jedzenia, siedziała jak kloc, skubała obrus, zadawała naiwne pytania, szczękała łyżką i jadła nożem. Za każdem spojrzeniem Krystjana, miała minę schwytanej na kradzieży. Myślałem z troską wielką, że mu się pomieszało w głowie. Traktował ją z niesłychaną uprzejmością, tak że wpadło mi przypuszczenie, iż użyła jakichś nadprzyrodzonych środków, by go opanować. Ale nie. Uzyskałem niebawem niezbite dowody, że nie jest jego metresą. Zresztą od początku przypuszczenie to uważałem za głupstwo. A więc jakże go opanowała i w jakim celu? Chyba sztuczkami djabelskiemi.
Nie plotę bynajmniej głupstw, szanowna Pani. Spoglądałem sam nieraz głęboko w przepastną otchłań mechanizmu świata i wiem, że dusza człowiecza biedna, czy bogata, wyposażona jest niezliczonemi zdolnościami i możliwe są przemiany jej, o których normalnie brak nam pojęcia. Czyż znamy choćby wpływ i siłę gwiazd, lśniących ponad nami? Żądne władzy demony żyją gdzieś, w zakrytych oczom naszym przepaściach ziemi. Pomówimy na ten temat osobiście, mam nadzieję i proszę to proroctwo traktować jako dowód, na to com powiedział.
Otóż, niesamowicie mi jakoś teraz było w tych pięknych pokojach. Nocami nastawiałem ucha, by pochwycić szmery z tamtej części mieszkania. Przezwyciężając obawę, rozmawiałem z Karen, która była niemile gadatliwą, tak że nie szczędziłem jej wzgardy. W obecności Krystjana zapadała w głuche otępienie i wydało mi się, że go zdobywa tem właśnie bezwzględnem poddaniem się. To ostateczne wynędznienie, mogło oddziaływać na przesyconego świetnością światowca.
Jąłem poszukiwać najdrobniejszego bodaj śladu uroku, czy dawnej, a zniszczonej piękności, czegoś, coby mogło pociągnąć, bodaj zbrodniczo i perwersyjnie. W celu podchwycenia tajemnicy, udałem, że wierzę w zmianę duszy, w pokutę i nawrócenie. I cóż się okazało. Znalazłem dziką, oplugawioną, zuchwałą, zezwierzęconą, ociężałą, bezkształtną kreaturę.
Zadrżałem. Nie zbyt odległym był czas, kiedy sam wyzwoliłem się z błota. Zbyt wiele ucierpiałem ze strony wyklętych przez Pana, zbyt dużo minęło nocy męczarń, kiedy to jęczałem pod brzemieniem grzechów, by nie widzieć wyraźnie, że ta przeklęta baba, wężowym ruchem wpełzłszy do środka ciężkości, odpoczywa po złem, zbierając siły do nowego zła.
Zapragnąłem iść precz. Nie był to widok dla mnie. Obawiałem się, że dusza ponownie wzbierze mi jadem, a serce stanie się znowu kawałkiem cuchnącego mięsa. Oświadczyłem Krystjanowi, że ustępuję z placu, on jednak powiedział, że się wyprowadza, gdyż jest mu tu niemiło. Zaproponował mi, bym został, ja zaś sądziłem, że brak mu pałaców dawnych, że mu tutaj zbyt ubogo i ciasno.
Atoli, ku memu wielkiemu zdumieniu, najął lichsze mieszkanie, a po tygodniu jeszcze nędzniejsze, tak że w końcu znalazł się wraz z Karen na północnym skraju miasta w wielkich koszarach czynszowych, gdzie dotąd mieszka. On zajmuje nędzną stancję w parterze na froncie, ona dwa pokoiki w oficynie trzeciego piętra.
Nie uwierzyłbym nikomu, nie widząc na własne oczy. Matka Karen, wdowa, wpadła z tego powodu we wściekłość. Nie jestem w stanie powiedzieć pani co to za osoba, poznałem ją. Brał Karen, wyrzutek społeczeństwa, jął napastować Krystjana i miotać pogróżki. W tej to norze przygotowuje się do wykładów i śpi na starej, skórzanej kanapie, rozpieszczony ulubieniec świata, pierwowzór sfery swojej, smakosz, uwodziciel, Adonis i Krezus. Przerażają Panią, sądzę, te wrzaskliwe słowa i zastygają w głowie wszelkie pojęcia.
Przybądź Pani, przybądź popatrzyć na cud, na narodziny zakonnika, pustelnika w nowym stylu, na tę ponurą farsę. Przybądź Pani, potrzebne tu może serce, które dlań dawniej bilo. Oczy ze świata tamtego będą mu może zwierciadłem, w którem się na koniec rozpozna.
Zaliż to mój triumf? Nie tego chciałem. Zgrzyta we mnie dusza! Ja bowiem przysposobiłem tę drogę, pod skazańczem brzemieniem grzesznych marzeń własnych dyszący, chcąc w ten sposób pozbyć się trądu duszy. Zrezygnował z majątku. Miljony, leżące w banku, płodzą nowe miljony, on zaś ani pomyśli o tem. Żyje bez luksusu, rozrywek, eleganckiego towarzystwa, teatru, gry, zabaw, miłości i miłostek, a nie dba o to, by go ceniono, podziwiano i rozpieszczano. Czekam godziny, kiedy ze śmiechem oświadczy, że przeminęło już opiowe upojenie.
Jak długo miljony płodzą w banku miljony, a w głębi sceny ojciec i matka siedzą na skrzyniach złota, nie zachodzi obawa na serjo. Ubrania jego, bielizna, trzewiki, krawatki, klejnoty i przybory toaletowe, znajdują się po większej części w mieszkaniu, gdzie znowu mieszkam sam. Czasem przychodzi, zmienia ubranie i kąpie się. Powierzchownie nie widać żadnej różnicy. Wygląda zawsze, jakby szedł na śniadanie do ministra, lub na schadzkę z księżną. Nie jest melancholijny, zamyślony i wychudły. Zawsze, jak dawniej dumny, trzeźwy, skromny, a królewski, tylko wszystko co czyni przychodzi mu łatwiej, jest bardziej zdecydowany i śmieje się częściej, niż ongiś.
Nie śmiał się wcale wówczas, gdym mu przedstawiał ciemność i strach w Christiansruh, zanim pojechał do tancerki. Wówczas słuchał po całych nieraz dniach i nocach i zadawał pytania. Zaliż miłosierdzie napełniło serce jego? Nie. On nie jest nawet chrześcijaninem, a w duszy jego nie tli zgoła iskra boża. Nie wie nic o Bogu. Chciałem go zbudzić, mówiłem o płomieniach otchłannych, ale okazał się silniejszym, popchnął mnie ku zgubie, zwalił do saturnalji tak, że wobec ziemskich uciech, zapomniałem wiekuistego zbawienia. Był mi jako cień, a dziś, sam się cieniem siałem, on zaś urąga świętości, przedrzeźniając ją.
Zaliż on wie coś o toporze i pierścieniu? Ja wiem. Cóż wie oznakach i symbolach, które świecą, jak pochodnie, czasu omglenia zmysłów? Dla niego wszystko jest rzeczywistością, n. p. gwóźdź, i deska, dzwon i metr, kamień i korzeń, kielnia i młot. To wszystko dla niego istnieje, a dla mnie, nic. Rzym i Galilea wstają do walki na nowo. Z niego promieniuje męka i to mnie doń pociąga, jakbyśmy byli zbratani, zrośnięci, jakbyśmy wyszli z tegosamego łona, a nie możemy się mimoto wzajem znaleźć i zrozumieć.
Czemuż się trzyma tej kobiety? Czego oczekuje? Mówi o niej z napięciem zaciekawienia. W tem właśnie cala rzecz. Zaciekawiały go dawniej pałace, dziś nęcą spelunki, przedtem obcował z hrabiami, śpiewaczkami, kawalerami i strojnemi w perły kokotami, teraz się czuje dobrze między pijakami, kobietami wyszłemi ze szpitala, sutenerami i ulicznicami.
To wszystko ciekawość lego, co mieści w sobie silę, gdzie ma źródło cierpienie i gdzie tkwi wiedza. Widziałem jak mu oczy błyszczały gdym mu opowiadał o śmierci upadłej dziewczyny, o utonięciu głuchoniemego chłopca, mego rodzonego brata, co sam spowodował i o samobójstwie innego, którego w młodości przyprawiłem o śmierć.
Widziałem go, gdy oglądał swoje klejnoty, obrazy, srebrne zastawy, kwiaty swych ogrodów i cenne książki. Wszystko to przesiało go już zajmować, natomiast nastawił chciwie uszu na jęki dolatujące z więzień i drżał potem przez sen z trwogi.
Teraz bawi się biedakami, sprawami biedaków, chodzi tu i tam, zbiera, delektuje się, sięga po różne rzeczy, chcąc wiedzieć co zawierają, co znaczą, ale w gruncie jest ciągle taki sam, jak zawsze. Niema w tem zbawienia dla duszy, bowiem napisano: Czego oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ni serce nie objęło, zgotował Bóg tym, którzy go miłują.
Czemuż atoli trzyma się go ta kobieta? Czemu odrzuca sumy niezmierne, ofiarowane przez rodzinę, byle go opuściła? Czemu bez oporu wraca w dzielnice, gdzie żyła poprzednio, skoro pożąda i pożądać musi jego złota, klejnotów, wił, ogrodów, jego potęgi i swobody?
Co ją trzyma? Jaka się tu kryje sztuczka djabelska? Pewnego dnia podczas straszliwej zawiei śnieżnej szliśmy obaj do jego mieszkania. Dał mi przed chwilą do czytania list przyjaciela swego Crammona, płaczliwe brednie, godne podlotka, nie zaś człowieka rozsądnego. Zawrzałem gniewem i palnąłem mówkę, którą on zlekceważył.
Polem opowiedział mi o wczorajszej wizycie barona v. Thiingen, dawnego kompana. Pamięta pani może tego adoratora Ewy Sorel, rudowłosego błazna salonowego. Odnalazłszy go z trudem, przesiedział pół dnia, narzekając na nudy. Wyraził tęsknotę za innem życiem i prosił, by mu Krystjan pozwolił odwiedzać się czasem.
Wszystko to opowiedział mi, napoły zmieszany, napoły zdziwiony, ja zaś oświadczyłem, że jest to prosiak o popsutym żołądku, który pożąda pieprznej przyprawy. Nie wziął mi tego za złe, rzekł tylko, że nie chciałby wydawać sądu przedwcześnie. Pobił mnie tedy znów swą chłodną trzeźwością. Tak rozmawiając, zaszliśmy do mieszkania Karen.
Przechodząc wąskim przedpokojem, usłyszeliśmy odgłos rąbania drzewa. Ciężarna kobieta klęczała przy kuchni, rąbiąc trzaski. Pod ścianą na krześle, blada śmiertelnie, siedziała martwa młoda jej pomocnica, niejaka Izolda Schirmacher. Zasłabła nagle, może nawet doznała coś w rodzaju ataku apoplektycznego, gdyż sztywna była całkiem.
Musiała rąbać drwa, gdy zaś zasłabła, Karen odebrała jej siekierę, nie troszcząc się zresztą o nic. Rąbała zawzięcie, a nie zauważywszy nas, wyklinała bluźnierczo ciążę swoją, twierdząc, że nie chce wcale nowego bękarta i udusi go zanim piśnie po raz pierwszy.. Nie sposób powtórzyć jej słów ohydnych.
Krystjan wziął Izoldę na ręce, jakby nic nie ważyła i położył na łóżku w przyległej komnacie. Polem wrócił i rzekł do Karen: — Dajże temu pokój! — odebrał jej siekierę i ułożył w stos narąbane drwa. Kobieta przeraziła się i nie stawiała oporu, milcząc jakby straciła mowę. Widziałem to, że z tego migotliwego zdjęcia dowie się Pani co to za osoba i jak z nią postępuje Krystjan.
Przepadł już pokój duszy mojej. Krew ciecze z niewidzialnej rany na ciele świata. Wołam o naczynie, by ją zebrać, ale nikt go nie podaje. A może ja sam chory jestem i ranny?
Czyż może tęsknić cień za ciałem swojem? Czy możliwe, by ta niemożliwość ziściła się, a ten, który cud wybłagał i wyżebrał na kolanach, nic o tem nie wiedział? Szanowna Pani, w tem tkwi przeznaczenie. Nauczyłem się odróżniać owoc, od padliny, gorycz od słodyczy, zapach od smrodu, to co koi, od tego co rani.
Wiem teraz także jak się obracają członki ciała w stawach, jak krąg wyrasta w kręgu, mięsień oplata mięsień, jak rośnie tkanka, pulsują arlerje i mózg funkcjonuje. Mogę otworzyć ten mechanizm i sięgnąć weń, co mnie przejmuje dreszczem. To jest wyrównanie. Składam u ciemnej bramy bytu opłatę za świetlne sfery.
Niedawno miałem widzenie: Pani stałaś obok mnie przy zwłokach młodzieńca i kazałaś mi wyciąć serce, które przetrwało potrosze śmierć ciała i drgnęło pod moim nożem.
To tylko chciałem donieść i całą sprawę skończyłem.
Joanna przesiedziała nad tym listem całą noc i do późnego ranka. Wicher marcowy szalał za oknami. Nazajutrz miała opuścić na zawsze śliczny swój pokoik panieński, o białem, jedwabnem obiciu i biało lakierowanych meblach. Atoli dziś już był w jej oczach odarły z uroku i splondrowany.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.