Ewa (Wassermann)/Karen Engelschall/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
22.

Po odejściu Joanny legł Krystjan na otomanie, z rękami za kark założonemi i tak dotrwał do świtu, nie śpiąc i nie gasząc światła.
Widział wydeptane schody wiodące do szynkowni, brudny chodnik hoteliku portowego, latarnię w pustej ulicy, kraciastą kamizelkę gospodarza z brzęczącymi wisiorkami, flaszkę z koniakiem na półce, zieloną chustkę jednej z pijanych kobiet, tatuowane ramiona marynarza, kauczukowe wiśnie na skórzanym kapeluszu ulicznicy, broszkę z granatami i napisem: Ricordo di Venezia...
Im dłużej leżał, myśląc o tem wszystkiem, tem silniejszego doznawał wrażenia swobody i wyzwolenia. To jeno tylko mogło mu zastąpić rzeczy inne, dawniej kochane daremnie i ludzi, z którymi żył równie daremnie.
Leżąc i obcując z tą całą biedotą, czuł, że tracą dlań wartość wszelaką, uprzednie, bezcelowe zajęcia i stosunki a nawet wspomnienie Ewy przestało mu być udręką i próżnem upokorzeniem.
Świetna, królewska postać nie nęciła go już teraz, gdy myślał o zalanej krwią twarzy ulicznicy. Przedziwne jakieś rozciekawienie zasłoniło wszystko co dawne.
Zasnął o brzasku, ale po godzinie wstał, przemył oczy zimną wodą, wyszedł, wziął dorożkę i kazał się zawieźć do hoteliku portowego pod godłem „Króla Grecji“.
Portjer nocy sprawował jeszcze służbę i poznawszy rannego gościa, zaprowadził go z przesadna służbistością na drugie piętro, do pokoju Karen Engelschall.
Krystjan zapukał, ale nikt nie odpowiadał.
— Niechno wielmożny pan wejdzie! — powiedział portjer. — Klucz zginął, a zasuwka popsuta. Przydarza się nieraz to i owo, lepiej tedy dla nas, że drzwi nie są zamknięte.
Krystjan wszedł. Pokój był zastawiony brzydkimi, brunatnymi meblami, była tam ciemno-czerwona sofa pluszowa, okrągłe zwierciadło toaletowe pęknięte przez pół, gruszka elektryczna z białą umbrą, na mosiężnej nodze oraz oleodrukowy portret cesarza na ścianie. Wszystko pokrywał kurz, widniały wszędzie ślady opuszczenia, zużycia, nędzy i prostactwa.
Karen Engelschall spała, leżąc na wznak. Rozczochrane jej włosy przypominały wiązkę słomy, twarz miała bladą i napuchniętą, a na czole i prawym policzku widniały świeże blizny. Pełna, ale obwisła pierś wyzierała z pod kołdry.
Opanowując swój dawny wstręt do śpiących, jgł Krystjan patrzeć na jej twarz, zadając sobie pytanie z jakiej warstwy pochodzi, czy jest córką rybaka, lub żeglarza, małomieszczanką, proletarjuszką, czy chłopką.
Po chwili zastanowił go wyraz tej twarzy. Nie było w nim zła, ni dobra, jeno jakaś rozterka, wywołana dręczącym snem. Krystjan przypomniał sobie olbrzyma z karneolem, który ją bił. Widział teraz żywo ten wstrętnie różowy kamień, przypominający robaka, czy surowe mięso.
Poruszeniem bezwiednem potrącił krzesło i łoskot ten zbudził Karen. Rozwarła powieki a na widok mężczyzny w pokoju, przejęta komicznym strachem rozwarła usta do krzyku. Ale poznawszy intruza opadła na poduszki z westchnieniem ulgi.
Oczy jej nabrały znowu wyrazu buntowniczego, a reszta twarzy przymusowej uległości. Przycupnęła, nie wiedząc co znaczą te odwiedziny i dumała zdziwiona wielce. Nakryła się kołdrą aż po brodę, uśmiechnięta, niepewna.
Krystjan poszukał oczyma bezwiednie jaskrawo czerwonej wstążki z wenecką broszką. Odzież jej zwisała bezładnie z krzesła, a skórzany kapelusz leżał na stole.
— Czemuż pan stoi? — spytała chrypliwie. — Proszę siadać.
Znowu, jak nocy ubiegłej wprawiły ją w zachwyt piękność jego i wykwint. Przemknęło jej, że musi być baronem, lub hrabią i znowu uśmiechnęła się. Wyspana była i wypoczęta.
— Nie może tu pani długo pozostać, — rzekł uprzejmie — myślałem o tem, co bym mógł uczynić. Stan pani wymaga pewnych wygód i nie należy się wystawiać na dalsze napaści tego człowieka. Najlepiejby było wyjechać stąd.
Karen Engelschall wybuchnęła śmiechem.
— Wyjechać stąd? A jakże tego dokazać? Taka jak ja, musi zostać gdzie jest, aż do końca.
— Czy 011 ma jakie prawa względem pani? — spytał.
— Prawa? Cóż to znaczy?... A, tak, rozumiem już. O, nie! Nie ma praw innych prócz tych, jakie są nieodłączne od naszego zawodu. On mnie broni, ja mu daję pieniądze, a zato jestem bezpieczna od innych, że zaś jest mocny i ma przyjaciół, dobrze mi się powodzi. Wszyscy mężczyźni są dobrzy, ale trudno przebierać... ha, trudno! Tylko, wierz mi pan, jestem czasem tak bardzo zmęczona...
— Rozumiem to dobrze! — rzekł Krystjan, patrząc w jej krągłe, zaczerwienione oczy. — I dlatego właśnie chcę pani dopomóc. Dziś, albo jutro wyjeżdżam na kilka, sądzę, miesięcy do Berlina i gotów jestem wziąć panią ze sobą. Proszę nie zwlekać z decyzją, gdyż, sprawy odkładane zazwyczaj nie dochodzą do skutku. Na razie jest pani wolną od swego prześladowcy. Nie trzeba posyłać do mieszkania po rzeczy. Wszystko co potrzebne kupi się na miejscu.
Te życzliwe słowa nie wywarły oczekiwanego wrażenia, gdyż Karen nie wyczuła ich prostoty i szczerości. Urągliwe podejrzenie owładnęło nią. Słyszała o apostołach moralności, kaznodziejach, wysłańcach policji, których się bały ulicznice, jak ognia. Wprawdzie instynkt mówił jej, że się myli, ale zaczęła snuć romantyczniejsze jeszcze przypuszczenia o jakimś wprost nieludzkim losie, który ją czeka, gorszym stokroć od przemocy obecnego dręczyciela. Wszystko to przelatywało jej przez myśl, chmurzyła się coraz to bardziej, zaciskała pięści, szalała, targana strachem, nadzieją i nieufnością, w końcu zaś uległa wpływowi tego, któremu się w żaden sposób oprzeć nie była w stanie.
— Czego pan właściwie chcesz odemnie? — spylała, przeszywając go spojrzeniem.
Krystjan odparł, ważąc każde słowo:
— Niczego więcej nie chcę, prócz tego, co powiedziałem.
Umilkła, patrząc na swe ręce.
— Matka moja mieszka w Berlinie! — mruknęła po chwili. — Nie chcę wcale dostać się do niej.
— Będzie pani u mnie! — rzekł stanowczo, niemal twardo. Oddychał głęboko i ciężko jak miech kowalski. Słowo zostało wypowiedziane.
Karen spojrzała nań znowu, tym razem poważnie i trzeźwo.
— Cóż będę u pana robić? — spytała.
— Tego nie wiem jeszcze dobrze — odparł z wahaniem. — Muszę się zastanowić.
Karen złożyła ręce.
— Ależ muszę, chyba wiedzieć kto pan jest?
Wymienił nazwisko.
— Jestem ciężarna, — ozwała się, a głos jej po raz pierwszy zadrżał — a w dodatku ladacznica! Czy wiesz pan, że jest to coś najgorszego, najmarniejszego w świecie? Czy wiesz pan to?
— Wiem! — powiedział, spuszczając oczy.
— Cóż pan tedy poczniesz ze mną, będąc tak wykwintnym? Czemu się pan opiekujesz... laką szmatą? — nalegała.
— Nie mogę istotnie tego wyjaśnić! — odparł zmieszany.
— Cóż mam tedy uczynić? Powiadasz pan, jechać? I to zaraz?
— Jeśli pani to odpowiada, przybędę o drugiej i pojedziemy wprost na dworzec.
— I nie będzie się pan mnie wstydził?
— Nigdy się nie wstydzę.
— W tej sukni? A jeśli ludzie zaczną wytykać palcami ladacznicę, jadącą z tak wielkim panem?
— Jest mi obojętne, co czynią ludzie.
— Tak? Ano to zaczekam.
Skrzyżowała na piersiach ramiona, wbiła oczy w sufit i zapadła w bezruch zupełny. Krystjan skinął jej głową i wyszedł. I potem także nie ruszyła się Karen wcale. Głęboka zmarszczka przecięła jej czoło, świeże blizny czerwieniały na ziemistej twarzy, jak piętna, a głuche, zwierzęce wprost zdumienie odebrało oczom blask, nadając im wyraz trupi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.