Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


do Krystjana rękę, przybrała sztywną pozycję salonową i uśmiechnięta zlekka powiedziała:
— A więc... może... do widzenia.

22.

Po odejściu Joanny legł Krystjan na otomanie, z rękami za kark założonemi i tak dotrwał do świtu, nie śpiąc i nie gasząc światła.
Widział wydeptane schody wiodące do szynkowni, brudny chodnik hoteliku portowego, latarnię w pustej ulicy, kraciastą kamizelkę gospodarza z brzęczącymi wisiorkami, flaszkę z koniakiem na półce, zieloną chustkę jednej z pijanych kobiet, tatuowane ramiona marynarza, kauczukowe wiśnie na skórzanym kapeluszu ulicznicy, broszkę z granatami i napisem: Ricordo di Venezia...
Im dłużej leżał, myśląc o tem wszystkiem, tem silniejszego doznawał wrażenia swobody i wyzwolenia. To jeno tylko mogło mu zastąpić rzeczy inne, dawniej kochane daremnie i ludzi, z którymi żył równie daremnie.
Leżąc i obcując z tą całą biedotą, czuł, że tracą dlań wartość wszelaką, uprzednie, bezcelowe zajęcia i stosunki a nawet wspomnienie Ewy przestało mu być udręką i próżnem upokorzeniem.
Świetna, królewska postać nie nęciła go już teraz, gdy myślał o zalanej krwią twarzy ulicznicy. Przedziwne jakieś rozciekawienie zasłoniło wszystko co dawne.
Zasnął o brzasku, ale po godzinie wstał, przemył oczy zimną wodą, wyszedł, wziął dorożkę i kazał się zawieźć do hoteliku portowego pod godłem „Króla Grecji“.