Strona:PL Wassermann Jakób - Ewa.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


drzwiach, marszcząc czoło. Bladość niezmierna jej twarzy nastroiła go jednak zaraz serdecznie.
— Muszę jechać — szepnęła. — Dostałam telegram. Muszę zaraz wracać do Wiednia.
— I ja także wyjeżdżam — odparł Krystjan.
Milczeli przez chwilę, potem rzekła Joanna:
— Czy cię jeszcze kiedy zobaczę? Czy mogę? Czy pozwolisz?
Te pokorne zapylania świadczyły o wewnętrznej rozterce. Uśmiechnęła się z rezygnacją.
— Będę w Berlinie! — odparł. — Sam jeszcze nie wiem gdzie. Ale zwróć się do Crammona. Łatwo go odnaleźć, a krewne odsyłają mu listy, do Wiednia adresowane.
— Jeślibyś pozwolił, mogę przyjechać do Berlina, — powiedziała z taką samą rezygnacją — mam tam krewnych. Ale myślę, że nie zechcesz! — znowu nastała pauza, a łagodne jej oczy błądziły po pokoju. — Czyż to ma być koniec? — wstrzymała oddech napięta w oczekiwaniu, niby cięciwa łuku.
Krystjan podszedł do stołu oparł palec o płytę, spuścił głowę i rzeki, powoli wymawiając poszczególne wyrazy:
— Nie wymagaj teraz odemnie decyzji, gdyż jest to niemożliwe. Ranić cię nie chcę, nie chcę powtarzać tego co już tyle razy zaszło w życiu mojem. Jeśli poczujesz ochotę, przyjedź nie zważając na mnie. Nie sądź tylko, że cię zamierzam opuścić. Ale nastał czas krytyczny. Więcej ci powiedzieć nie mogę.
Brzmiało to dla Joanny zgoła beznadziejnie, a jednak wyczuła coś, co podziałało kojąco na jej ból osobisty. Właściwym sobie, śmigłym gestem wyciągnęła