Eutyfron (tłum. Siedlecki)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Platon
Tytuł Eutyfron
Pochodzenie Protagoras, Eutyfron
Data wydania 1881
Wydawnictwo Nakładem wydawcy
Druk Drukarnia "Czasu"
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Stanisław Siedlecki
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii

EUTYFRON.

OSOBY DYALOGU:[1]

EUTYFRON.
SOKRATES.

E. Cóżto się stało, Sokratesie, że ty swoje zwykłe miejsce pobytu w likejonie[2] opuściłeś i tutaj teraz przebywasz około krużganku archonta-króla?[3] — przecież sprawy u niego nie masz żadnéj, jak ja?
S. Nie sprawą to nazywają Ateńczycy, mój Eutyfronie, ale procesem państwowym!
E. Co ty mówisz! — więc proces ci ktoś wytoczył państwowy? — bo przecież nie przypuszczam, że ty go wytoczyłeś komuś?
S. To nie.
E. Więc tobie ktoś drugi?
S. Tak jest.
E. Któż taki?
S. Sam nawet nie znam dobrze tego człowieka, Eutyfronie — młody mi się jakiś wydaje i mało znany, nazwiskiem, o ile sobie przypominam, Meletos, a pochodzi z gminy Pittejskiéj — jeżeli wiész o jakim Pittejczyku Meletosie o włosach długich, z zarostem niewielkim a z nosem wklęsłym.
E. Nie przypominam sobie, Sokratesie! — ale cóż on ci za proces wytoczył?
S. Co za proces? — nie lada jaki zdaniem mojém — bo to nie błaha rzecz rozpoznać młodemu sprawę tak wielkiéj wagi! Utrzymuje on, że wié, w jaki sposób psują się ludzie młodzi i co za jedni ci, którzy ich psują — mędrzec to jakiś podobno! I dopatrzywszy się we mnie głupoty, idzie ze skargą na mnie do państwa, jak gdyby do matki, w przekonaniu, że psuję jego rówieśników. I zdaje mi się, że z pomiędzy mężów stanu on jeden poczyna sobie trafnie: bo to tratna myśl — rozciągnąć opiekę przedewszystkiém nad młodymi, aby się stali ile możności najlepszymi, podobnie jak rolnik dobry przedewszystkiém o młode roślinki starać się powinien, a potém dopiero o inne. I Meletos téż najprzód porządek robi z nami, co młode rostki, jak powiada, psujemy: wziąwszy następnie potém w opiekę starszych, stanie się oczywiście dla państwa sprawcą bardzo wielu dobrodziejstw największych, jakie stąd wypłyną naturalnie, skoro tak piękny zrobił początek.
E. Byłoby mi to pożądane, Sokratesie, ale lękam się, aby się nie stało wprost przeciwnie. Bo zdaniem mojém poczyna on zgoła od ogniska krzywdzić państwo, zamierzając skrzywdzić ciebie. Ale powiédz mi, jakiémżeto postępowaniem według niego psujesz ludzi młodych?
S. Rzeczto, mój drogi, trudna do pojęcia, kiedy się ją tak wprost usłyszy. Powiada on, że jestem twórcą bogów, i jako tworzącego tych nowych bogów a nie uznającego dawnych, oskarżył mię właśnie dlatego, jak utrzymuje.
E. Rozumiém, Sokratesie — ponieważ zwykłeś mawiać, jakoby głos boski zawsze powstawał w tobie. Zaniósł więc na ciebie skargę tę, jako na nowatora w sprawach religijnych i udaje się do sądu w zamiarze spotwarzenia cię, wiedząc o tém, że potwarz taka przyjmie się łatwo pomiędzy ludźmi. Wszakże i ze mnie, kiedy mówię co o rzeczach boskich na zgromadzeniu, przepowiadając przyszłość, szydzą jak z szalonego. A przecież z przepowiedni moich nie okazała się żadna nieprawdziwą — oni jednak zazdroszczą nam wszystkim, którzy się na rzeczach tego rodzaju rozumiémy. Ale nie ma co dbać o nich i śmiało tylko występować!
S. Szyderstwo, mój Eutyfronie kochany, nie miałoby może żadnego znaczenia: Ateńczykom bowiem, jak mi się zdaje, nie bardzo na tém zależy, czy kto dzielnym jest w swoim sposobie, byle tylko nie był nauczycielem swojéj mądrości. Na takiego przeciwnie, o którym sądzą, że i innych podobnymi sobie czyni, gniewają się, czyto przez zazdrość, jak ty twierdzisz, czy téż z innego jakiegoś powodu.
E. Nie bardzo téż zbadać to pragnę, jak są dla mnie usposobieni w tym względzie.
S. Bo ty może im się wydajesz skąpym w udzielaniu myśli swych drugim i niechętnym do uczenia mądrości swojéj. Ale ja obawiam się, czy oni nie sądzą, że ja z miłości dla ludzi rozsypuję w mowach swoich szczodrze przed każdym, co tylko umiém, nietylko bez zapłaty, ale w danym razie gotów będąc nawet dołożyć, jeżeli mię tylko chce kto posłuchać. Gdyby zatém, jak mówię, wyszydzić mię tylko mieli, jakto o sobie ty utrzymujesz, nie byłoby w tém nic nieprzyjemnego, iżby na żartach i śmiechu w sądzie skończyli; ale jeżeli na seryo rzecz wezmą, to już niewiadomo, jak sprawa wypadnie, chyba wam wróżbitom.
E. Może przecież nie wypadnie źle, Sokratesie, i wedle życzenia proces ci się skończy, a prawdopodobnie i mój także.
S. A jakiż ty znowu masz proces, Eutyfronie? — czy ciebie ścigają, czy ścigasz ty?
E. Ja.
S. Kogóż?
E. Kogoś takiego, że mię za szaleńca mają.
S. To może ścigasz kogoś, co na skrzydłach lata?
E. Daleko do latania a takiemu, który już bardzo wiekowy.
S. I któżto jest?
E. Ojciec mój.
S. Co, mój drogi! twój ojciec?
E. Tak jest.
S. A jakiż powód skargi i o co sprawa?
E. O zabójstwo, Sokratesie!
S. Na Heraklesa! — zapewne nie pojmuje ogół, Eutyfronie, jak to może być słusznie. Bo podług mnie nie pierwszy lepszy człowiek sprawiedliwie przeprowadzić to potrafi, ale to już rzecz kogoś, co daleko zaszedł w mądrości!
E. To prawda, na Zeusa, Sokratesie! — co daleko zaszedł w mądrości!
S. Czy to zatém z domowników jaki, ów przez ojca twojego zabity? — Tak oczywiście jest, bo nie dochodziłbyś na nim zabójstwa o człowieka obcego.
E. To śmiesznie, Sokratesie, że uważasz wzgląd ten za ważny, czy zabity obcym jest człowiekiem, czy domownikiem, skoro na to jedynie zważać należy, czy zabójca słusznie popełnił zabójstwo, czy niesłusznie? — i jeżeli słusznie, dać pokój, a w przeciwnym razie dochodzić, chociażby zabójca ów należał do tego samego ogniska i stołu: bo zakała równą jest, jeżeli z człowiekiem takim będziesz obcował, wiedząc o jego zbrodni, i nie oczyścisz siebie i jego przez zapozwanie go przed sąd. Otóż umarły był robotnikiem moim i kiedy uprawialiśmy pole na wyspie Naxos, zarobkował tam u nas. Spity zabił w gniewie jednego z naszych niewolników — a ojciec związawszy mu ręce i nogi, wrzucić go kazał do dołu i posłał tutaj człowieka, aby się dowiedzieć od exegety[4], co czynić należy. Wśród tego o więźnia nie dbał i nie pytał się o niego, jako o mężobójcę, uważając to za nic, chociażby umarł nawet. Tak się téż stało z nim istotnie: umarł z głodu i z zimna i w skutek więzów pierwej, nim przybył posłaniec od exegety. Otóż bierze mi to za złe i ojciec i wszyscy inni krewni, że ujmując się za mężobójcą, ojca o morderstwo pozywam, chociaż go nie zabił — jak oni powiadają: a nawet gdyby go był zabił istotnie, nie godzi się występować w obronie człowieka, który był mężobójcą — że mianowicie bezbożnie jest, aby syn pozywał ojca o morderstwo. Ale mówią tak, Sokratesie, bo nie znają prawa boskiego i nie rozumieją się na tém, co bogobojne a co bezbożne!
S. A ty, Eutyfronie, czyż na Zeusa! tak dokładną przypisujesz sobie znajomość spraw boskich, jakie one są, i spraw bogobojnych i bezbożnych, że skoro się to tak stało, jak opowiadasz, nie lękasz się prawować z ojcem, abyś przypadkiem nie popełnił ty znowu czynu bezbożnego?
E. Byłbym do niczego Sokratesie, i Eutyfron nie różniłby się niczém od pospólstwa, gdybym tego wszystkiego nie znał dokładnie!
S. Więc najlepiéj dla mnie zostać uczniem twoim, miły mój Eutyfronie, i przed procesem z Meletem wezwać go właśnie na téj podstawie do ugody pozasądowéj i powiedzieć mu, że do obznajomienia się z rzeczami boskiemi już poprzednio wielką przywięzywałem wagę, a teraz, kiedy on utrzymuje, że prawię niedorzeczności o religii i nowatorem się w niéj czynię, twoim właśnie uczniem zostałem. »A jeżeli zgadzasz się na to, Melecie — takbym mówił — że Eutyfron mądrym jest w tych rzeczach i trafne ma o nich zdanie, téjże i o mnie przekonanie takie i procesu mi nie wytaczaj: jeżeli zaś nie, to wystąp z procesem, ale raczéj przeciw Eutyfronowi, jako przeciw takiemu, który starszych psuje tj. mnie i ojca swojego: mnie, ponieważ uczy, a ojca, ponieważ strofuje go i karci. A gdyby mię nie chciał usłuchać i nie odstępował od procesu, albo gdyby pominąwszy mnie, ciebie skarżyć miał, oświadczę mu, że to, o co go do ugody pozasądowéj wzywałem, w sądzie mówić będę.
E. Gdyby się tylko odważył skarżyć mię, Sokratesie, to ręczę ci na Zeusa! że domacałbym się słabéj jego strony, i daleko prędzéj o nim byłaby mowa w sądzie, niż o mnie!
S. I w tém téż przekonaniu ja uczniem twoim, mój drogi, zostać pragnę, widząc, że i każdy inny i Meletos ów ciebie nie zdaje się nawet dostrzegać, a mnie z taką bystrością i łatwością przeniknął, że o bezbożność mię oskarżył. Więc zaklinam cię na Zeusa! udziel mi téj wiedzy, którą, jak utrzymujesz, tak dokładnie posiadasz i powiédz mi, co rozumiész przez bogobojne, a co przez bezbożne, nietylko odnośnie do zabójstwa, ale i do innych przestępstw? — czy może bogobojne nie jest we wszelkich czynach czémś jedném i sobie samemu równém? A również bezbożne, które bogobojnemu zupełnie jest przeciwne, czyż nie jest samo sobie równe? i czyż nie posiada wszystko, cokolwiek ma być bezbożném, jednéj jakiéjś formy ogólnéj ze względu na sposób postępowania bezbożny?
E. Z całą pewnością, Sokratesie.
S. Powiédzże zatém, co rozumiész przez bogobojne, a co przez bezbożne?
E. Powiadam więc, że bogobojnie jest czynić, co ja teraz czynię: zapozywać przed sąd każdego człowieka niegodziwego, który dopuszcza się występku przez zabójstwo, albo przez świętokradztwo, albo przez coś podobnego, bez względu, czy to ojciec, czy matka, czy ktokolwiekbądź inny — nie zapozywać zaś bezbożnie jest. Bo patrz, Sokratesie, jak wymowny dowód przytoczę ci na prawdziwość tego mniemania — a już i innym to mówiłem — że słuszną rzeczą jest nie pozwalać na postępki bezbożne nikomu, kimkolwiek on jest. Wszakże sami ludzie, chociaż uważają Zeusa za najlepszego i najsprawiedliwszego pomiędzy bogami, opowiadają o nim jednozgodnie, że ojca własnego więzami skrępował za to, że swoich synów połknął wbrew słuszności, podobnie jak ów znowu także ojca swojego okaleczył z takiego również powodu. A na mnie gniewają się, że powstaję przeciwko zbrodni ojca — i tak sami ze sobą są w sprzeczności co do bogów i co do mojéj osoby.
S. Tutaj zatém przyczyna, Eutyfronie, dla któréj oskarżony zostałem, że kiedy kto podobne rzeczy o bogach mówi, ja z pewną niechęcią ich słucham! Dlategoto wielu, jak widzę, utrzymywać będzie, że jestem występnym. Jeżeli zatém i ty to samo podzielasz zdanie, ty, co znasz się na sprawach tego rodzaju, widocznie już i ja ustąpić będę musiał — bo cóż mam powiedzieć na to, skoro przyznaję sam, że z tych rzeczy nic zgoła nie wiém? Zaklinam cię jednak na Zeusa, boga przyjaźni, czyś ty w istocie przekonany, że to tak było?
E. Tak — a zdarzyło się prócz tego wiele rzeczy jeszcze dziwniejszych, Sokratesie, o których większa część ludzi nie wié!
S. A zatém sądzisz, że i wojna rzeczywiście toczyła się między bogami jednych przeciwko drugim i były nienawiści srogie i walki i inne tego rodzaju zajścia liczne, o jakich wspominają poeci, i jakiemi poczciwi malarze upatrzyli różne świątynie — a na wielkich panateneach niosą na zamek szatę zapełnioną wrobionymi tego rodzaju obrazami[5]. Czy mamy sądzić, że to prawda jest, Eutyfronie?
E. Nietylko to, Sokratesie — ale, jak mówię, opowiém ci, jeżeli chcesz, i o innych wielu sprawach między bogami, na które, wiém pewnie, że zdumiejesz, skoro o nich usłyszysz!
S. Nie będę się temu dziwił — ale to mi późniéj w wolnéj chwili opowiész — a teraz zechciéj dokładniejszą podać odpowiédź na pytanie, które ci właśnie zadałem, bo nie dałeś mi wyjaśnienia dostatecznego, mój drogi, kiedym się zapytał o bogobojne, czém ono jest, i powiedziałeś mi tylko, że co teraz czynisz, pozywając ojca o zabójstwo, bogobojne jest.
E. I mówiłem prawdę, Sokratesie.
S. Być może — wszelako i innych wiele czynów nazywasz bogobojnymi?
E. Bo są.
S. A czy pamiętasz, że nie tego od ciebie żądałem, abyś mi wskazał jeden albo dwa czyny bogobojne z pomiędzy wielu, ale abyś podał samo znamię owo, przez które wszystko bogobojne bogobojném jest? — bo przyznałeś podobno, że przez jednę ogólną formę bezbożne bezbożném jest i bogobojne bogobojném — czy nie pamiętasz?
E. Pamiętam.
S. Wskaż mi zatém samę tę formę ogólną, jaką ona jest, abym na nią poglądając i używając jej za wzór, nazwał bogobojném wszystko, co pomiędzy czynami twoimi albo czyimiś innymi z nią będzie zgodne, a co nie będzie zgodne, nie nazywał tak.
E. Więc jeżeli tego chcesz, Sokratesie, to ci powiém.
S. Właśnie o to mi idzie.
E. To zatém, co bogom miłe jest, jest bogobojne, a co im niemiłe, to bezbożne.
S. Bardzo pięknie, Eutyfronie! — dałeś mi teraz odpowiédź, jakiéj wymagałem od ciebie; nie wiém tylko jeszcze, czy to odpowiédź dobra: ale ty mię oczywiście przekonasz w dodatku, że to prawda, co mówisz.
E. Bez wątpienia.
S. Więc zastanówmy się nad tém, co mówimy. To co bogom miłe, i człowiek bogom miły, bogobojny jest — a to co bogom wstrętne, i człowiek bogom wstrętny, bezbożny jest; i nie to samo jest bogobojne i bezbożne, ale jedno drugiemu najprzeciwniejsze — czy nie tak?
E. Tak zaiste!
S. I czy to dobrze ma być powiedziane?
E. Zdaje mi się, Sokratesie — wszak na tém stanęło.
S. A czy i na tém stanęło, że bogowie buntują się, Eutyfronie, i niezgodni bywają między sobą i nienawidzą się wzajemnie?
E. Tak jest.
S. A w jakim względzie niezgoda budzi nienawiść i gniewy, mój drogi? — Zastanówmy się nad tém w ten sposób: czy gdybyśmy byli w niezgodzie, ja i ty, co do ilości czegokolwiek: czego z dwojga więcéj jest — czy niezgoda w tym względzie mogłaby to sprawić, abyśmy się znienawidzili i gniewali wzajemnie, czy téż pogodzilibyśmy się prędko, uciekając się do rachunku?
E. Pogodzilibyśmy się.
S. Więc i co do długości większéj i mniejszéj, gdybyśmy się w zdaniach różnili, odstąpilibyśmy od sprzeczki prędko, uciekając się do mierzenia?
E. Tak jest.
S. A uciekając się do wagi, rozstrzygnęlibyśmy, jak myślę, spór o to, co cięższe a co lżejsze?
E. Niezawodnie.
S. O cóż więc musielibyśmy być w niezgodzie i w czém nie moglibyśmy przyjść do końca i znienawidzilibyśmy się wzajemnie i pogniewali? — Może ci to nie wpada na myśl w téj chwili — więc uważaj, co powiém: czy przyczyną nieporozumienia nie będzie niezgoda na to, co sprawiedliwe jest i co niesprawiedliwe, co piękne i co szpetne, co dobre i co złe? — Czy to nie to jest, w czém poróżnimy się i nie mogąc do zadawalniającego dojść rozwiązania, staniemy się dla siebie nieprzyjaciółmi, kiedy na to przyjdzie, i ja i ty i inni ludzie wszyscy?
E. Tak — tego rodzaju będzie to nieporozumienie, Sokratesie, i tych spraw dotyczy.
S. A jakże, Eutyfronie? — czy bogowie, jeżeli są w niezgodzie, nie o to także będą w niezgodzie?
E. Koniecznie.
S. Więc i z pomiędzy bogów, szlachetny Eutyfronie, jedni co innego uważają za sprawiedliwe według zdania twojego, a co innego drudzy, i również podzielone są ich sądy o tém, co piękne i co szpetne, co dobre i co złe: bo nie byliby w niezgodzie między sobą podobno, gdyby się w tém właśnie nie różnili zdaniami — czy nie?
E. Prawdę mówisz.
S. Czyż więc każdy z nich nie miłuje tego, co uważa za piękne i za dobre i za sprawiedliwe, nienawidząc wszystkiego, co temu przeciwne?
E. Rzecz pewna.
S. To samo zatém uważają bogowie jedni za sprawiedliwe a inni za niesprawiedliwe według słów twoich, i różne objawiając w tém zdania, powstają i wojują między sobą — czy nie tak?
E. Tak jest.
S. Więc tego samego nienawidzą, jak się pokazuje, i to samo miłują bogowie — a zatém to samo byłoby wstrętne bogom i miłe?
E. Pokazuje się.
S. W ten sposób byłoby więc bogobojne to samo, co bezbożne?
E. Zdaje się.
S. Nie odpowiedziałeś więc na to, o co się pytałem, mój drogi — bo nie o to mi się rozchodziło, co zarówno i bogobojne jest i bezbożne — a pokazuje się, że co bogom miłe jest, to samo jest im i wstrętne. Nie będzie przeto nic dziwnego, Eutyfronie, że ty karcąc obecnie ojca swojego, czynisz coś, co Zeusowi jest wprawdzie miłe, ale za to niemiłe Kronosowi i Uranosowi, i co miłe Hefajstowi, ale niemiłe Herze i w ten sam sposób innym także bogom, którykolwiek z nich innego w téj mierze zdania jest, niż drugi.
E. Wszelako zdaniem mojém, Sokratesie, tak dalece żaden z bogów nie różni się w sądzie swoim od drugiego, aby twierdził, że ten, który kogoś niesprawiedliwie zabija, nie powinien być karany.
S. A czy słyszałeś już kiedy, Eutyfronie, iżby człowiek jaki spierał się o to i twierdził, że zabijający niesprawiedliwie albo inną jaką niegodziwość popełniający nie powinien otrzymywać kary?
E. Właśnie téż o to spierają się bezustannie i w sądach i gdzie indziéj: wszakże przestępcy i czynią i mówią wszystko, co tylko mogą, aby uniknąć kary.
S. A czy i na to się zgadzają, Eutyfronie, że popełnili występek, i mimo wyznania tego utrzymują, że nie powinni być karanymi?
E. Co to — to nie.
S. Nie czynią zatém i nie mówią wszystkiego, co tylko mogą: bo tego, jak sądzę, nie mają odwagi mówić i o to się spierać: że jakkolwiek popełnili występek, nie powinni być karanymi — oni tylko, jak myślę, przeczą, jakoby występek popełnili — czy nie?
E. To prawda.
S. A zatém nie o to się spierają, że człowiek popełniający występek nie powinien ponosić kary, ale o to, kto jest takim człowiekiem występnym i przez co się nim staje i kiedy,
E. Prawdę mówisz.
S. Więc właśnie téż o to i między bogami się rozchodzi, jeżeli, jak twierdzisz, niezgoda między nimi jest, o postępki sprawiedliwe i niesprawiedliwe, i jedni utrzymują, że inni popełnili występek, a drudzy temu przeczą — bo przecież, mój drogi, tego nie będziesz miał odwagi utrzymywać i nie powié tego ani człowiek żaden, ani żaden z bogów, że występny nie powinien być karany?
E. Tak — to w ogólności prawda, Sokratesie.
S. Ale zawsze o czyn jakiś pewien dokonany, jak myślę, Eutyfronie, spierają się spierający ludzie i bogowie — przypuściwszy, że spierają się bogowie — w skutek różnicy zdań w ocenieniu postępku jakiegoś, i jedni utrzymują, że jest sprawiedliwy, a drudzy, że niesprawiedliwy. Czy nie tak?
E. Zapewne.
S. Pouczże zatém i mnie, kochany Eutyfronie, abym się stał mądrzejszym, i powiédz mi, co dla ciebie probierzem jest, że wszyscy bogowie przekonani są o niesprawiedliwéj śmierci owego wyrobnika, który zostawszy mężobójcą, związany od pana swego, umarł pierwéj w skutek więzów, nim tenże od exegetów dowiedział się, co z nim ma czynić, i że to słusznie jest, aby syn wstawiając się za takim człowiekiem, oskarżał i zapozywał ojca o jego zabójstwo. Starajże mi się dokładnie jakoś to wykazać, że z pewnością bogowie wszyscy postępek ten za sprawiedliwy uważają — a jeżeli mi to dowodnie wyłuszczysz, nie przestanę cię nigdy sławić dla mądrości twojéj.
E. Nie małeto zaiste zadanie, Sokratesie! — jakkolwiek mógłbym ci to z całą pewnością wykazać.
S. Rozumiém! — ja się wydaję tobie niepojętniejszym od sędziów: gdyż im oczywiście udowodnisz, że to niesprawiedliwie jest i że wszyscy bogowie czynów takich nienawidzą.
E. Bez wątpienia, Sokratesie! jeżeli tylko wysłuchają słów moich.
S. Wysłuchają, skoro tylko dobremi im się wydadzą. — Ale wśród mowy twojéj taka mi myśl wpadła i tak sobie sam rozważam: Chociażby mię Eutyfron jak najgłębiéj przekonał, że wszyscy bogowie taką śmierć uważają za niesprawiedliwą, to czyż od niego nabyłem przez to wiedzy dokładniejszéj o tém, co jest bogobojne a co bezbożne? — Bo będzie to, jak się okazuje, czyn wstrętny bogom: wszelako okazało się co dopiero, że bogobojne i bezbożne, w ogólném swém znaczeniu, w ten sposób określić się nie da; bo to co bogom wstrętne, okazało się i miłém im zarazem. Dlatego uwalniam cię, Eutyfronie, od owego dowodu, i jeżeli chcesz, to niechaj wszyscy bogowie postępek ten za niesprawiedliwy uważają i niechaj go nienawidzą. To tylko teraz poprawimy w określeniu, że czego nienawidzą wszyscy bogowie, bezbożne jest, a co miłują, to bogobojne jest; czego zaś jedni nienawidzą, a co drudzy miłują, to nie jest ani bogobojne, ani bezbożne, albo i bogobojne i bezbożne zarazem. Czy przystajesz, abyśmy teraz w ten sposób określili, co bogobojne jest a co bezbożne?
E. A cóż to wadzi, Sokratesie?
S. Mnie wcale nic, Eutyfronie — tylko ze swojéj strony ty zastanów się, czy przyjąwszy określenie takie, nauczysz mię w sposób najłatwiejszy tego, coś przyobiecał.
E. Co do mnie — przystałbym na zdanie takie, że co wszyscy bogowie miłują, bogobojne jest, a odwrotnie bezbożne jest, czego wszyscy bogowie nienawidzą.
S. Czy mamy przeto zastanowić się znowu nad zdaniem tém, o ile ono prawdziwe, czy téż mamy tak wprost zgadzać się i przyjmować twierdzenia i od siebie nawzajem i od innych, skoro tylko ktoś powié cokolwiek, że tak jest, przyznając mu, że tak jest istotnie? A może należałoby zbadać, co mówi ten, który tak utrzymuje?
E. Należy badać — ja jednakże sądzę, że zdanie teraz wypowiedziane prawdziwe jest.
S. Wkrótce lepiéj się o tém przekonamy, mój drogi. Zastanówże się tak: czy bogobojne dlatego, że bogobojném jest, miłowane jest od bogów, czy téż bogobojne dlatego, że miłowane jest od bogów, bogobojném jest?
E. Nie rozumiém, co mówisz, Sokratesie.
S. Więc spróbuję jaśniéj się wytłómaczyć. Mówimy, ze coś jest »niesione« i »niosące, « »prowadzone« i »prowadzące, « »widziane« i »widzące« — i pojmujesz, że wszystkie podobne określenia różnią się jedne od drugich, i rozumiész, w jaki sposób się różnią?
E. Zdaje mi się, że rozumiém.
S. Jest zatém także »kochane, « a różne od niego jest »kochające? «
E. Oczywiście.
S. Powiédzże mi zatém, czy coś niesionego, dlatego że się je niesie, »niesione« jest, czy dla czego innego?
E. Nie dla czego innego, ale dlatego, że się je niesie.
S. Również »prowadzone« dlatego, że się je prowadzi, i »widziane« dlatego, że się je widzi?
E. Tak jest.
S. Nie dlatego zatém, że coś widziane jest, widzi się je, ale odwrotnie, dlatego że się je widzi, widziane jest; i nie dlatego że coś prowadzone jest, prowadzi się je, ale dlatego, że się je prowadzi, prowadzone jest; i nie dlatego, że coś niesione jest, niesie się je, ale dlatego że się je niesie, niesione jest. Czy ci więc jasno, Eutyfronie, co chcę powiedzieć chcę wyrazić to, że jeżeli coś powstaje, albo doznaje czegoś cokolwiek, to nie dlatego, że powstające jest, powstaje, ale dlatego że powstaje, powstające jest; i nie dlatego że doznające jest, doznaje czegoś, ale dlatego że doznaje czegoś, doznające jest. Czy nie zgadzasz się na to?
E. Zgadzam.
S. A czyż to, co kochane jest, nie jest jedno z tego dwojga: albo czémś powstającém, albo doznającém czegoś od kogo?
E. Niezawodnie.
S. Więc i z niém tak będzie, jak z określeniami poprzedniemi: nie dlatego że miłowane jest, miłuje je ktoś, co je miłuje, ale dlatego że się je miłuje, miłowane jest.
E. Koniecznie tak być musi.
S. A cóż mówimy o bogobojném, Eutyfronie? czy nie jest ono miłowane przez bogów wszystkich według słów twoich?
E. Tak jest.
S. A czy dlatego, ze bogobojném jest, czy dla czego innego?
E. Nie dla czego innego — owszem dlatego.
S. Dlatego zatém, że bogobojném jest, miłowane jest przez bogów, a nie dlatego że miłowane jest, jest bogobojném?
E. Rzecz jasna.
S. Ale to co bogom miłe, jest miłe im dlatego, ponieważ miłowane jest przez nich?
E. Bez wątpienia.
S. A zatém to, co bogom miłe, nie to samo jest, co bogobojne, ani bogobojne nie to samo, co bogom miłe, wedle słów twoich, ale jedno od drugiego rożne jest.
E. Jakto, Sokratesie?
S. Ponieważ przyznajemy, że bogobojne dlatego, że bogobojném jest, jest miłowane, a nie dlatego że jest miłowane, bogobojném jest — czy nie?
E. Tak jest.
S. A to przecież co bogom miłe, właśnie dlatego bogom miłe jest, że jest przez nich miłowane, a nie dlatego że bogom miłe jest, jest miłowane.
E. To prawda.
S. A gdyby, Eutyfronie kochany, to co bogom miłe, to samo było, co bogobojne, to ponieważ bogobojne miłowane jest dlatego, że bogobojne, musiałoby być i to co bogom miłe, miłowane dlatego, że jest bogom miłe; a ponieważ to co bogom miłe, jest im miłe dlatego że jest miłowane, musiałoby i bogobojne bogobojném być dlatego że jest miłowane: tymczasem widzisz, że to odwrotnie jest i jedno od drugiego zupełnie jest różne: jedno bowiem godne jest miłości dlatego że się je miłuje, a drugie dlatego się miłuje, że jest godne miłości. I ty, Eutyfronie, zapytany, czém bogobojne jest, nie masz podobno chęci odsłonić mi jego istoty, a natomiast własność mi jego jakąś wymieniasz, jaką ono posiada, tj. własność tę, że miłowane jest przez bogów wszystkich — ale czém ono jest, tegoś mi jeszcze nie powiedział. Więc jeżeliś łaskaw, nie ukrywaj tego przedemną, ale jeszcze raz na nowo mi powiédz, czém jest bogobojne, bez względu, czy ono miłowane jest przez bogów, czy inną jakąkolwiek posiada własność: bo o to sprzeczać się nie będziemy. Więc powiédzże mi z dobrą wolą, czém jest bogobojne, a czém bezbożne?
E. Ależ, Sokratesie, ja nie wiém, w jaki sposób mam ci powiedzieć, co myślę — bo jakoś zawsze porusza się nam wszystko, co sobie założymy, i nie chce pozostać tam, gdzieśmy je umieścili.
S. Twoje wyrzeczenia, Eutyfronie, wydają się dziełami przodka mojego, Dedala[6]. I gdybym ja je wypowiadał i układał, możebyś żartował ze mnie, że to dla mego z nim pokrewieństwa uciekają mi dzieła słów moich i nie chcą pozostać w miejscu, gdzie się je ułoży: obecnie jednak założenia te twojém są dziełem — innego zatém jakiegoś żartu na to potrzeba — bo one tobie nie chcą dotrzymywać placu, jakto i sam postrzegasz.
E. A ja sądzę, Sokratesie, że te wyrzeczenia właśnie na ten sam żart pozwalają: bo owę ruchomość i pierzchanie z miejsca nie ja w nich sprawiam, ale ty mi się wydajesz Dedalem owym — wszakże, ile odemnie zależy, pozostałyby tak jak są.
S. Doszedłem więc, mój drogi, do większéj jeszcze biegłości w swojéj sztuce od niego o tyle, że on tworzył swoje jedynie dzieła tak, iż nie pozostawały na miejscu — a ja i z cudzemi tak sobie postąpić potrafię. I jestto zaprawdę w sztuce mojéj najzabawniejsze, że mistrzem jestem mimowolnie! A przecież — wolałbym raczéj, aby mi słowa pozostawały w miejscu, niż abym obok mądrości Dedala Tantalowe skarby[7] posiadał.
E. Ale dosyć o tém. I ponieważ ociężałym mi się wydajesz, sam ci z gotowością wskażę drogę, jak mógłbyś mię pouczyć o tém, co bogobojne. Pamiętaj tylko, abyś się nie utrudził zawcześnie. Otóż zastanów się, czy ci się to nie wydaje koniecznością, aby wszystko bogobojne było sprawiedliwém?
E. Tak jest.
S. A czy i wszystko sprawiedliwe bogobojném jest, czy téż wszystko bogobojne sprawiedliwém jest wprawdzie, ale nie wszystko sprawiedliwe bogobojném, lecz część jego jedna bogobojną jest, a inna znowu czém inném?
E. Nie pojmuję dobrze, co mówisz, Sokratesie.
S. A przecież niemniéj jesteś odemnie młodszy, jak mądrzejszy! Jednakże, jak mówię, tyś ociężał pod brzemieniem mądrości: więc zbierz siły, mój drogi, bo to wcale nie trudne do pojęcia, co mówię — a mówię coś wprost przeciwnego poecie, który powiada: »A Zeusa stwórcy, który zdziałał to wszystko, wymienić nie chcesz: bo gdzie bojaźń, tam i szacunek. « Otóż ja różnię się w tém z poetą — czy mam ci powiedzieć, w jaki sposób?
E. I owszem.
S. Nie zdaje mi się, żeby tam gdzie jest bojaźń, był i szacunek. Sądzę mianowicie, że wiele ludzi lękając się chorób i ubóstwa i licznych tym podobnych rzeczy, boją się ich wprawdzie, ale nie czują szacunku wobec żadnego z tych nieszczęść, których się obawiają. A ty czy inaczéj myślisz?
E. Także tak.
S. Utrzymuję jednak, że gdzie szacunek jest, tam jest i bojaźń. Bo czyż jest kto, coby czując cześć i szacunek dla czegokolwiek, nie był zarazem w obawie i nie lękał się ściągnąć na siebie zarzutu nieuszanowania przez złość swoję?
E. Lęka się rzeczywiście.
S. A zatém niedobrze jest mówić: »bo gdzie bojaźń, tam i szacunek. « ale: gdzie szacunek, tam jest i bojaźń; nie wszędzie przecież jest szacunek, gdzie jest bojaźń, bo zdaniem mojém daléj sięga bojaźń, niż szacunek, gdyż szacunek częścią jest bojaźni, podobnie jak są liczb częścią liczby nieparzyste, tak że nie wszędzie, gdzie jest liczba, znajdzie się i liczba nieparzysta, kiedy przeciwnie, gdzie liczba nieparzysta jest, tam także znajdzie się i liczba. Czy więc rozumiész mnie teraz?
E. Bardzo dobrze.
S. Otóż o coś podobnego pytałem się i poprzednio: czy tam, gdzie jest sprawiedliwe, jest także i bogobojne; czy téż, gdzie bogobojne, i sprawiedliwe tam jest wprawdzie, ale gdzie sprawiedliwe, tam nie wszędzie jest bogobojne — bo bogobojne częścią jest sprawiedliwego. Czy tak mamy mówić, czy inne twoje zdanie?
E. Nie inne — takie — i zdaje mi się, że tak prawda jest.
S. Zastanów się więc nad następstwem stąd wypływającém: bo jeżeli bogobojne częścią jest sprawiedliwego, trzeba nam oczywiście wyśledzić, jakąto częścią jego byłoby bogobojne. Gdybyś się mnie zapytał zatém o jednę z wymienionych co dopiero rzeczy, jaką np. częścią liczb są liczby parzyste, i co to są za liczby, odpowiedziałbym ci, że to liczby, co nie kuleją, ale są równoczłonkowe — czy nie tak?
E. Tak jest.
S. Starajże się przeto i ty mi wyjaśnić, jakąto częścią sprawiedliwego jest bogobojne, w celu upomnienia Meleta z mojéj strony, aby mię więcéj nie krzywdził i nie oskarżał o bezbożność, skorom się już dokładnie od ciebie nauczył, co pobożne i bogobojne, a co nie.
E. Ta zatém część sprawiedliwego, Sokratesie, wydaje mi się mieścić w sobie pobożne i bogobojne, która dotyczy starania odnoszącego się do bogów; staranie zaś odnoszące się do ludzi obejmuje pozostałą część sprawiedliwego.
S. Pięknem w istocie wydaje mi się zdanie twoje — o jednę tylko rozchodzi mi się drobnostkę: nie rozumiém jeszcze, co ty nazywasz staraniem; bo przecież nie mówisz o takiém staraniu się o bogów, o jakiém mówi się ze względu na inne rzeczy. Powiadamy np., że nie każdy umié starać się o konie, ale taki tylko, który się temu z zawodu poświęca — czy nie?
E. Tak jest.
S. Bo hippika jest sztuką starania się o konie?
E. Tak.
S. I nie każdy także umié starać się o psy, ale tylko człowiek z zawodu temu oddany?
E. Tak jest.
S. Bo cynegetyka jest sztuką starania się o psy?
E. Tak.
S. A boelatyka sztuką starania się o bydło rogate?
E. Nie inaczéj.
S. A bogobojność i pobożność, Eutyfronie, czy jest sztuką starania się o bogów? czy tak sądzisz?
E. Tak.
S. Czy zatém staranie wszelkie nie zmierza do tego samego celu, mianowicie do dobra jakiegoś i korzyści dlatego, o co się staramy, jakto widzisz np., że konie, o które staramy się według zasad hippiki, korzyści doznają i stają się lepszymi — czy nie sądzisz tak o tém?
E. Tak myślę.
S. I również będzie ze psami chowanymi na zasadach cynegetyki i z bydłem hodowaném na zasadach boelatyki i ze wszystkiém podobnież. Czy może sądzisz, że staranie wychodzi na szkodę temu, o co się staramy?
E. Bynajmniéj, na Zeusa!
S. Więc na korzyść?
E. Jakieżby inaczéj!
S. Czy zatém i bogobojność, jako staranie o bogów, przynosi korzyść jaką bogom i czyni ich lepszymi? I tybyś przyznał to, że kiedy bogobojnego co czynisz, czynisz przez to lepszym którego z bogów?
E. To nie — na Zeusa!
S. I ja téż nie myślę, Eutyfronie, że to tak pojmujesz — bynajmniéj! — i właśnie dlatego zapytałem się, jak rozumiész staranie o bogów, ponieważ nie przypuszczałem, iżbyś o takiém mówił staraniu.
E. I słusznie, Sokratesie, bo nie mówię o takiém.
S. To dobrze — ale jakiémże staraniem odnoszącém się do bogów będzie bobogojność?
E. Takiém, Sokratesie, jakie mają niewolnicy u swoich panów.
S. Rozumiém — byłby to, jak się zdaje, jakiś rodzaj służenia i posłuszeństwa bogom.
E. Tak właśnie.
S. Czybyś mi zatém nie mógł powiedzieć, do jakiegoto celu zmierza posłuszeństwo lekarzom? czy nie do przywrócenia zdrowia?
E. Tak jest.
S. A cóż? posłuszeństwo cieślom okrętowym co ma na celu?
E. Oczywiście zbudowanie okrętu.
S. A posłuszeństwo budowniczym zbudowanie domu?
E. Tak jest.
S. Więc powiédzże mi, mój drogi, co ma na celu służba i posłuszeństwo bogom? bo rzecz jasna, że ty to wiész, skoro utrzymujesz, że sprawy boskie są ci najlepiéj znane wśród ludzi.
E. I utrzymuję prawdę, Sokratesie.
S. Powiédzże mi zatém, zaklinam cię na Zeusa, jakieżto jest owo najpiękniejsze dzieło, którego dokonywają bogowie, nami się posługując?
E. Rzeczy to różne i piękne, Sokratesie!
S. Toż i o wodzach tak powiedzieć można, mój drogi! główny jednak czyn ich z łatwością wymienisz, leżeli powiész, że dokonywają zwycięstwa na wojnie — czy nie?
E. Bez wątpienia.
S. Wielu także rzeczy pięknych dokonywają rolnicy, ale głównym ich czynem jest wydobycie żywności z ziemi.
E. Niezawodnie.
S. A jakże będzie? z pomiędzy tych wielu pięknych rzeczy dokonywanych przez bogów, cóż jest głównym ich czynem?
E. Właśnie téż co dopiero powiedziałem ci, Sokratesie, że to sprawa dłuższa, dokładnie cię o tém wszystkiém pouczyć, jak to jest: tyle jednak mówię ci po prostu, że jeżeli kto umié mówić i pełnić rzeczy bogom przyjemne w modlitwach i w ofiarach, rzeczy takie są bogobojne i oneto utrzymują domy prywatne i państwa całe; rzeczy zaś tym przeciwne, są bezbożne i wywracają wszystko i gubią.
S. O wiele krócéj byłbyś mógł, Eutyfronie, wyrazić rzecz główną w tém, o co się pytałem, gdybyś miał do tego ochotę — ale ty widocznie nie masz chęci mię uczyć: wszakże i teraz będąc już u samego celu, zboczyłeś — i gdybyś mi był podał odpowiédź tak blisko leżącą, byłbym się już dowiedział od ciebie, czém jest bogobojność. Teraz rzecz stracona: bo pytający musi stósować się do zapytanego, dokąd on rzecz swoję prowadzi. Więc jeszcze raz pytam się: co mienisz bogobojném i bogobojnością? czy nie wiedzę pewną składania ofiar i modłów?
E. Tak jest.
S. Czy zatém składanie ofiar nie jest składaniem bogom darów, a modlitwa prośbą zanoszoną do nich?
E. Tak właśnie, Sokratesie.
S. Według tego zatém byłaby bogobojność wiedzą błagania bogów i obdarzania ich?
E. Pojąłeś bardzo dobrze, com powiedział.
S. Bo jestem, mój drogi wielbicielem twojéj mądrości i zwracam na nią pilnie uwagę, tak że cokolwiek powiész, nie upadnie na ziemię! — Mówisz zatém, że staranie względem bogów polega na błaganiu ich i obdarzaniu?
E. Tak.
S. A czy błaganie owo nie wtenczas będzie stósowne, kiedy błagamy ich o to, czego potrzebujemy?
E. Jakżeby mogło być inaczéj!
S. I również obdarzanie ich wtenczas będzie stósowne, kiedy ich obdarzamy znowu tém, czego oni od nas potrzebują właśnie? — bo byłoby to przecież dowodem nieznajomości rzeczy, dawać komuś to, czego wcale nie potrzebuje!
E. Prawdę mówisz, Sokratesie.
S. Więc bogobojność byłaby, Eutyfronie, pewnego rodzaju sztuką przemysłową w stósunkach między bogami i ludźmi?
E. Jeżeli ci się podoba tak ją nazywać — niech będzie.
S. Ależ ja wcale nie mówię, że mi się tak podoba — wyjąwszy jeżeli to prawda. A powiédz mi, co za korzyść mają bogowie z darów, które otrzymują od nas? — bo jakie są ich dobrodziejstwa, to wiadomo każdemu: wszakże żadnego nie posiadamy dobra, któregoby oni nam nie dali. Ale to, co otrzymują od nas, w czémże przynosi im korzyść? A może my tak bardzo w porównaniu z nimi zyskujemy na tym przemyśle, ze od nich otrzymujemy wszelakie dobra, ale oni od nas żadnego?
E. A czy sądzisz, Sokratesie, że bogowie korzyści jakie odnoszą z darów odbieranych od nas?
S. Cóżby więc za znaczenie miało, Eutyfronie, składanie ich bogom?
E. Jakież inne nad uczczenie i hołd i, jak właśnie mówiłem, sprawienie im przyjemności!
S. Więc przyjemném czémś, Eutyfronie, jest bogobojne, ale nie korzystném dla nich i nie pożądaném?
E. A ja sądzę, że czémś ze wszystkiego najpożądańszém.
S. Więc, jak się pokazuje znowu, to co pożądane jest bogom, bogobojne jest?
E. Z całą pewnością.
S. Czy będziesz zatém, wypowiadając słowa takie, dziwił się, jeżeli się okażą wyrzeczenia twoje nie pozostającemi w miejscu, ale chodzącemi, i czyż mnie będziesz obwiniał, żem Dedalem sprawiającym to ich poruszanie się, skoro ty sam jesteś większym nawet od Dedala mistrzem i sprawiasz, że one jeszcze i kołem się kręcą? A może nie uważasz tego, że wywód nasz obszedłszy do koła na tém samém miejscu znowu stanął? Przecież przypominasz, sobie, że bogobojne i bogom miłe nie okazało nam się tém samém, ale jedno od drugiego różném — nie pamiętasz?
E. Pamiętam.
S. A nie miarkujesz teraz, co mówisz, że bogobojne jest to, co bogom jest pożądane? A czy »pożądane« bogom różne jest od »miłego« bogom, czy nie?
E. To to samo.
S. Albo zatém poprzednio zgodziliśmy się na nieprawdę, albo jeżeli nie, to teraz nieprawdę wypowiadamy.
E. Zdaje się.
S. Musimy przeto od początku znowu zacząć badanie, czém jest bogobojne: bo ja nie odstąpię przez małoduszność, dopóki się o tém nie dowiém. Nie lekceważ mnie tylko, ale jak potrafisz, najlepiéj, zbierz myśli i powiédz mi teraz prawdę, którą znasz lepiéj niż ktokolwiek inny. I jak Proteusa[8] nie trzeba cię z rąk puszczać, aż powiész. Wszakże gdybyś nie wiedział dokładnie, co bogobojne a co bezbożne, nie byłbyś się odważył zapozywać o zabójstwo męża wiekowego, twojego ojca, stając w obronie wyrobnika, ale i wobec bogów obawiałbyś się narażać na takie niebezpieczeństwo, że postąpisz niesprawiedliwie, i byłbyś się wstydził również przed ludźmi. Obecnie jednak głęboko jestem przekonany, że jak mówisz, dokładnie wiész, co bogobojne a co nie. Więc mów, kochany Eutyfronie, i nie ukrywaj tajemnie, co przez to rozumiész!
E. To kiedy indziéj, Sokratesie, bo teraz, spieszę się w pewne miejsce i czas mi już odejść.
S. Co czynisz, mój drogi! odchodzisz, odebrawszy mi wielką nadzieję, jaką żywiłem, że się nauczę od ciebie, co bogobojne a co nie, i nietylko od oskarżenia ze strony Meleta uwolnię się, udowodniwszy mu, że już od Eutyfrona nabyłem mądrości w sprawach boskich i nie wygaduję już z głupoty niedorzeczności, ani nie jestem w rzeczach tych nowatorem, ale że także i resztę życia lepiéj przepędzę!


Przypisy

  1. Eutyfron skąd inąd mało znany, trudnił się wieszczbiarstwem; przypisywał sobie bardzo rozległe wiadomości w rzeczach religijnych i dumny był z tego. Wróżby jego jednak mało sobie spółcześni cenili; a że zakres jego myśli nie bardzo sięgał daleko, narażał się często na śmiech, zwłaszcza, że i postępki jego zdradzały w nim dziwaka. Sokratesowi okazywał szczerą życzliwość i przywiązanie.
  2. Likejon (lyceum), zabudowanie przeznaczone na ćwiczenia gimnastyczne dla młodzieży poza obrębem miasta.
  3. Miejsce urzędowania drugiego z kolei archonta w Atenach, nazywanego archontem — królem. We wszystkich przekroczeniach religijnych i w sprawach zabójstwa on przyjmował skargi i przewodniczył procesom.
  4. Exegeci bylito tlómacze wyjaśniający w wątpliwych wypadkach ustawy religijne. Między innemi zajęciami było obowiązkiem ich starać się o oczyszczenie ludzi splamionych morderstwem.
  5. Uroczystość »panateneów wielkich« obchodzono w trzecim roku każdéj olimpiady przez cztéry dni. Na zamku Ateńskim (akropolis) umieszczony był posąg bogini »Ateny Polias, « odziany bogato wyrabianą szatą, dziełem dziewic Ateńskich, i zmieniano ją na nową przy każdéj takiéj uroczystości. Wśród procesyi, rozpięta niby żagiel na okręcie ruchomym, umyślnie w tym celu zbudowanym, posuwała się zwolna ku zamkowi, tak że się każdy przypatrzyć mógł wrobionym w nią obrazom walk, w jakich według podania miała brać udział ta bogini.
  6. Dedalos uchodził za największego mistrza czasów mitycznych. Posągi, które przed jego czasami wykonywano, miały oczy zamknięte, ręce przylegające do boków, i żadnego nie zdradzały ruchu: on dopiero otwarte dał im oczy, wolny ruch rąk wyraził i wlał w nie tém samém życie. Stąd mówiono o nim, że ruchome i żywe tworzył posągi. — Sokrates nazywa siebie żartobliwie potomkiem Dedala, bo jego ojciec, Sofroniskos, rzeźbiarzem był a i on sam trudnił się zrazu rzeźbiarstwem.
  7. Skarby Tantala, króla Frygijskiego, poszły w przysłowie dla wielkiéj swojéj wartości.
  8. Proteus, bóg morski, mieszkał według podania obok wyspy Pharos przy Egipcie. Posiadał dar wieszczenia, ale przepowiadał tylko wtenczas, kiedy do tego zmuszony został; przychwycony najrozmaitsze przybierał kształty, aby się tylko wymknąć z rąk pytającemu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Platon i tłumacza: Stanisław Siedlecki.