Emisarjusz/XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Emisarjusz
Wydawca Biblioteka Domu Polskiego
Data wydania 1925
Druk Drukarnia P. K. O.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



∗             ∗

W kilka dni po odjeździe podsędka z córką, nadeszły rozkazy z Kijowa, i wśród największej tajemnicy nazajutrz postanowiono wywieść Pawła. Wóz, kajdany, straż, żandarmi, wszystko było w gotowości, gdy wśród największego spokoju niczem nie zamąconego... jak piorun gruchnęła wieść, że ów więzień, emisarjusz, strzeżony jak oko w głowie przez cały oddział żołnierzy, w biały dzień niepojętym sposobem zniknął.
Mówiliśmy już, że w osobnym umyślnie na ten cel najętym dworku, nieopodal od lazaretu był umieszczony; domek ten drewniany na podmurowaniu składał się z sieni na przestrzał, z izby, w której część straży odpoczywała, i jednej izdebki przeznaczonej dla więźnia. Okna jej były pozabijane deskami, obwarowane zewnątrz kratą; oprócz tego jeden żołnierz w sieni przechadzał się ciągle pode drzwiami, dwóch z karabinami stało na warcie pod zabitemi oknami.
W wigilję tego dnia chory był jeszcze w łóżku, nie wstawał nawet; wieczorem felczer opatrywał niedogojoną ranę na biodrach, bo piersi oddawna się zamknęły i zabliźniły. Co dziwniej, ranna jeszcze wizyta doktora i felczera odbyła się na zwykły sposób... więzień nie powinien był wiedzieć, że wieczorem wywieść go miano. Od godziny dziewiątej rano do pierwszej nikt zwykle nie wchodził do niego, ale straż na chwilę drzwi nie spuściła z oka... a te były na klucz zamknięte. Najmniejszego szmeru wewnątrz słychać nie było. Gdy o godzinie obiadowej żołnierz wedle zwyczaju, otworzywszy drzwi przy feldfeblu wszedł przynosząc jedzenie, z początku oczom swoim uwierzyć nie chciał nie spostrzegłszy więźnia w izbie... i łóżko puste. Osłupiały wyszedł spytać tego, co stał na straży, czy go nie wywieziono... żołnierz myślał, że sobie z niego żartują.
Oba z feldfeblem zajrzeli raz jeszcze... w izbie było pusto... nikogo...
Łóżko stało porozrzucane nieco, ale w miejscu... chory znikł... Pułap i podłoga były nietknięte.
Dla pospolitych ludzi wydało się to czarodziejstwem! dla innych nierozwikłaną tajemnicą. W pół godziny na dany znak trwogi, co było osób mogących odpowiadać za tę ucieczkę, zbiegło się w przerażeniu i największej rozpaczy do dworku. Wszyscy osłupieli... na chwilę już naradzano się, czy go nie podać za umarłego, ale rzecz nazbyt była głośną.
Faktem było, że lekarz i chirurg widzieli go, mówili z nim jeszcze z rana, że drzwi były jak najhermetyczniej zaryglowane, wszystko w porządku... tylko tego więźnia brakło...
Jak? którędy mógł się tak ulotnić? to przechodziło ludzkie pojęcie...
Moskale przysięgali, że to być musiał charakternik (to jest czarnoksiężnik), ale wyżsi urzędnicy, niemogący przypuścić cudu, posądzali się wzajemnie o zdradę, o przekupstwo.
Na ślad wszakże trafić było niepodobieństwem. Końce poszły w wodę — mówili po cichu Moskale.
Komisja po komisji zjeżdżała do dworku ostawionego gęstą strażą, wystukiwano ściany, zrywano podłogi, opatrywano kąty i nic nie zrobiwszy każda z nich odchodziła wątpiąc o własnym rozumie.
Chyba go kto wyprowadził? — szeptano — ale kiedy? jak?
Lekarz, felczer, żołnierze, wszystko było uwięzione, badane, nadaremnie.
Każdy nowo-komenderowany urzędnik jadąc śmiał się z nieudolności poprzedników, szydził, poprzysięgał, że odkryć musi tajemnicę... a potem wracał z długim nosem, klnąc polskie intrygi i przebiegłość buntowników i tajemnicze spiski, do których wszyscy należeć musieli, niewyjmując urzędu.
Gdy tak z kolei pięć komisji cywilnych, wojskowych, żandarmskich, sekretnych zbadało ten nieszczęśliwy grunt — a w górze, gdzie oczekiwano na emisarjusza, gniew wzrastał nadzwyczajnie, odkomenderowany został nareszcie z Petersburga od szefa żandarmów, skromny bardzo i niepozorny ajent, Niemiec, nazywający się po prostu Piotr Schmalz... Był rodem z Berlina, ale dawno już służył w Rosji. Słynął on z rozwiązywania węzłów gordyjskich.
Mądrości tej Schmalza nikt by się był nie domyślił z zewnętrznej jego postaci; wyglądał na tuzinkowego Niemca, któremu dobre piwo nie jest obojętnem; miał nawet minę zaspaną, i atrybut dla policjanta niepotrzebny a nawet zawadzający — brzuch okrągły i wystający. Zresztą milczał i fajkę palił.
Schmalz dosłużył się w różnych misjach krajowych i zagranicznych rangi kolegialnego radcy — nie bagatela! — a w dziurce od guzika nosił cały bunt wstążeczek.
Jak go miejscowa policja przyjęła domyśleć się łatwo: przybywał ze stolicy! Ale w duchu i po za oczyma śmiano się z niego mówiąc sobie po cichu: co on tu wytropi, kiedy rozumniejsi od niego nic znaleźć nie potrafili?
Pierwszego dnia Schmalz fajkę palił i protokoły swych poprzedników odczytywał przez okulary... drugiego dnia poszedł się przespacerować po miasteczku, a trzeciego nic nie robił, ziewał, narzekając, że piwa dobrego nie było. Czwartego wybrał się do dworku; poszedł za nim policmajster i dosyć gawiedzi urzędniczej. Schmalz wszedłszy do izdebki popatrzył, nałożył sobie fajkę, potem siadł na łóżku i palił ją w milczeniu, póki dobrze się nie rozpaliła.
Paramin stał w progu z miną pełną współczucia dla frasunku tak znakomitej reputacji człowieka, który miał zdobytą latami sławę stracić w tak małem miasteczku... Nagle Niemiec podniósł głowę, uśmiechnął się i ręką ku sobie przywołał policmajstra.
— Proszę waćpan kazać tu przywołać kilku ludzi z motykami i siekierami.
Policmajster ukrywając uśmiech szyderski, i ruszywszy ramionami nieznacznie, pospieszył rozkaz wykonać.
Nie rychło zdobyto na sąsiadach motyki i pozabierano w chatach siekiery. Trzech inwalidów stało u progu w gotowości.
Schmalz naówczas powoli wstał, fajkę wystrząsł i rozkazał naprzód łóżko odstawić.
Pod niem była podłoga taka, jak w całej izdebce, zaczęto ją odrywać... gdy nagle jeden z dylów za słabem dotknięciem podniósł się, gdyż wcale nie był przymocowanym.
Policmajster pobladł.
Dyl ten tak lekko położony pokrywał otwór głęboki, ciemny, dziurę przebitą w starem grubem sklepieniu. Schmalz wskazał ręką policmajstrowi, który już i samo to zmiarkował, że tędy więzień spuścić się musiał, dla niepoznaki położywszy znów za sobą owe drewno ruchome.
Moskale w niezmiernem byli podziwieniu nad domyślnością i sprytem flegmatycznego Niemca, który posłał zaraz po drabiny, aby loch ów opatrzyć.
Zblizka wejrzawszy weń znaleziono mocny drąg, na którem sznur skręcony z prześcieradeł był przywieszony. Po nim to więzień spuszczać się musiał.
Policmajster i żołnierze wstawili powiązane drabiny do lochu, jeden z inwalidów zeszedł naprzód próbując mocy z latarką, a za nim puścił się Schmalz i rad nie rad Paramin.
Pod domkiem znalazła się stara piwnica, dalej loszek, a od niego długa szyja sklepiona wiodła w bok o kilkadziesiąt kroków. Ciągnęła się ona znać i dalej, ale była świeżo i umyślnie rumowiskiem zarzucona na parę łokci, tak ażeby chcąc iść dalej, musiano ją mozolnie oczyszczać. Po odrzuceniu cegieł, ziemi i kamieni poszli dalej już nie murowanym kurytarzem, ale w glinie wybitem przejściem na kształt rzymskich katakumb lub kijowskich pieczar.
Niemiec, który na wszystko zwracał uwagę, na pyłem okrytej ziemi odkrył ślady wyraźne stóp ludzkich, i doszedł bacznie im się przypatrując z latarką, że szedł jeden tylko ślad ku piwnicy pod dworek, a napowrót były stopy dwóch ludzi widoczne. Stopa pierwszego zgadzała się z wyciskiem w przeciwnym kierunku idącym, drugiego zaś była znacznie mniejsza i kształtniejsza.
W pewnej odległości pieczara znowu się znalazła zawaloną suchemi kamieniami, które mozolnie rozrzucać było potrzeba. Szli w różnych kierunkach błąkając się w prawo i lewo, ale Niemiec śledził stopy i niemi się kierował. Po bokach często dosyć natrafiali mocno i oddawna zamurowane drzwi, zapewne do innych lochów prowadzące. Na ostatek po dość długiej tej wędrówce niewygodnej, a dla żołnierzy strasznej, napłoszywszy nietoperzy i szczurów mnóstwo, spostrzegli słabe światełko dzienne, przedzierające się z za gęsto splecionych gałęzi.
Był to otwór o łokci pięć w górze umieszczony, który jak się ze zbadania okazało, wychodził ponad brzeg rzeki Styru... na pustkowiu za miastem.
Na tem musiało skończyć się to śledztwo, przekonaniem jak najmocniejszem, że więzień uszedł skrytemi lochami pod domkiem, ale kto mu je wskazał i przeprowadził go, tego badanie najściślejsze odkryć nie potrafiło. Spólnicy ucieczki pozostali nieodgadnięci.
Chciano rzucić podejrzenie na tych, którzy dworek wyznaczyli dla więźnia, ale ci łatwo się oczyścili z zarzutów jako niemiejscowi i nie mogący wcale znać tajemnic tych podziemi, o których nawet policja miejska nie miała dotąd wiadomości.
Z ucieczką Pawła Zeńczewskiego wiele rzeczy dawało się jakoś łatwiej ukończyć, bo zrzucano na niego co kto chciał. Wszakże głównie obwiniony Załowicki, mimo starań rodziny skazanym został na wywiezienie do Irkucka, Rabczyński na rok w twierdzy, a podsędek na mieszkanie przez czas nieograniczony w Orenburgu.
O Pawle od tej pory nikt więcej ani słyszał ani wiedział, znikł jak w wodę wpadł.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.