Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Emisarjusz.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Policmajster ukrywając uśmiech szyderski, i ruszywszy ramionami nieznacznie, pospieszył rozkaz wykonać.
Nie rychło zdobyto na sąsiadach motyki i pozabierano w chatach siekiery. Trzech inwalidów stało u progu w gotowości.
Schmalz naówczas powoli wstał, fajkę wystrząsł i rozkazał naprzód łóżko odstawić.
Pod niem była podłoga taka, jak w całej izdebce, zaczęto ją odrywać... gdy nagle jeden z dylów za słabem dotknięciem podniósł się, gdyż wcale nie był przymocowanym.
Policmajster pobladł.
Dyl ten tak lekko położony pokrywał otwór głęboki, ciemny, dziurę przebitą w starem grubem sklepieniu. Schmalz wskazał ręką policmajstrowi, który już i samo to zmiarkował, że tędy więzień spuścić się musiał, dla niepoznaki położywszy znów za sobą owe drewno ruchome.
Moskale w niezmiernem byli podziwieniu nad domyślnością i sprytem flegmatycznego Niemca, który posłał zaraz po drabiny, aby loch ów opatrzyć.
Zblizka wejrzawszy weń znaleziono mocny drąg, na którem sznur skręcony z prześcieradeł był przywieszony. Po nim to więzień spuszczać się musiał.
Policmajster i żołnierze wstawili powiązane drabiny do lochu, jeden z inwalidów zeszedł naprzód próbując mocy z latarką, a za nim puścił się Schmalz i rad nie rad Paramin.
Pod domkiem znalazła się stara piwnica, dalej loszek, a od niego długa szyja sklepiona wiodła w bok o kilkadziesiąt kroków. Ciągnęła się ona znać i dalej, ale była świeżo i umyślnie rumowiskiem zarzucona na parę łokci, tak ażeby chcąc iść dalej, musiano ją mozolnie oczyszczać. Po odrzuceniu cegieł, ziemi i kamieni poszli dalej już nie murowanym kuryta-