Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Emisarjusz.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rzem, ale w glinie wybitem przejściem na kształt rzymskich katakumb lub kijowskich pieczar.
Niemiec, który na wszystko zwracał uwagę, na pyłem okrytej ziemi odkrył ślady wyraźne stóp ludzkich, i doszedł bacznie im się przypatrując z latarką, że szedł jeden tylko ślad ku piwnicy pod dworek, a napowrót były stopy dwóch ludzi widoczne. Stopa pierwszego zgadzała się z wyciskiem w przeciwnym kierunku idącym, drugiego zaś była znacznie mniejsza i kształtniejsza.
W pewnej odległości pieczara znowu się znalazła zawaloną suchemi kamieniami, które mozolnie rozrzucać było potrzeba. Szli w różnych kierunkach błąkając się w prawo i lewo, ale Niemiec śledził stopy i niemi się kierował. Po bokach często dosyć natrafiali mocno i oddawna zamurowane drzwi, zapewne do innych lochów prowadzące. Na ostatek po dość długiej tej wędrówce niewygodnej, a dla żołnierzy strasznej, napłoszywszy nietoperzy i szczurów mnóstwo, spostrzegli słabe światełko dzienne, przedzierające się z za gęsto splecionych gałęzi.
Był to otwór o łokci pięć w górze umieszczony, który jak się ze zbadania okazało, wychodził ponad brzeg rzeki Styru... na pustkowiu za miastem.
Na tem musiało skończyć się to śledztwo, przekonaniem jak najmocniejszem, że więzień uszedł skrytemi lochami pod domkiem, ale kto mu je wskazał i przeprowadził go, tego badania najściślejsze odkryć nie potrafiło. Spólnicy ucieczki pozostali nieodgadnięci.
Chciano rzucić podejrzenie na tych, którzy dworek wyznaczyli dla więźnia, ale ci łatwo się oczyścili z zarzutów jako niemiejscowi i nie mogący wcale znać tajemnic tych podziemi, o których nawet policja miejska nie miała dotąd wiadomości.
Z ucieczką Pawła Zeńczewskiego wiele rzeczy dawało się jakoś łatwiej ukończyć, bo zrzucano na