Emisarjusz/XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Emisarjusz
Wydawca Biblioteka Domu Polskiego
Data wydania 1925
Druk Drukarnia P. K. O.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



∗             ∗

W rok po opisanych wypadkach pan podsędek Jagłowski, uzyskawszy bardzo pochlebne świadectwo od władzy miejscowej (grywał w wista z gubernatorem), potem urzędowy atestat o nader złym stanie zdrowia, za szczególną łaską monarszą powrócony został na mieszkanie do Radziszewa pod najściślejszym (naturalnie) nadzorem policyjnym. Znaczyło to, że się nieograniczenie policji opłacać musiał. Skołatane wypadkami temi zdrowie i tu w pośród świeżego, wiejskiego powietrza poprawić się nie chciało. Podsędek posmutniał, postarzał, bolał, skarżył się, pojechał do Kijowa, siedział tam miesiąc i dostał znowu urzędowe świadectwo zarządu lekarskiego (wraczebnij uprawy), iż pod karą śmierci należało mu szukać łagodniejszego klimatu.
Ponieważ gospodarstwem i interesami zajmować się nie mógł, a trafiał się właśnie kupiec na Radziszew, dobry, stary, przyjaciel podsędka, pan Trzaskowski, sprzedane więc zostało stare, odwieczne, pradziadowskie mienie w obce ręce...
Dopóki sprzedaż ta przedstawiała się jako interes pieniężny, pan Jagłowski nie zdawał się cierpieć wiele, ale gdy dopełniwszy formalności przyszło pożegnać kąty te, na których rodzicielskich stóp ślady wyryte były, gdzie się rodziło, dzieckiem bawiło, żyło, bolało, oblało łzami i obłogosławiło szczęściem, okrutny żal ścisnął serce. Podsędek, ciocia, nawet najweselsza dotąd panna Celina chodziła ze łzami w oczach, nie mogąc się rozstać z błogosławionej przeszłości pamiątkami.
Ze wsi co chwila przywlókł się ktoś płacząc do dworu, mamka panienki, siostra mleczna starego jegomości, kumy, dzieci do chrztu trzymane, przyjaciele, słudzy.
Wszystko to w niepewności, co jutro sprowadzi, stękało, załzawione oczy wycierając, podsędek rozdawał dożywocia, rozdarowywał grunta, ale poczciwym ludziskom jego samego i ojcowskiego serca żal było.
Trzaskowski, (który jak u nas pospolicie mówiono) nastawał po nim, był bardzo dobrym i łagodnym człowiekiem, ale z tamtymi się żyło, znało i tyle lat przebiedowało! Ostatnie dni były ciężkie a smutne. Niektóre sprzęty już powywożono, rozdarowano, inne stały jeszcze rozrzucone w nieładzie, czekając jaki je los spotka. Celina chodziła stawała i ocierała łzy. Każdy z tych pokojów coś jej z krótkiego życia przypominał.
Podsędek i Celina mieli razem wyjeżdżać za granicę, ciotka, która część sprzętów zabierała, wybrała sobie schronienie w klasztorze, nie chcąc na starość z kraju wyjeżdżać. Choć Jagłowski mówił o prędkim powrocie, choć był on niby w zamiarze... z innych słów domyślać się godziło, że już może nie rychło, albo nawet nigdy nie powrócą do kraju.
Był to ostatni dzień pobytu w Radziszewie, oczekiwano na przyjazd Trzaskowskiego, który przybywa objąć nowe dziedzictwo. W dziedzińcu stała milcząca gromada z wiosek do Radziszewa należących... po pokojach na pół pustych chodził ojciec z założonemi na piersi rękami i córka sparta na jego ramieniu.
Staremu łzy kręciły się w oczach, ale udawał obojętnego, aby Celiny nie dręczyć. Przez okno widać było ogród zasadzony przez podsędka, i w dali pola a lasy. Stanął napoić się tym widokiem i nie mogąc powstrzymać, rzekł:
— Dziecko moje, tobie młodej, która rozpoczynasz życie, nawyknąć do innego kraju i obyczaju nie będzie trudno, ale mnie co je kończę, pamięć dni ubiegłych nawetby z raju tu ciągnęła. Tum wprowadził matkę twoją, tu przeżyłem z nią szczęśliwych dni niewiele... tuś mi swoją młodością rozjaśniła wdowieństwo... miałem przyjaciół, miałem chwile jasne, a w najgorszym razie, ciszę i spokój. Ale potrzeba uczynić ofiarę, czynię ją, nie skarżę się... pozwólcie mi tylko tęsknić trochę.
To mówiąc w czoło ją pocałował, ona schyliła się do jego ręki.
Stali właśnie przed kominem, którego tajemnicza klapa ocaliła życie zbiegowi... Celina spojrzała na nią i zarumieniła się.
— Niechże nie mam dla ciebie tajemnicy, ojcze drogi — odezwała się — oto ta kryjówka, którą ty wymyśliłeś, ocaliła życie mojemu bohaterowi, służyła mu za schronienie... a chwila, w której mu ją ukazałam... stanowiła o moim losie i przyszłości. Do ocalonego przywiązałam się coraz silniej.
— Więc ty mu ją... pokazałaś? jak? kiedy? — zapytał ojciec. Celina rumieniąc się, ale ze spokojem czystego serca opowiedziała ojcu wszystko po raz pierwszy... Podsędek milczał, zadumany.
— Cuda to są — odezwał się wreszcie — a cudów takich tylko miłość dokazać może, ale tylko tak poczciwa i święta jak twoja.
To nic jeszcze było ujść z Radziszewa..., ale kto mógł i jakim sposobem wykraść go z tamtego więzienia strzeżonego i obwarowanego tak pilnie?
Celina milcząc pocałowała go w rękę, spojrzała mu w oczy, i cicho, bardzo cicho odparła:
— Bóg.
— Ale czyjąż ręką? juściż... juściż nie twoją dziecko moje.
— Moją, moją, słabą kobiecą dłonią cud się ten dokonał — pomogli poczciwi ludzie.
Podsędek w dłonie klasnął z podziwienia; ale w tem trzaskanie z bicza oznajmiło przybycie dziedzica. Jeszcze stali przy tym kominie, gdy wszedł Trzaskowski i podał rękę podsędkowi.
— Słuchaj Trzaskowski — rzekł do niego po przywitaniu podsędek, prowadząc go do klapy, która zamykała kryjówkę, i pokazując mu jak się ona otwierała — nikt o tem nie powinien wiedzieć oprócz ciebie... oto masz schówkę, która już jednemu człowiekowi życie ocaliła. Bogdajeś jej nie potrzebował nigdy, ale gdybyś uchowaj Boże, miał co ukrywać... niech ci ona tak dobrze, jak nam służy! Ale cyt, idźmy do gromady.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.