Dzikininki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lafcadio Hearn
Tytuł Dzikininki
Pochodzenie Czerwony ślub i inne opowiadania
Data wydania 1925
Wydawnictwo Bibljoteka Groszowa
Druk Polska Drukarnia w Białymstoku, Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jerzy Bandrowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

DŻIKININKI
Pewnego razu, kiedy Muzo Kokuszi, kapłan sekty Dzen, podróżował samotnie po prowincji Mino, zabłąkał się w górzystej okolicy, gdzie nie było nikogo, ktoby mógł wskazać mu drogę. Przez długi czas wałęsał się bezradnie i już zaczął wątpić o znalezieniu schronienia na noc, gdy naraz ujrzał na szczycie wzgórza, oświetlonego ostatniemi promieniami słońca, jeden z tych małych domków, zwanych andżicu, a budowanych dla pustelników. Pustelnia zdawała się być już w bardzo złym stanie, on jednak pośpieszył ku niej co żywo, a, znalazłszy w niej samotnego sędziwego kapłana, poprosił go o nocleg. Starzec odmówił mu szorstko, skierował go jednak do pewnego folwarku w sąsiedniej dolinie, gdzie można było dostać nocleg i pożywienie.

Muzo odszukał drogę do folwarku, który składał się mniej więcej z tuzina chałup wieśniaczych; uprzejmy sołtys chętnie zaprosił go do swego domu. Kiedy Muzo wszedł, w głównej izbie było zgromadzonych czterdzieści do pięćdziesięciu osób, jemu jednak wskazano małą bokówkę, gdzie natychmiast przyniesiono wieczerzę i pościel. Bardzo zmęczony, wcześnie udał się na spoczynek, ale tuż przed północą zbudził go głośny płacz w sąsiednim pokoju. Ktoś łagodnie odsunął drzwi i do pokoju wszedł z zapaloną latarnią młody człowiek, który, pokłoniwszy się mu z szacunkiem, tak się odezwał:
— Czcigodny panie, bolesnym mym obowiązkiem jest powiedzieć wam, że obecnie ja jestem odpowiedzialną głową tego domu. Jeszcze wczoraj byłem tu tylko pierworodnym. Gdyście weszli do nas, znużeni, nie chcieliśmy, abyście się mogli czuć zakłopotani, dlatego nic nie mówiliśmy o tem, że ojciec nasz umarł zaledwie przed kilku godzinami. Ludzie, których widzieliście w sąsiedniej izbie, są mieszkańcami tej osady. Zeszli się tu wszyscy, aby oddać ostatnią cześć umarłemu, a teraz odchodzą do sąsiedniej wsi, odległej trzy mile — albowiem, stosownie do naszych zwyczajów, żadnemu z nas nie wolno pozostać w tej wsi, w noc po czyimś zgonie. Składamy należne ofiary i odmawiamy modlitwy, a potem odchodzimy, porzucając ciało. Dziwne rzeczy dzieją się zwykle w domu, w którym ciało pozostaje: dlatego myślimy, że najlepiej dla was będzie odejść wraz z nami. W sąsiedniej wsi możemy wam wyszukać bardzo dobre mieszkanie, ale może, jako kapłan, nie boicie się ani duchów, ani upiorów! Gdyby tak było, gdybyście się nie obawiali pozostać sam na sam ze zwłokami, moglibyście wielkie dobrodziejstwo wyświadczyć temu domowi. Cokolwiekby było, muszę wam oświadczyć, iż dzisiejszej nocy nie może tu pozostać nikt, prócz kapłana.
Muzo odpowiedział:
— Jestem wam głęboko wdzięczny za waszą uprzejmość i szlachetną gościnność. Przykro mi jednak, że nie powiedzieliście mi o śmierci ojca, kiedy tu przyszedłem — bo, choć nieco zmęczony, nie byłem bynajmniej tak zmęczony, aby nie móc wykonać swych kapłańskich obowiązków. Gdybyście mi powiedzieli odrazu, odprawiłbym nabożeństwo przed waszem odejściem. Jak obecnie rzeczy się składają, zmuszony jestem odprawić je bez was; będę czuwał przy ciele do rana. Nie wiem, co rozumiecie, mówiąc o niebezpieczeństwie pozostania tu; nie obawiam się ani duchów, ani upiorów, wobec tego raczcie nie troszczyć się o mnie.
Widać było, że młodego człowieka bardzo ucieszyło to zapewnienie, wobec czego, odpowiedniemi słowy, dał wyraz swemu uczuciu. Pozostali członkowie rodziny, a wreszcie czeladź, zgromadzona w przyległej izbie, powiadomiona o łaskawej obietnicy kapłana, przybiegła mu podziękować — poczem pan domu rzekł:
— A teraz, czcigodny panie, choć niechętnie, musimy rozstać się z wami. Stosownie do zwyczajów naszej wsi, żadnemu z nas nie wolno tu pozostać po północy. Złoty panie, prosimy, uważajcie na swe czcigodne ciało, gdy my nie będziemy mogli czuwać nad wami. A jeśli się wam zdarzy usłyszeć lub zobaczyć coś ciekawego podczas naszej nieobecności, raczcie łaskawie opowiedzieć nam, jak wrócimy rano.

Wszyscy opuścili dom, wyjąwszy kapłana, który pozostał w izbie, gdzie ułożono zwłoki. Ciało obstawiono zwykłemi ofiarami, a prócz tego zapalono tomjo—małą buddyjską lampkę, Kapłan odmówił modlitwy i odprawił nabożeństwo żałobne, poczem pogrążył się w medytacji. Tak rozmyślając, siedział przez kilka godzin, podczas których najmniejszy szelest nie rozległ się w opuszczonej wsi. Wtem, kiedy cisza nocna była najgłębsza, do izby bez szelestu wszedł Kształt — nieuchwytny i ogromny — a w tej samej chwili Muzo spostrzegł, że nie może się ani poruszyć, ani przemówić. Wiedział tylko, jak Kształt podniósł ciało jakgdyby rękoma i pożarł je szybciej, niż kot pożera szczura, poczynając od głowy i jedząc wszystko: włosy, kości a nawet całun. Potworny Kształt, pożarłszy ciało, zwrócił się do ofiar, które również pochłonął, poczem odszedł tak samo tajemniczo, jak przyszedł.

Kiedy wieśniacy powrócili następnego poranku, zastali kapłana, oczekującego ich przed drzwiami mieszkania sołtysa. Wszyscy pokolei powitali go, ale kiedy weszli i rozglądnęli się po izbie, ani jeden nie zdziwił się, ujrzawszy, że ciało z ofiarami zniknęło, zaś pan domu w ten sposób odezwał się do Muza:
— Czcigodny panie, nie wątpimy, że byliście tej nocy świadkiem bardzo nieprzyjemnych rzeczy; wszyscy też wielceśmy się o was lękali. Cieszymy się też teraz bardzo, że oglądamy was zdrowym i nietkniętym. Jednakże, prawo naszej wsi, jak wam to już wczoraj powiedziałem, zmusza nas, po każdorazowym wypadku śmierci, do opuszczenia domu i porzucenia zwłok. Ile razy przekroczyliśmy to prawo, spadały na nas wielkie nieszczęścia. A kiedyśmy go usłuchali, zwłoki i ofiary, podczas naszej nieobecności, znikały. Może widzieliście, jak się to dzieje.
Muzo opowiedział im o niepewnym i grozę wzbudzającym Kształcie, który pożarł zwłoki, wraz z ofiarami. Nikt się jego opowiadaniom nie dziwił, zaś pan domu zauważył:
— Wielebny panie, to coście nam opowiedzieli, zgadza się zupełnie z tem, co nam od dawnych czasów o tem mówiono.
A wtedy Muzo zapytał:
— Czy kapłan z gór nie odprawia czasami jakich nabożeństw za waszych umarłych?
— Co za kapłan? — zapytał ze zdumieniem młody człowiek.
— Kapłan, który wczoraj wieczorem wskazał mi drogę do waszej wsi — odpowiedział Muzo — odwiedziłem go w jego andżicu, tam na tem wzgórzu. Odmówił mi noclegu, ale pokazał drogę do was.
Słuchacze spojrzeli po sobie, jakby zdumieni, a po chwili milczenia, pan domu rzekł:
— Wielebny panie, tu niema żadnego kapłana i żadnego andżicu w górach. Od kilku pokoleń, w całej okolicy nie było tu na stałe osiadłego kapłana.
Muzo nie mówił więcej o tym przedmiocie, ponieważ widział jasno, iż gospodarzom jego zdaje się, że bałamuci go zły duch. Pożegnawszy się jednak z nimi i zasięgnąwszy wszystkich potrzebnych informacyj co do dalszej drogi, postanowił udać się do pustelni, aby się przekonać, czy istotnie został w błąd wprowadzony. Odnalazł andżicu bez trudu, a tym razem sędziwy jej właściciel poprosił go uprzejmie aby wszedł. Kiedy uczynił zadość jego zaproszeniu, pustelnik pokłonił mu się pokornie, wykrzykując:
— Ach, wstyd mnie, bardzo mnie wstyd, wstyd niezmiernie!
— Nie potrzebujecie się wstydzić tego, żeście mi odmówili noclegu — odpowiedział Muzo — skierowaliście mnie do wsi po tamtej stronie, gdzie mnie bardzo gościnnie przyjęto. Winienem wam wdzięczność za waszą łaskawość.
— Nikomu nie mogę dać schronienia — odpowiedział pustelnik — i nie tej odmowy ja się wstydzę. Wstydzę się tego tylko, że ujrzeliście mnie w mojej prawdziwej postaci — albowiem ja to byłem, który wczoraj w waszych oczach pożarł zwłoki i ofiary… Trzeba wam wiedzieć, wielebny panie, że jestem Dżikininki — to jest strzygą. Miejcie nade mną zmiłowanie i pozwólcie mi wyspowiadać się z zatajonego grzechu, który doprowadził mnie do tego stanu.
Dawno, dawno temu, bylem kapłanem w tem opuszczonem pustkowiu. W promieniu wielu mil, nie było tu żadnego innego kapłana. Otóż, przynoszono tu zwykle ciała umarłych górali — z bardzo daleka nieraz — abym odprawił nad niemi żałobne nabożeństwa. Ja jednak odprawiałem nabożeństwa tylko dla interesu, myśląc wyłącznie o żywności i sukniach, do jakich dawało mi prawo moje kapłańskie powołanie. Wskutek tej samolubnej bezbożności, wróciłem na świat natychmiast po śmierci, jako Dżikininki. Muszę żywić się zwłokami ludzi, którzy mieszkają w tych stronach. Muszę każdego pożreć tak, jak to widzieliście wczoraj. A teraz, wielebny panie, pozwólcie poprosić was o odprawienie żałobnego nabożeństwa na moją intencję, abym, dzięki modłom waszym, mógł wyjść z tego strasznego stanu istnienia…

Jak tylko pustelnik wypowiedział te słowa, zniknął, a wraz z nim zniknęła pustelnia, tak, że Muzo Kokuszi ocknął się nagle, klęczący samotnie wśród wysokiej trawy u starego, mchem porosłego grobu, kształtu go-rin iszi, co oznacza grób kapłana.

(Kwaidan).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lafcadio Hearn i tłumacza: Jerzy Bandrowski.