Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/XXXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
XXXI.

Przez kilka dni następnych głównem zajęciem Twardowskiego było wyszukiwanie rozrywek dla Wandy, którą ciągle prześladowały myśli smutne i trawił niepokój. Starał się, żeby jaknajmniej przebywała w domu. Wyciągał ją na przechadzki po polach i po lesie, pokazywał jej gospodarstwo, jeździli konno lub robili dalsze wycieczki automobilem.
Raz, wracając z takiej wycieczki, wstąpili do proboszcza. Gospodarz zatrzymał ich na podwieczorek, więc odesłali samochód do domu z zamiarem wracania pieszo.
Ksiądz był bardzo pogodny i rozmowny: dobry jego humor zdołał prawie rozweselić dziewczynę, za co mu Twardowski był niezmiernie wdzięczny. Zaledwie atoli gospodarująca na plebanji czerstwa starowina wniosła słynną swoją kawę z wiejskim chlebem, ujrzeli przez okno wracający samochód, a w nim panią Czarnkowską. Ksiądz wybiegł ją powitać.
Weszła do pokoju ze zwykłą smutną powagą, ale Twardowski wyczytał w jej oczach niezwykłe podniecenie.
— Marek mi powiedział — rzekła na wstępie — że jesteście u księdza proboszcza, więc przywiozłam wam wiadomość: Culmer nie żyje...
Gdyby pani Czarnkowskiej chodziło o wywołanie efektu, mogła być zadowolona. Wszyscy, nie wyłączając księdza, znieruchomieli.
— Nareszcie! — zawołała Wanda z widocznem uczuciem ulgi.
Matka dziwnie na nią spojrzała.
— Został zamordowany... — rzekła cichym głosem, patrząc na Twardowskiego.
Oczy Wandy i proboszcza również zwróciły się na niego.
Poczuł, iż wszyscy troje myślą, że on coś wie o tem.
— Skąd ta wiadomość? — zapytał.
— Telefonował z Warszawy mecenas Osiecki. Wrócił świeżo z sądu. Tam się rozeszła wieść, że dziś w południe policja, wezwana do mieszkania Culmera, zastała tam jego i jego służącego — obu zamordowanych. Sprawcy niewiadomi.
— W jaki sposób ich zamordowano? — pytał dale] Twardowski.
— Tego pan Osiecki nie wiedział. Trzeba czekać na gazety.
Zaległa cisza. Po chwili przerwał ją ksiądz:
— Kara boska go dosięgła. Nie mogę wszakże powiedzieć, żebym się z tego cieszył...
Gdy nikt ust nie otworzył, mówił dalej:
Jest to niezawodnie akt zemsty... czyn niegodny chrześcijanina. Morderstwo, bez względu na to, kto jest jego ofiarą, jest zbrodnią. Dałbym wiele, żeby to się było nie stało...
Twardowski czuł, że proboszcz go oskarża jako pośredniego sprawcę zbrodni. Nie miał czasu na to odpowiedzieć, gdy Wanda z niezwykłą namiętnością napadła na księdza:
— Jakto! więc człowiek, na którego życie zbrodniarz czyha i czyni zamachy, nie ma prawa zabić go dla ratowania swego życia?...
Twardowski osłupiał. Więc i Wanda myśli, że on jest sprawcą morderstwa Culmera. Tylko go nie potępia, ale broni... Nie mógł się zdobyć na żal do niej za to posądzenie — stokroć silniejsze wrażenie robiła obrona. Tak postępuje kobieta, która naprawdę kocha...
Pani Czarnkowska patrzyła na Wandę ze zrozumieniem. Onaby to samo powiedziała, gdyby Alfred zabił swego prześladowcę...
Ksiądz nie czuł się dotknęty słowami dziewczyny. Widać było, że ją też rozumie. Był jakiś dźwięk przyjacielskiego współczucia w słowach, z któremi się do niej zwrócił.
— Proszę pani, człowiek ma prawo zabić człowieka tylko w bezpośredniej obronie swego życia. Gdy sam napada nań, popełnia zbrodnię. W tem położeniu można go nieco łagodniej sądzić, ale sądzić trzeba.
Odtąd rozmowa już się nie kleiła. Ksiądz zrobił się zimny, dość niezgrabnie starał się być jaknajgrzeczniejszym gospodarzem, ale nie umiał się pozbyć sztywności.
Twardowski powstał, a za nim panie.
— Jutro — rzekł do proboszcza — pozwoli ksiądz, że pomówię z nim o tej sprawie... Nad ranem wyślę Marka automobilem do Warszawy, żeby nie czekać długo na gazety. Trzeba się więcej dowiedzieć.
Pożegnali się prawie oficjalnie.
— Ksiądz jest przekonany — odezwał się Twardowski w automobilu — że jestem sprawcą morderstwa Culmera. Nie dziwię mu się.
Żadna z obu kobiet nie odpowiedziała na to bezpośrednio.
— Gdym usłyszała — rzekła Wanda — że ten nikczemnik nie żyje, wolniej odetchnęłam. Już nie popełni żadnej zbrodni...
Pani Czarnkowska odezwała się:
— Ja się będę modliła za tego, który go zabił...
Szofer dostał polecenie, żeby o piątej rano pojechał do Warszawy i przywiózł kilka dzienników.
Wieczorem, przy obiedzie, rozmową kierowała pani Czarnkowska. Zastanawiała się nad tem, jakie wrażenie w Warszawie musiała wywrzeć tragiczna śmierć mecenasa, który miał tak rozległe stosunki. Robiła to z wyraźnym zamiarem. Rozumiała iż śmierć Culmera jest wypadkiem tak ważnym dla wszystkich trojga, że nie można mówić o niczem innem. Nie chciała zaś najwidoczniej mówić o samym wypadku, o sprawcach morderstwa, więc mówiła o jego możliwych odgłosach.
Zaraz po obiedzie poszła do siebie, zostawiając Twardowskiego z Wandą samych w hallu przy czarnej kawie.
Dziewczyna wcisnęła się w fotel skulona, jakby zbita. Rzucała co chwila na Twardowskiego spojrzenia niepewne, bojaźliwe. Widział jej niepokój i myślał tylko o tem, jak go rozproszyć. Przysunął się z fotelem do niej i, biorąc ją za rękę, rzekł:
— Nic mi już teraz nie grozi. Najgorszy mój wróg nie żyje. Pocóż więc się niepokoić?...
— Tak — odparła — jego się już nie boję... Ach, jak jabym chciała nikogo i niczego się nie bać, tylko...
— Tylko?...
— Ciebie.
— Myślałem, że żartujesz, gdyś mówiła, że mnie się boisz.
— Wtedy może trochę żartowałam, ale teraz nie. Nie martw się: mnie z tem dobrze. Życie jest takie straszne, że tylko z tobą mogę pójść przez nie... Boś ty mocny, bardzo mocny. Ale twoja moc budzi lęk we mnie...
Zdawało mu się, że rozumie stan jej duszy.
— Broniłaś mię dziś wobec proboszcza. Więc naprawdę uważasz, że miałem prawo zabić Culmera?
— Nie pytaj mnie o to. Ja nie chcę zastanawiać się, czyś miał prawo czy nie. Wszystko, co zrobisz, będzie dla mnie dobre, i zawsze cię bronić będę. Gdybyś nawet mnie co złego zrobił...
Pochylił się ku niej, objął ramieniem i zaczął całować jej czoło, oczy, usta...
— Ja... tobie... co złego?... Dziecko, dziecko, ty nie wiesz jeszcze, jak ja cię kocham... A ja już wiem, jak ty mnie kochasz: zrozumiałem, gdyś broniła mnie jako mordercę.
Tuliła się do niego, czuł drżenie całego jej ciała.
— A ksiądz Rybarzewski miał słuszność — szeptał jej do ucha.
Odsunęła się nagle i spojrzała mu w oczy.
— Miał słuszność — rzekł głośno. — Ja taksamo, jak on, myślę. Mógłbym zabić Culmera czy innego łotra w walce o swe życie lub w czyjejś obronie, ale tak na zimno, z rozmysłem...
— Więc?...
— Nic o tem zabójstwie nie wiem i nie domyślam się nawet, kto jest jego sprawcą.
Patrzyła nań szeroko otwartemi oczyma. Pierś jej się wzdęła i odetchnęła, jakby spadł z niej wielki ciężar. W oczach ukazały się łzy, padła bezwładnie w głąb fotela i zakryła sobie twarz dłońmi.
Twardowski usiadł na poręczy i pochylił się nad nią.
— Teraz już mnie się nie boisz, prawda?...
Podniosła ku niemu twarz, na której poprzez łzy ukazał się ledwie dostrzegalny uśmiech.
— Boję się — szepnęła — ale inaczej.
— A jednak — rzekł po chwili — jaki ja byłem szczęśliwy, słuchając twej obrony!... Ona cię więcej kosztowała, niż ci się zdawało. Starałaś się rozumować na moją korzyść, ale w głębi twej duszy cywilizowanych pokoleń. One są silniejsze od wszelkiego rozumowania... Tylko twoja miłość dla mnie mogła je przemóc. Tak, moje życie, umiesz kochać!
— A ty?...
Nic nie odpowiedział, tylko usta swoje do jej ust przycisnął...
— Ktoś tu jest w pokoju — wyszeptała Wanda i odsunęła się od niego.
W hallu nie było nikogo.
Dziewczyna rozglądała się zdziwiona i niespokojna.
— Idź, dziecko, spocząć — rzekł Twardowski. — W tym domu nie będziemy mieszkali. On pozostanie jego domem... domem niepokoju i rozpaczy, w którym szczęście już nie zamieszka.
Popatrzyła nań dziwnie, jakby odgadywała myśl w jego słowach zawartą.
Rano siedzieli we troje przy pierwszem śniadaniu, niecierpliwie czekając na powrót Marka z Warszawy, gdy Antoni zaanonsował:
— Ksiądz proboszcz.
Na twarzy wchodzącego księdza malował się głęboki smutek. Z gospodarzem przywitał się bardzo serdecznie i pokornie. Nie było w nim nic z surowego sędzi dnia wczorajszego, przeciwnie, jakby starał się, żeby mu zapomniano wczorajsze zachowanie się.
— Przepraszam — rzekł — za wczesne najście. Nie miałem cierpliwości czekać: przyszedłem po wieści z Warszawy.
— Jeszcze nic nie wiemy — odrzekł Twardowski. — Marek lada chwila winien wrócić.
Nie upłynęło kilku minut, gdy Antoni wniósł dzienniki, przywiezione przez szofera. Wszyscy rzucili się na nie.
Odrazu wpadły w oczy wydrukowane wielkiemi literami sensacyjne nagłówki, po których następowały długie opisy zbrodni. Nagie fakty, odarte ze zwykłej frazeologji reporterskiej, przedstawiały się niezwykle.
Przedpołudniem poprzedniego dnia jeden z komisarjatów policji warszawskiej został zaalarmowany telefonem. Służący mecenasa Culmera zawiadamiał, że jego pan został przed chwilą zamordowany, że widział uciekającego mordercę i poznał go. Nagle rozmowa się ucięła i, gdy próbowano ją nawiązać, telefon mecenasa nie odpowiadał. Policja pośpieszyła na miejsce i, zastawszy drzwi uchylone, weszła do mieszkania. W gabinecie mecenasa zastała dwa trupy; pana i służącego. Mecenas był uduszony: na szyi widoczne były ślady palców mordercy. Służący był powalony uderzeniem w skroń, zdaje się poprostu pięścią. Słuchawka telefonu wisiała: widocznie zabito go w trakcie rozmowy. W mieszkaniu nie znaleziono żywej duszy. Dopiero po upływie kilkunastu minut kucharka, a po niej pokojówka wróciły z miasta.
Twardowski doczytywał opisu, który kończył się wyrażeniem zdania, że morderca musiał być człowiekiem niezwykłej siły fizycznej. Przemknęła mu przez głowę myśl i zdrętwiał. Spojrzał na księdza Rybarzewskiego. Ten patrzył w ziemię, a twarz miał jak zamurowaną.
W pokoju panowała cisza, nikt nie wyrzekł jednego słowa. Twardowski trzymał w ręku dziennik, w który włożył sporo pieniędzy i który uważał potrosze za swój organ. Zaczął go przeglądać machinalnie, gdy oko jego padło na tytuł: “Ś. p. Henryk Culmer.” Wspomnienie pośmiertne o zamordowanym mecenasie: ciekawa rzecz, co oni mogli napisać... Czytał i oczom nie wierzył. Artykuł był jednym panegirykiem: Culmer pochodził z zacnej rodziny; ojciec jego był wielkim, zasłużonym patrjotą; on sam, zacny obywatel kraju, mądry prawnik, otoczony powszechnem zaufaniem i szacunkiem; śmierć jego jest niepowetowaną stratą: zwyrodniały morderca ugodził swym ciosem nietylko jego, ale całe społeczeństwo...
Zerwał się wzburzony.
— A to hołota! — krzyknął.
Wszyscy spojrzeń nań przestraszeni.
— Niech ksiądz to przeczyta!
Rzucił przed proboszcza gazetę.
Ksiądz się zagłębił w artykule. Doczytał go do końca i, odkładając nabok gazetę, rzekł spokojnie:
— Tak, to niegodne. Nie wolno tak kłamać. Nie rozumiem nadto powodu: wszak nie należą do jego przyjaciół...
— Powód?... — zawołał z wściekłością Twardowski. — Nikczemne tchórzostwo! Ponieważ pisali przeciwko niemu, więc boją się, żeby nie oskarżono ich o moralny przynajmniej udział w zabójstwie, i ratują się wychwalaniem łotra...
Zadzwonił — wszedł Antoni.
— Powiedz Markowi, żeby za pół godziny był gotów. Jadę do Warszawy.
— Może lepiej — zauważył ksiądz z prośbą w głosie — żeby się pan teraz tam nie pokazywał...
— Muszę — odrzekł — inaczej wszystko mi popsują.
— Zabierz mię ze sobą — prosiła Wanda.
— Nie, kochanie, nie będę miał tam chwili czasu dla ciebie. Cóźbyś robiła sama w mieście? Dziś wieczorem wrócę.
Pożegnał się i poszedł przygotować się do drogi.
Ledwie się drzwi za nim zamknęły, panna Czarnkowska zaatakowała proboszcza:
— Zdaje mi się, że ksiądz od wczoraj zmienił zdanie.
Ksiądz popatrzył na nią.
— Tak jak pani — odrzekł spokojnie.
— Ja co innego. Ja z nim wczoraj cały wieczór rozmawiałam.
— A ja cały wieczór o nim myślałem.
— Cóż wy rozmawiacie jakiemiś zagadkami — wtrąciła się pani Czarnkowska. — Nic nie rozumiem.
— Ksiądz proboszcz — objaśniała dziewczyna — był wczoraj przekonany, że zabójstwo Culmera to dzieło Zbigniewa, i surowo go sądził.
— A panna Wanda — uzupełnił proboszcz — w tem samem przekonaniu zawzięcie broniła narzeczonego.
— To wy myślicie — zapytała zdziwiona kobieta — że Zbigniew w tem nie miał udziału?...
— Najmniejszego — odparła Wanda. — Dla niego wczorajsza wiadomość była taksamo niespodziewana, jak dla nas.
— Myślę, Wandeczko, że się mylisz — rzekła matka. — On zawsze mówił, że jego zadaniem jest ukarać zbrodniarza, który zniszczył życie Alfredowi i nietylko jemu. On miał prawo to zrobić i Bóg mu wybaczy.
Ksiądz patrzył na nieszczęśliwą kobietę ze współczuciem.
— Nie, mamusiu — odrzekła Wanda. — Zbigniew mi powiedział, że taksamo myśli, jak ksiądz proboszcz. Ja wczoraj tak mówiłam, jak mama dzisiaj, bo ja tak w niego strasznie wierzę, że zawsze go będę broniła. Ale byłam ogromnie szczęśliwa, gdy mi powiedział, że on z tem nie ma nic wspólnego.
Ksiądz czule spojrzał na Wandę.
— Ach, jaki to szczęśliwy człowiek ten pan Twardowski! Niech pani powie poprostu, że go pani strasznie kocha, a że jest pani prawdziwą kobietą, więc ta miłość nie pozwala pani sądzić, tylko każe bronić. I dobrze pani robi. Mówię to nie jako ksiądz, ale jako zwyczajny człowiek i przyjaciel, który pragnie, żeby pani była szczęśliwa.
Spojrzała wdzięcznie na proboszcza i zapytała z łagodnym wyrzutem:
— A dlaczego ksiądz był wczoraj taki surowy?...
— Ja sobie wyrzucałem, że jestem niedość surowy. Przedewszystkiem jestem księdzem i staram się być księdzem uczciwym. Nie nam potrzeby pani mówić, jak religja nasza sądzi zabójstwo. Powtóre, jestem obywatelem cywilizowanego społeczeństwa. W co się zamieni życie tego społeczeństwa, jeżeli przyznamy jednostce ludzkiej prawo karania śmiercią krzywd swoich i nieswoich? Przecie w tem społeczeństwie niewszyscy są naprawdę chrześcijanami i niewszyscy są cywilizowani moralnie: na najwyższych nawet stanowiskach spotyka pani ludzi z instynktami dzikiemi, którzy, jeżeli nie mordują, to tylko dlatego, że się boją. Niech im pani da to prawo, to każde morderstwo uzasadnią jakiemiś urojonemi krzywdami. Lepiej nie ukarać dostatecznie jednej krzywdy, niż otworzyć pole dla mnóstwa zbrodni...
— Ale ja was obie, drogie panie, rozumiem — dorzucił po chwili milczenia. — Przyznaję się z pokorą, że się ucieszyłem, kiedym się dowiedział, że ten zbrodniarz nie żyje. Już nikogo nie zamorduje, powiedziałem sobie. I gdyby mi przyszło wydać wyrok na jego zabójcę, byłaby to najcięższa chwila w mojem życiu... Kiedy już mam mówić szczerze, wyspowiadam się z wielkiego grzechu: żyję dziś w strachu, żeby sprawca tego zabójstwa nie dostał się w ręce urzędowej sprawiedliwości.
— Niech go Pan Bóg strzeże! — zawołała pani Czarnkowska, która długo milczała, bo dowiedziawszy się, że to nie Twardowski zabił Culmera, musiała na nowo przemyśleć całą sprawę.
— Ale wobec tego, że Zbigniew jest obcy sprawie tego zabójstwa — zapytała Wanda — dlaczego mu ksiądz odradzał pokazywania się w Warszawie?
Proboszcz się nieco zmieszał i nie zaraz odpowiedział.
— Ja się o niego nie obawiam — rzekł po chwili. — Tylko on może mimowoli zaszkodzić innym. Niejeden człowiek cichy, żyjący w cieniu, miał porachunki z Culmerem. Niejeden z nich miał stosunki z panem Zbigniewem. Ten, jako człowiek znany, może przez swoją obecność w Warszawie zwrócić uwagę na kogoś, całkiem nawet niewinnego, i przyprawić go o kłopoty, nie mówię o nieszczęście...
Wanda, wysłuchawszy tej mętnej odpowiedzi, doszła do przekonania, że proboszcz, gdyby chciał, mógł wyraźniej wypowiedzieć, co myśli.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.