Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/XXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
XXVII.

Mecenas Culmer miał na obiedzie córkę i syna, który przed tygodniem przyjechał z Anglji. Obiad odbywał się w atmosferze grobowej, Jakób po zetknięciu z bronzowym sfinksem chodził z obandażowaną głową, uważał się za inwalidę i nie usługiwał. Do stołu podawała pokojówka, a przy niej można było mówić tylko o rzeczach obojętnych. Że zaś do rzeczy obojętnych nikt z trojga nie miał serca, więc prawie przez cały czas panowało przy stole ponure milczenie.
Dopiero gdy pokojówka podała im czarną kawę w gabinecie pana domu i odeszła, Culmer zwrócił się z sarkazmem do córki.
— Będziesz miała teraz brylanty... Podziękuj temu idjocie, który po wagonach głośno krzyczy o swoich interesach.
Charles uważał za stosowne zrobić obrażoną minę.
— Kto mógł wiedzieć, że ten łajdak rozumie po polsku! On wcale na to nie wyglądał.
— Tak... Co to obchodzi kogo, czy wyglądał, czy nie wyglądał... Tylko niepoczytalny głupiec głośno o takich rzeczach mówi. Z ciebie nigdy nie będzie człowiek do poważnych interesów. Ty zawsze będziesz zwyczajny łobuz.
Charles tak się obraził, że zamilkł.
— No, jakże będzie z temi pieniędzmi? — zapytał Culmer.
— Z jakiemi pieniędzmi? — zapytał Charles z flegmą angielską.
— Co ty udajesz, że nie wiesz, o co chodzi! Musisz mi oddać tę prowizję, którą wziąłeś od Stuarta. To są moje pieniądze i ja je teraz mieć muszę.
— Ja teraz nic dać nie mogę. Przecie nie będę siedział w tej głupiej Polsce. Wyjadę zaraz w tych dniach. Muszę zacząć jakiś większy interes i będę potrzebował pieniędzy.
— Gdzie interes? W Anglji?...
— Nie, tam tymczasem nie można. W Ameryce.
— Tam cię nie wpuszczą.
— Czy ja jestem polski chłop, żeby mnie nie wpuścili?... Za trzy tygodnie będziesz miał ode mnie list z New-Yorku.
— Słuchaj, Karol — wtrąciła się pani Brzozowska — ty nie możesz zabrać tych całych pieniędzy. Ty okradasz nietylko tatę, ale i mnie. Tata tylko w ciebie pakuje.
Rozmowa rozwinęła się w kłótnię.
Skończyło się na tem, że Charles, trzymając się mocno zasady beati possidentes, nie oddał ani grosza. Zajął stanowisko jedynej ofiary w całej tej katastrofie: Zbychów przecie był kupiony dla niego, a teraz tata go oddał. Zresztą, wszyscy troje wiedzieli, że Culmer zrujnowany nie był, choć operacja ze Zbychowem dużo mu krwi upuściła.
Gorszem od straty pieniężnej było dla Culmera poczucie, że istnieje człowiek, który go trzyma w ręku i każdej chwili może zniszczyć jego pozycję. Dopóki ten człowiek żyje, dopóty nad głową jego, Culmera, wisi miecz Damoklesa. Ten zaś człowiek jest zbyt przebiegły, zbyt ostrożny, ażeby łatwą rzeczą było usunięcie go ze świata. W tej chwili, upojony zwycięstwem, może nic nie będzie przedsiębrał. Zresztą ma narzeczoną, a u nich to bardzo ludzi absorbuje. Jednakże za pierwszym lepszym powodem może znów zacząć walkę... Gdyby jeszcze był goły, byłby jak pies bez zębów. Ale ten łajdak zataił, że ma pieniądze... Teraz łatwiej zrozumieć wszystko: i te napaści w gazetach, i tę zorganizowaną robotę przeciw grabarzom, i te fotografowane listy Karolka... Z pieniędzmi wszystko można zrobić. I bogatego człowieka trudniej usunąć: jeździ własnym automobilem, ma straż koło siebie...
Odprawiwszy syna i córkę, mecenas zaczął się zastanawiać nad swojem nieszczęściem. O mało nie zaczął płakać nad sobą. Nigdy nie wiedział, co to jest zmęczenie — dziś czuł się naprawdę zmęczony; nic mu się nie chciało robić...
Dni upływały, a on nic nie przedsiębrał, nie czytał nawet gazet: obrzydło mu życie i wiadomości o niem. Tylko od czasu do czasu Jakób komunikował mu, że coś ważnego się stało...
Świat, w którym miał pozycję, wiedział tylko, że pan mecenas Culmer jest chory. Spędzał czas samotnie: syn wyjechał zagranicę, córka się nie odzywała.
Twardowski w towarzystwie Grzegorza i Pioruna pojechał do Turowa. Trzeba było obejrzeć roboty, wykonywane przez sprowadzonych z Warszawy rzemieślników i sprawdzić, czy dom jest przygotowany na przyjęcie gości.
Zaczęła się już polska wiosna, której od lat dziecięcych nie widział. Trawniki dookoła domu były zielone świeżą, soczystą zielonością; wczesne krzewy i niektóre drzewa już kwitły: przeważało młode, naiwne kwiecie różowe. Pod krzewami żółciły się gdzieniegdzie kępy żonkilów, przypominając żółte na łąkach kaczeńce, z których barwą łączyło się w jego wspomnieniach pojęcie polskiej wiosny. Rabaty i klomby były przygotowane do sadzenia kwiatów, a w wygrabionym z liści parku rozlegał się koncert wszelkiego rodzaju ptactwa. W powietrzu unosił się zapach fermentującej ziemi...
Nie wszedł do domu; zapuścił się w głąb parku. Usiadł na ławce, opanowało go bezgraniczne lenistwo. Jak tu rozkosznie!... Spojrzał na ławkę obok siebie: dlaczego tu niema Wandeczki?... Przecie i ona jest wiosną...
Przypomniał sobie, że trzeba i dla niej dom przygotować. Poszedł oglądać roboty w domu.
Pokoje na górze były na wykończeniu. Pokój dla pani Czarnkowskiej, buduar, pokój dla Wandy, garderoba, łazienka, izdebka pokojówki; lekkie mebelki, ładne dywany, firanki — wszystko jak należy. Na dzień ich przyjazdu powstawia się w wazonach kwiaty...
Poza wielkim salonem, którego tymczasem nie miał zamiaru meblować, w całym domu porządki wiosenne były zrobione. Tylko w bibljotece stosy książek i papierów, zniesionych z góry, leżały, jak je zostawił, wyjeżdżając do Warszawy. Te postanowił uporządkować i rozmieścić w szafach i na półkach, zanim panie przyjadą. Tą robotą zajął się odrazu, mając parę godzin wolnych przed obiadem.
Wieczór robił się chłodny, ale Grzegorz pomyślał o roznieceniu niewielkiego ognia w kominku bibljoteki. Przed tym kominkiem, jak zwykle, podał po obiedzie czarną kawę.
Twardowski znów siedział, wpatrzony w ogień. Jaka tu cisza!.. Jak tu można wejść w siebie i zapomnieć o świecie...
Zapomnieć?... Nie. Walka, której jeden akt dopiero co się rozegrał, będzie trwała dalej i wyjść z niej nie wolno, dopóki się nie skończy zwycięstwem. A jeżeli się skończy, to zacznie się inna. Bez walki życie nicby nie było warte. Nie?... A Wanda?... I bez niej już trudno sobie wyobrazić życie. Nigdy nie przypuszczał, że kobieta może zająć tyle miejsca. Ale ona ma miejsce swoje: życie to za wielka rzecz, żeby najwięcej ukochana, najbardziej pożądana kobieta mogła je całe wypełnić...
Grzegorz wpuścił psa, który się ułożył u stóp pana, a wkrótce potem przyniósł herbatę.
Ogień się dopalał, z rozżarzonych węgli płynęła rozleniwiająca fala ciepła. W tem cieple myśl traciła energję, stopniowo się zatracała... Odpoczywający po Warszawie dziedzic Turowa drzemał.
Ocknął się. Ktoś chodził po pokoju. Znów te same miarowe kroki tam i spowrotem, tam i spowrotem...
Opanowało go przygnębienie. Zaczął wyrzucać sobie, że buduje szczęście w tym domu klęski, że oczekuje swojej. Przypomniał sobie panią Czarnkowską. Przecie to ona pierwsza wyraziła chęć przyjazdu do Turowa...
— Przyjeżdża do ciebie jako pokutnica — zaczął mówić — prosić o przebaczenie. Czy jej przebaczysz?...
Potarł ręką po czole.
— Znów rozmawiam ze zmarłymi. Tradycja starych wierzeń jest chwilami silniejsza od rozumu.
Wstał i zadzwonił na Grzegorza. Gdy ten przyszedł, zapytał go:
— Czyś słyszał kiedy w tym pokoju kroki, jakby ktoś po nim chodził tam i spowrotem?...
Twarz służącego miała wyraz religijnej powagi.
— Pan słyszał?...
— Przed chwilą.
— To kroki nieboszczyka pana. On za życia tak samo chodził. Zaraz pierwszego wieczora po wyniesieniu ciała do kościoła przyszedłem tu i słyszałem, jak pan dalej chodzi po swej bibljotece...
— Cóż ty o tem myślisz?
— Cóż tu myśleć?... Widać, dusza jego nie ma spokoju...
Twardowski nie czuł się na siłach do dyskusji z prostym człowiekiem. Nie miał dla niego argumentów.
— My sami — pomyślał — skłonni jesteśmy uważać za nadprzyrodzone zjawiska, których nie umieliśmy dotychczas zbadać i wytłumaczyć.
Poszedł na górę poczytać jeszcze, poczem położył się do łóżka. Piorun zajął swoje miejsce.
Rano, po pierwszem śniadaniu, zabrał się do papierów stryja i w porządku rozmieszczał je w szafach. Przerwał mu tę pracę Grzegorz, który wszedł trochę za energicznie jak na służącego i stanął przed nim, czekając na pozwolenie zabrania głosu.
— Czego sobie życzysz? — zapytał Twardowski.
— Proszę pana, przyszedłem spytać, jak to będzie z tym Kulmerem.
Ton jego był tak stanowczy, jakby przemawiał z rozkazu władzy wyższej, niż obecny właściciel Turowa.
Zdziwiony Twardowski bacznie nań spojrzał. Przy innym przedmiocie nie zniósłby tego tonu. Ale tu widział, że przez usta służącego przemawia tylko gorące przywiązanie do pamięci stryja. Odpowiedział łagodnie:
— Myślę, że z nim nie będziemy mieli kłopotu. Po tem, com zrobił, dla niego niema miejsca w Warszawie. Będzie musiał gdzieś wyjechać.
— Rozumiem.
Wykonał zwrot prawie żołnierski i wyszedł.
Przy śniadaniu Grzegorz, zazwyczaj rozmowny i przyjacielski, zachowywał się sztywno, jak najbardziej stylowy służący wielkiego domu.
Popołudniu, gdy Twardowski znów był zajęty w bibljotece, Grzegorz znów wszedł.
— Co się stało? — zapytał Twardowski.
Służący miał minę trochę zakłopotaną.
— Przyszedłem z pokorną prośbą.
— Czego chcesz? — Zwolnić się od służby.
Twardowski szeroko otworzył oczy.
— Już teraz jestem panu niepotrzebny. Z Kulmerem już skończone, w domu porządek zrobiony, wszystko na przyjęcie pań przygotowane. Antoni to bardzo dobry służący i pewny człowiek, a jakby pan sobie życzył, to mam dla niego pomocnika: mój rodzony siostrzeniec, uczciwy i zdolny chłopak. A ja, proszę pana, mam żonę i dzieci, mam grunt, com go dostał od nieboszczyka pana, postawiłem sobie w zeszłym roku domek. Chciałbym w nim zamieszkać, zająć się gospodarstwem i dziećmi, żeby wyrosły na ludzi.
Twardowski nie mógł zaprzeczyć, że pragnienia Grzegorza są słuszne, aczkolwiek uderzyło go, że ten, wyłuszczając je, nie patrzył mu prosto w oczy.
— Kiedyżbyś chciał odejść? — zapytał.
— Zaraz, gdyby pan był łaskaw pozwolić. Teraz wiosna, czas na robotę w gospodarstwie...
— Dlaczegożeś mi przedtem nic nie mówił?
— Nie mogłem pana opuścić. Dopiero teraz, kiedy z Kulmerem już załatwione...
Odpowiedź była logiczna. Tylko dlaczego on takim dziwnym tonem wymówił ostatni wyraz?...
Pomyślawszy chwilę, Twardowski rzekł:
— Mój drogi, niedawno się znamy, alem miał sposobność się przekonać, żeś człowiek bardzo uczciwy i że mam w tobie szczerego przyjaciela. Ja też jestem twoim przyjacielem. Rozumiem dobrze, że masz obowiązki względem żony i dzieci, i nie zaprzeczam, że prośba twoja jest słuszna. Przykro mi się z tobą rozstać, ale trudno — idź na swoje gospodarstwo. Będziemy bliskimi sąsiadami i mam nadzieję, że zajrzysz do mnie od czasu do czasu. Proszę cię, licz na mnie, gdy ci moja pomoc w czem będzie potrzebna.
Grzegorz się pochylił, pocałował go w rękę i odszedł lekkim krokiem.
Twardowski pozostał z poczuciem, że wierny służący stryja nie wszystko mu powiedział, co miał w duszy.
Nazajutrz Grzegorz z rodziną wyprowadził się z domu turowskiego do siebie, przedtem przedstawiwszy panu swego szesnastoletniego siostrzeńca, Janka, dobrze wyrośniętego i sprytnie patrzącego chłopaka, i oddawszy go pod komendę Antoniego.
Po paru dniach Twardowski dobiegał do końca z porządkowaniem papierów w bibljotece. Nie znalazł nic, coby mogło mieć wagę dla Culmera i dla grabarzy. Nie było też książek, o któreby im mogło chodzić. Czy to zostało wszystko zniszczone, czy umieszczone gdzieś poza domem, czy może w domu jest jeszcze jakaś skrytka, na którą nie wpadł?...
Miał list od Wandy, która donosiła, że jej go bardzo brakuje, że tatko jest w Zbychowie, że ona z mamusią przygotowują się do najazdu na Turów i zgóry ogromnie się cieszą.
W dwa dni dostał drugi list, zawierający mniej więcej to samo z dodatkiem, że od tatka ze Zbychowa niema żadnych wiadomości.
Jednocześnie, również ze stemplem warszawskim, przyszedł drugi list, adresowany po francusku. Otworzył kopertę, spojrzał na podpis: Prof. R. Paloma Oldenhuis.
Czytał był w gazetach o przyjeździe profesora do Warszawy dla studjów nad kwestją mniejszości narodowych. Znał go, spotykał tego Żyda holenderskiego w Paryżu. Miał z nim raz interesującą rozmowę, w której Oldenhuis pouczał go, że jedyną drogą do zdobycia wiedzy wyższej jest wejście do organizacji, która tę wiedzę posiada — to samo, co mu w parę lat potem powiedział Kulmer.
— Niezawodnie — pomyślał Twardowski — przyjazd jego jest w związku z kłopotami mecenasa.
Profesor przypominał się pamięci Twardowskiego, chciał się koniecznie z nim zobaczyć, gotów był przyjechać do Turowa, jeżeli ten nie będzie w Warszawie.
Twardowski postanowił za dwa dni rano pojechać do Warszawy i przyjąć tam profesora przedpołudniem. Odpisał mu, a jednocześnie napisał do Wandy, zapraszając się do nich tegoż dnia na śniadanie.
W dwa dni potem o jedenastej rano siedział w swem mieszkaniu warszawskiem, oczekując holenderskiego profesora, z którym obiecywał sobie interesującą rozmowę.
Profesor, wszedłszy do gabinetu Twardowskiego, wyraził przedewszystkiem ogromną radość spowodu spotkania się w tem obcem dla niego mieście z dawnym a tak miłym znajomym.
Gdy usiadł, zapytał:
— Cóż, prowadzi pan dalej studja metapsychiczne?
— W ostatnich czasach je przerwałem; zajęty jestem sprawami osobistemi. Odziedziczyłem majątek po stryju.
— Majątek albo pomaga studjom, albo im przeszkadza — rzekł, śmiejąc się, profesor.
— Mnie dotychczas przeszkadza, ale mam nadzieję, że w przyszłości pomoże. Ma się rozumieć, część energji trzeba będzie oddać praktycznemu życiu.
— Bardzo słusznie. Ja to samo robię i udział w praktycznem życiu bierze u mnie coraz więcej przewagę nad pracą naukową.
— Chyba brał zawsze — zauważył znacząco Twardowski.
— Pamięta pan naszą długą rozmowę w Paryżu, nieprawda? Chciałbym teraz ją z panem kontynuować...
— W celu?
— To się okaże z rozmowy, jeżeli pan sobie jej życzy.
— Ależ owszem.
Twardowski spodziewał się jeszcze czegoś dowiedzieć.
— Pan domyślił się — mówił powoli profesor — że się bardzo interesuję pewną organizacją.
— Naturalnie.
— Otóż ta organizacja miewa poważne trudności. Rzadko, raz na dziesiątki lat, ale zdarza się czasami, że się popełni błąd i wpuści w jej szeregi człowieka, który nie dorasta moralnie do wymaganego poziomu...
Profesor przerwał i widocznie czekał jakiejś uwagi od słuchacza. Ten wszakże milczał.
— Taki właśnie wypadek zdarzył się tu, w Warszawie. Wielki kłopot sprawił mi niejaki Henryk Culmer... Pan go zna?
— Miałem sposobność z nim się zetknąć.
— Ostrzegam pana. To człowiek bardzo zdolny, ale okazał się bardzo nieuczciwym.
Twardowski śmiał się w duchu z tego przyjacielskiego ostrzeżenia.
— To jest tragedja — ciągnął profesor. — Jużeśmy z nim zerwali. Mamy tu wielu poważnych ludzi, którzy zasługują na to, ażeby na ich czele stała osobistość nietylko nieskazitelna, ale bardzo wybitna. Niestety, niema nikogo, ktoby się na to wielkie stanowisko nadawał, ktoby umiał korzystać należycie z posiadanej władzy...
Twardowski ciągle milczał. Profesor po krótkiem wahaniu znów zaczął:
— Myślałem sobie, że gdybyśmy mieli tak wybitnego i tak europejskiego człowieka, jak pan, w krótkim stosunkowo czasie moglibyśmy pana na to stanowisko wysunąć...
Zapanowało kłopotliwe milczenie. Wreszcie przerwał je Twardowski:
— Przecenia pan moje zdolności. Wątpię też, żebym kiedykolwiek mógł rozwinąć w sobie ambicje w tym kierunku.
— Dlaczego? — zapytał gorąco profesor.
— Jestem indywidualistą i cenię nade wszystko swoją wolność.
— Cóż człowiek znaczy sam? do czego dojść może? co może zdziałać?...
Wywiązała się dyskusja, w której Twardowski robił wszelkie wysiłki żeby zachować zimną krew i spokój, a także nie okazać, że wie za wiele.
Wreszcie profesor się rozgorączkował i rzekł:
— Pan jest bardzo nierozsądny.
— Culmer był rozsądniejszy — Twardowski się uśmiechnął.
— Culmer był najnierozsądniejszym człowiekiem w świecie!
— A ja myślałem, że mu brakowało tylko uczciwości.
Ironja w tonie Twardowskiego zirytowała profesora.
— Mniejsza o Culmera, on już dla nas nie istnieje. Mowa o panu. Czy pan wie, że bywają sytuacje, kiedy można wszystko wygrać, albo wszystko przegrać? Obawiam się, że pan się obecnie w takiej znajduje.
— Toby było interesujące.
— I że pan niedość poważnie swą sytuację traktuje.
— A jakże się na swoją zapatruje Culmer? — zapytał Twardowski uśmiechnięty.
Profesor nie odpowiedział. Powstał ze słowami:
— Jestem pewien, że nie ostatni raz o tym przedmiocie rozmawiamy...
— Może być.
Pożegnali się.
Było pół do pierwszej. Twardowski kazał zajechać i udał się do pań Czarnkowskich.
Służący otworzył mu drzwi z jakąś grobową miną. Czuł, wchodząc, atmosferę zamieszania. Chodził po salonie, zapytując siebie, co się stać mogło.
Za chwilę weszła Wanda, blada, z zaczerwienionemi oczyma. Miała na sobie czarną sukienkę, której nigdy nie widział.
— Tatko nie żyje — rzekła cicho, wyciągając do niego rękę.
Nie wyrzekł ani słowa. Otoczył ją ramieniem, przygarnął do siebie i pocałował w czoło. Dziewczyna rozpłakała się.
Poczekał, aż się uspokoiła i łzy starła. Posadził ją na kanapie, usiadł koło niej i zapytał:
— Jak to się stało?
— Dziś rano przyjechał rządca ze Zbychowa z wiadomością, że tatko umarł o północy na atak sercowy. Cały dzień jeździł po folwarkach, wieczorem poczuł się słabo i koło dziesiątej kazał telefonować po doktora. Zanim doktór przyjechał, już nie żył.
Znów się rozpłakała.
— Po powrocie z Londynu — rzekł po chwili — zastałem go strasznie zmienionym. Nie przypuszczałem jednak...
— Tatko nie był silnym człowiekiem, ale napewno byłby żył...
— Gdyby nie te przejścia — rzekł Twardowski.
— Gdyby się był tak strasznie nie zawiódł na człowieku, któremu ufał bezgranicznie.
Mimowoli zbolała dziewczyna postawiła najlepszą diagnozę: Czarnkowski był za słabym człowiekiem, żeby żyć bez oparcia się o kogoś. Gdy zabrakło mu Culmera, wszystko się zawaliło...
Weszła pani Czarnkowska, również czarno ubrana. Miała twarz skupioną, usta jakoś dziwnie zaciśnięte, oczy suche.
— Wie pan o wszystkiem? — zapytała.
W milczeniu pocałował ją w rękę. Powstrzymał się od wyrażenia jej współczucia.
— Moje kochanie — zwróciła się do córki — przynieś mi mój woreczek.
Gdy Wanda wyszła, odezwała się jakimś mocnym głosem:
— Nowa ofiara Culmera. Umarł na serce, tak jak Alfred. Teraz kładę żałobę, którą już dawno winnam była nosić.
Wanda wróciła i podano śniadanie.
Panie mu powiedziały, że popołudniu wyjeżdżają do Zbychowa, gdzie staną wieczorem. Nie śmiał zapytać, jaki los spotka projekt wyjazdu do Turowa; ale pani Czarnkowska sama o tem pomyślała i upewniła go, że zaraz po pogrzebie, który się odbędzie w Zbychowie, przyjadą do niego. Ofiarował się im do Zbychowa towarzyszyć, co obie przyjęły z wdzięcznością.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.