Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/XXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
XXV.

Grzegorz, który się był naparł towarzyszyć rano Twardowskiemu i czekał nań przed domem Culmera, wciśnięty w kąt limuzyny, widział Jakóba, obserwującego z głębi bramy załogę automobilu, i zrozumiał, o co mu chodziło.
Po powrocie do domu podzielił się z Twardowskim myślami:
— To szczęście, że pan ma w Warszawie swój automobil i że kazał nam pan czekać na siebie. Gdyby pan nie miał pod bokiem swoich ludzi i gdyby nie było świadków na to, że pan wszedł do Culmera, możeby pan z tego domu już nie wyszedł.
— Coż ty myślisz — rzekł, śmiejąc się, Twardowski — że ja sobie dam tak łatwo krzywdę zrobić?
— Proszę pana, niech się pan nie śmieje. Nie pomoże największa siła i odwaga, gdy jest zasadzka. Ich było dwóch, a pewnie i więcej. Napadając podstępnie, znienacka, we dwóchby mogli pana zamordować. Mnie się zdaje, że w jego położeniu niema wyboru: on musi się pozbyć pana...
— A skądże ty wiesz, w jakiem on jest położeniu?
— Ja wczoraj słyszałem przypadkiem, jak pan rozmawiał z nim przez telefon.
— To ty słuchasz moich rozmów?
— Przepraszam pana, ja jestem uczciwy człowiek. Gdy pan rozmawia z kim innym, z jaką panią naprzykład, odchodzę jaknajdalej, żeby nie słyszeć. Ale Culmer to co innego. Jestem tu poto, żeby pana bronić od tego zbrodniarza, i muszę wiedzieć, co między nim a panem zachodzi. Gdym usłyszał z drugiego pokoju, że pan wzywa Culmera do telefonu, nietylko nie wyszedłem, ale przyłożyłem ucho do dziurki od klucza.
Ta szczerość służącego i jego dobre zamiary rozbroiły Twardowskiego. Nietylko nie zbeształ go za niedyskrecję, ale opowiedział mu całą sprawę kopalni złota i ograbienia Czarnkowskiego.
— No i widzi pan — rzekł Grzegorz. — Czy pan myśli, że taki łotr cofnie się przed największą zbrodnią?
— Gdyby nie był tchórzem.
— Proszę pana, i tchórze umieją mordować: ze strachu, gdy są przyciśnięci do muru. Jak pan tylko wszedł do Culmera, zaraz ten prześliczny Jakóbek pokazał się w bramie i uważnie nam się przyglądał. Pocoby on to robił? Tam było coś na pana przygotowane.
— Nie może być. To byłoby bardzo nieostrożne, a on nie taki głupi.
— Tonący brzytwy się chwyta. Lepiej nie czekać, aż on głupstwo zrobi, i raz z nim skończyć.
Grzegorz w tej chwili miał wyraz twarzy, jak wtedy na cmentarzu, nad grobem pana. Twardowskiego mróz przeszedł.
— Co chcesz powiedzieć? — zapytał.
— Grzegorz nie powiedział ani słowa, tylko rękami wykonał ruch, jakby postrzelonej kuropatwie łeb ukręcał.
— Grzegorzu, Grzegorzu! — zawołał Twardowski. — Przecież my nie możemy być mordercami.
Grzegorz mu popatrzył w oczy. Twarz jego przybrała dziwny wyraz: coś jakby zawód, rozczarowanie; patrzył, jak człowiek, który zgubił drogę. Wreszcie jakby nowa myśl zaświtała w jego kanciastej głowie i zrodziła nowe postanowienie.
— Tak — odezwał się półgłosem, jakby dyskutując ze sobą — ale ja nie mogę dać pana zamordować.
— Będziemy się strzegli i poradzimy sobie — rzekł Twardowski. — Tymczasem temu łotrowi porządnie krwi upuścimy. Dla niego pieniądze to krew własna. Dałem m u dwadzieścia cztery godziny do namysłu.
— Przez te dwadzieścia cztery godziny ja pana na chwilę nie odstąpię. Oni będą czegoś próbowali.
Chcąc poprawić Grzegorzowi humor, Twardowski opowiedział mu historję teki z papierami i uszkodzonej głowy Jakóba.
Rozweseliło to trochę poczciwego siłacza.
— Jakie to szczęście — rzekł — że pan jest taki przytomny. Ale teraz mamy dowód, że ten Jakóbek to wspólnik swego pana i taki sam, jak on, ptaszek.
Po chwili milczenia rzekł, jakby do siebie:
— Ciekawym, co oni dziś wymyślą?...
Usiadł przy oknie sąsiedniego pokoju i ukryty za firanką obserwował ulicę. Koło czwartej zaraportował, że jakieś dwie podejrzane figury jedna za drugą co kilka minut przechodzą po drugiej stronie ulicy, najwidoczniej obserwując dom Twardowskiego. Ubłagał pana, żeby tego dnia mieszkania nie opuszczał, co zresztą było łatwe, bo ten nie miał narazie żadnych spraw na mieście, a do Czarnkowskich wolał nie chodzić, dopóki nie będzie miał dla nich czegoś określonego.
Koło szóstej zatelefonowała Wanda:
— Co u ciebie słychać? Nie wpadniesz do nas?
— Dziś nie — odpowiedział Zbigniew. — A u was nic nie zaszło?
— Culmer telefonował do tatka, ale usłyszał, że leży chory, do telefonu nie wstaje i nikogo nie przyjmuje. Zapewniał, że jego przyjmie: odpowiedzieliśmy, że taki jest wyraźny nakaz doktora.
Przez cały wieczór Grzegorz siedział w ciemnym pokoju i wyglądał na ulicę. Twierdził, że dwa podejrzane indywidua ciągle się kręcą.
Twardowski zjadł z apetytem obiad i cały wieczór wypełnił czytaniem.
O północy zadzwonił telefon. Twardowski, który jeszcze czytał, wziął słuchawkę i zapytał, kto mówi.
— Mówi doktór Kwiatkowski. Jestem u pana Czarnkowskiego, którego stan jest ciężki: może nie dożyć do rana. Pragnie pana widzieć. Czy może pan przyjechać i kiedy?
— Będę za kwadrans.
— Lepiej tak za godzinę. Chory chwilowo zasnął.
— Dobrze.
Grzegorz, który słyszał odpowiedzi pana, zapytał bez ceremonji, o co chodzi. Ten mu powtórzył rozmowę z doktorem.
— Czy pozwoli pan, że zadzwonię do mieszkania doktora Kwiatkowskiego?
— Poco?
Odszukał numer doktora i zadzwonił. Po długiem czekaniu ktoś się odezwał.
— Czy jest pan doktór w domu?
Po krótkiej chwili położył słuchawkę i zwrócił się do pana:
— Doktór od godziny śpi i nie kazał się budzić dla nikogo.
Zaśmiał się brzydko.
Twardowski pokręcił głową. Po chwili wziął słuchawkę i zadzwonił do Czarnkowskich.
W telefonie odezwał się głos Wandy.
— Jak się ma ojciec? — zapytał.
— Nieźle, udaje tylko chorego. Czemu o to pytasz?
— Czyście wzywali doktora?
— Ależ nie. Mówię ci, że tatko zdrów i śpi już od dwóch godzin. Powiedz mi, co znaczą te pytania?
— Wiem, że nie mają sensu. Byłem trochę niespokojny. A ty, dziecko, dlaczego jeszcze nie śpisz?
— Nie chce mi się. Jestem także trochę niespokojna.
— Z jakiego powodu?
— O ciebie. Wiem, że i to nie ma sensu, ale sensowność to rzecz twoja, a nie moja. Ja się rządzę babskiemi przeczuciami. I dlatego proszę, pilnuj się, mój najdroższy.
Wymienili jeszcze parę zdań i powiedzieli sobie dobranoc.
Grzegorz wychylił się z sąsiedniego, ciemnego pokoju.
— Cóż, proszę pana, nie miałem racji, że oni będą czegoś próbowali? Tych dwóch już niema na ulicy. Widać przygotowują się do spotkama z panem...
Twardowski nie mógł zaprzeczyć.
— Trzeba iść spać — rzekł.
— Może pan spać spokojnie. Ja spać nie będę. Usiądę sobie z Piorunem tu w gabinecie, będę wyglądał na ulicę, a Piorun będzie słuchał, czy nie dobiera się kto do drzwi frontowych. Od kuchni pilnuje Marek.
Twardowski się zaśmiał.
— Strzeżecie mnie, jak Mussoliniego.
— Lepiej być za ostrożnym, niż niedbałym.
Spał mocno do rana. Obudziwszy się, zadzwonił. Zjawił się Michał i zawiadomił go, że Grzegorz i szofer poszli spać o pół do siódmej i kazali się obudzić, gdy będą potrzebni, lub gdyby pan miał z domu wychodzić.
Wykąpał się, ubrał, zjadł śniadanie i zabrał się do pracy.
O jedenastej zjawił się Grzegorz.
— Widać — długo w jakimś punkcie czekali na pana, myślę, ze domu państwa Czarnkowskich, bo na naszej ulicy pokazali się dopiero po pół do trzeciej. Zrobiliśmy im kawał. Myślałem, ze spróbują dobrać się do naszego mieszkania, ale się nie odważyli. To tchórze...
Od Culmera nie było wiadomości.
Wreszcie o pół do dwunastej rozległ się dzwonek telefonu. Twardowski usłyszał głos mecenasa:
— Chcę się z panem widzieć. Czy może pan do mnie przyjechać?
— Nie. Czekam pana u siebie — odpowiedział sucho Twardowski.
— Przed dwunastą będę.
Twardowski Grzegorzowi dał instrukcję, żeby się nie pokazywał. Musiał mu wszakże pozwolić na przebywanie w sąsiednim pokoju
Culmer przyszedł. Targował się jeszcze. Próbował zmiękczyć Twardowskiego swem ciężkiem położeniem. Ten wszakże był nieczuły jak kamień. Wreszcie wyjął zegarek i oświadczył mecenasowi, ze ma jeszcze tylko pięć minut czasu.
Culmer zerwał się.
— A więc niech tak będzie, weźcie sobie ten majątek. Udławicie się nim!
— A to dlaczego?
— Na Zbychowie przy jego obdłużeniu może się utrzymać tylko ten, kto ma pieniądze. Czarnkowski z niego prędko wyleci. Ja go nie będę miał, ale i wy nie będziecie mieli.
— Tu się pan myli. Spłacę długi Czarnkowskiego i sam wejdę na hipotekę.
Culmer stał jak piorunem rażony.
— Pan?
— Ja. Spadek po stryju, który prócz Turowa wynosi 6 miljonów, pozwoli mi na to.
— Dlaczego pan kłamał? — zawołał mecenas szczerze oburzony.
— Niech pan się przyzwoicie wyraża. Czy pan zasługuje na to, żeby panu prawdę mówić?... Zresztą, mniejsza o to. Wobec pańskiej zgody stawi się pan dla podpisania aktu u rejenta Konińskiego. Drugą stronę będzie reprezentował mecenas Osiecki, który ma na to pełnomocnictwo.
— Ja się osobiście nie stawię: przyślę także pełnomocnika.
— Wszystko jedno. Jest pan prawnikiem i nie mam potrzeby pana informować, co ma pan zrobić, żeby wszystko było należycie załatwione. Tylko proszę nie liczyć na żadną zwłokę. Ma pan czas dziś wszystko przygotować. Jutro punkt dwunasta w południe akt ma być podpisany. Uprzedzam pana, że skargę przeciw panu mam gotową i wniosę ją do sądu jutro przed pierwszą, jeżeli nie otrzymam zawiadomienia o podpisaniu aktu.
Culmer milcząc powstał.
Twardowski go zatrzymał gestem ręki.
— Jeszcze jedno — rzekł. — Nie chcę, żeby było między nami nieporozumienie. Podpisanie tego aktu załatwi sprawę pana Czarnkowskiego, którą będę uważał za skończoną. Ale sprawa między nami, panie Kulmer, pozostaje niezałatwiona. Walkę z panem i pańską bandą doprowadzę do końca.
— Zobaczymy! — wykrztusił chrapliwym głosem mecenas.
Po wyjściu Culmera Twardowski zawołał Grzegorza.
— Jutro o dwunastej — akt będzie podpisany.
— O, to źle! — zawołał służący.
— Dlaczego?
— Mają jeszcze dwadzieścia cztery godziny czasu.
— Tyle zrobią, co dotychczas.
— Jeżeli będziemy się dobrze pilnowali.
Popołudniu zadzwoniła Wanda.
— A dziś nie przyjdziesz do nas?
— Przyjdę jutro, bo już będę miał z czem przyjść.
— A dziś co będziesz robił?
— Będę siedział w domu.
— To ja się zapraszam do ciebie na obiad. Jeżeli cię dziś nie zobaczę, będę bardzo niespokojna. Nie rozumiem, co się ze mną dzieje...
Jeżeli Grzegorz ma słuszność, że dom jego jest strzeżony, to nie można dziś w nim przyjmować Wandy. Trzeba jednak z nią się zobaczyć.
— Dziś kochanie, mój dom nie jest odpowiedniem miejscem dla ciebie. Wobec tego wolę ja się zaprosić do was na obiad, jeżeli mię przyjmiecie.
— Brawo! zapraszam cię w imieniu mamusi i tatka. Przyjdź wcześniej — będę na ciebie czekała.
Grzegorzowi nie podobał się ten obiad u państwa Czarnkowskich. Według niego pan nie powinien, wychodzić z domu, dopóki Culmer aktu nie podpisze. Widząc jednak, iż rzecz jest postanowiona, zapowiedział, że będzie panu towarzyszył.
Gdy automobil zajechał przed dom Czarnkowskich, Grzegorz wyskoczył pierwszy, rozejrzał się wokoło, poczem panu drzwiczki otworzył. Twardowski chciał ich odprawiać z tem, żeby przyjechali po niego o dziesiątej, ale Grzegorz zaoponował.
— Będziemy czekali. Może się coś zdarzyć, że pan będzie chciał wyjść wcześniej. Lepiej, żeby pan miał nas pod ręką każdej chwili.
W przedpokoju służący mu powiedział, że panienka czeka u siebie.
Gdy wszedł, rzuciła mu się na szyję, witając go z taką radością, jakby się wieki nie widzieli. Była dziwnie nerwowa — trochę przybladła.
— Muszę widzieć ciebie — mówiła szybko — żeby być spokojną. Nic nie wiem, nic nie słyszę, a jednak mam poczucie, że w powietrzu wisi jakieś niebezpieczeństwo dla ciebie. Do głowy mojej jakby przychodziły jakieś nieme depesze, które mnie przerażają. Powiesz, że to głupstwo, ale co ja poradzę?...
Tuliła się do niego, jakby chcąc z niego zaczerpnąć siły. Czuł lekkie drżenie jej ciała.
— Uspokój się, kochanie, nic mi nie grozi. Wszystko idzie jaknajlepiej.
— A dlaczegoś wczoraj telefonował ni stąd, ni zowąd o zdrowie tatka?
— Ktoś mi powiedział, że jest chory.
— Kto?
— Nie wiem kto. Mówił przez telefon.
— To dziwne...
Popatrzyła mu w oczy, jakby chcąc dowiedzieć się, czego nie dopowiedział.
— Nam tu także dokuczają telefonami. Nieznajomym tatko już kazał nie odpowiadać...
— To wszystko wkrótce się skończy.
— Przed chwilą telefonowała do mnie ta Brzozowska.
Twardowski się zaciekawił.
— Zamówiła się o jakąś książkę, której jakoby chciała ode mnie pożyczyć. Ale zaraz zaczęła mówić o tobie. Pytała, czy to prawda, że przestaliśmy cię przyjmować. Oburzyła mię. Powiedziałam jej, że dziś będziesz u nas na obiedzie. Może ja źle zrobiłam?
— Coż może być w tem złego? Przeciwnie, dziękuję ci, żeś to powiedziała.
W duchu sobie jednak mówił, że to pewnie był wywiad mecenasa.
Obiad odbył się w atmosferze dość napiętej. Pomimo iż Twardowski zawiadomił pana domu, że jutro o dwunastej ma zostać spowrotem właścicielem Zbychowa, towarzystwo jakoś nie mogło się wypogodzić. Niepokój Wandy widocznie udzielał się jej rodzicom, Pani parę razy powtórzyła mu, żeby się strzegł nieprzyjaciół. Czarnkowski zaś siedział, jak podsądny, niepewny wyroku, który ma zapaść za chwilę.
Twardowski pożegnał się przed dziesiątą, obiecując się nazajutrz na śniadanie.
— Wszystko spokojnie, nic podejrzanego — zaraportował Grzegorz panu, wsiadającemu do automobilu.
Ruszyli spowrotem do domu.
Przed domem również Grzegorz nic nie zauważył. Brama była jeszcze otwarta; służący towarzyszył panu na górę.
Otworzył drzwi dwoma kluczami i weszli do przedpokoju. Naraz z głębi mieszkania, z sypialni, rozległ się szczek Pioruna, namiętny, trochę piskliwy, jaki zawsze wydawał, gdy zobaczył kota na drzewie.
— Oho — szepnął Grzegorz i ruszył w kierunku psiego głosu, odkręcając po drodze światło. Twardowski podążył za nim.
W sypialni zaświecona lampka przy łóżku ukazała im dziwaczny widok.
Na dywanie koło łóżka leżał nawznak mały, chudy człowieczek, a na nim siedział Piorun, opierając się przedniemi łapami o ziemię po obu stronach jego głowy, ze łbem zwieszonym nad jego twarzą. Obok tej pary stał na dywanie gramofon.
Na ten niezwykły widok Twardowski o mało nie parsknął śmiechem.
Na ich wejście Piorun zamerdał ogonem i zwrócił ku nim mordę z triumfującem spojrzeniem. Leżący uniósł trochę głowę i otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale pies natychmiast zwrócił łeb ku niemu i zębami chwycił go za gardło.
— Puszczaj, Piorun! — krzyknął Grzegorz.
Pies puścił gardło leżącego i podbiegł do pana.
— Wstawaj! — rzekł Grzegorz.
Leżący trochę się uniósł.
— A on?... — zapytał, niespokojnie wskazując na Pioruna.
— On ci już teraz nic nie zrobi.
Człowieczek powstał z ogromnie niemądrą miną. Westchnął z ulgą. Był to mężczyzna młody, koło lat trzydziestu, wygolony, ubrany dość przyzwoicie, ale strasznie wychudzony: miał wygląd suchotniczy.
— Co ty tu robisz? — zapytał Grzegorz.
— Nie bój się pan, nic nie ukradłem. I kraść nie przyszedłem: owszem, przyniosłem prezent.
— Jaki prezent?
— Nie widzisz pan?
Wskazał na gramofon. Był to aparat najmniejszego ze znanych rozmiaru.
— Jakeś tu wszedł?
— Jak się należy: przez drzwi frontowe.
— Kto ci otworzył?
— Ja ta m nie potrzebuję nikogo fatygować. Sam sobie otwieram.
— Miałeś klucze?
Indagowany uśmiechnął się pogardliwie.
— Poco mi klucze? Dla mnie niema zamku ani zatrzasku.
— Oho! — rzekł Grzegorz — toś ty ładny ptaszek.
— To zaczyna być interesujące — wtrącił Twardowski. — Przejdźmy do gabinetu.
— Siadaj pan — rzekł, widząc, że człowieczyna chwieje się na nogach.
Grzegorz spojrzał nań z wyrzutem, że tak grzecznie traktuje nieproszonego gościa. Piorun ułożył się u nóg pana i, zadowolony z siebie, figlarnie patrzył na swoją ofiarę.
— Opowiedzno pan — zagaił Twardowski — co znaczy ta wizyta i ten gramofon.
— Widzę, że z całem przedsiębiorstwem klapa, więc niema rady: powiem wszystko, co wiem. Tylko muszę odsapnąć trochę, bo ta bestja mię zmordowała. Co chcę się ruszyć, to ta mnie zębami za gardło...
Twardowski pogłaskał Pioruna, który patrzył mu w oczy, jakby mówił: “Dobrzem się spisał, co?”
— Długoś pan tak leżał?
— Bo ja wiem. Mnie się zdawało, że ze sto lat. Przyszedłem tu o pół do dziewiątej.
— To tylko półtorej godziny.
— Tylko! Chciałbym, żeby mój najgorszy wróg tego spróbował.
Jasno, bez widocznego krętactwa opowiedział całą historje. Zeznał, że jest z zawodu ślusarzem, i to bardzo zdolnym; że, nie mogąc ciężko pracować, wziął się do lżejszego zajęcia: został mieszkaniowym złodziejem. Ułatwiła mu to znajomość radzenia sobie z zamkami.
— Wzywano mię często — mówił z uśmiechem — do otwierania trudnych zamków: później otwierałem bez zaproszenia.
I ten zawód zaczął mu się przykrzyć, zwłaszcza, że podupadał na zdrowiu. Toteż ucieszył się, gdy jeden z jego przyjaciół zapoznał go z pewnym panem, który powiedział, że ma dla niego łatwą robotę, która będzie dobrze zapłacona.
Tu przerwał i zawahał się.
— Cóż to za robota? — zapytał Twardowski.
— To pan jest pan Twardowski, prawda? — odpowiedział były ślusarz pytaniem.
— Tak.
— To, co mam mówić, dotyczy tylko pana.
Wskazał okiem na Grzegorza, jako na niepotrzebnego.
— Proszę wszystko mówić do nas dwóch.
— Dobrze. Otóż ten pan mi powiedział, że pan Twardowski bałamuci mu żonę, która chodzi do niego na noc. Chcąc się zemścić na nich, kazał przygotować sobie gramofonik z zegarowym przyrządem i nagadał dla nich płytę z okrutnem wymyślaniem. Zegarek nastawi się na nocną godzinę — chodzi tylko o to, żeby ktoś wstawił gramofonik pod pańskie łóżko. Ogromnie mi się ta zemstą podobała, bo to niezły figiel.
— Któż to jest ten pan? — jak się nazywa?
— Kozieniecki.
Twardowski szeroko usta otworzył.
— Gdzie mieszka?
— Tego nie wiem, bośmy się spotykali u mego przyjaciela.
— A jak wygląda?
— Straszna małpa: mały, z dużym łbem, z gębą, która się może przyśnić. Nie dziwię się, że żona go zdradza. Dziś przypędził do mego przyjaciela z obandażowaną głową. Żona go zdzieliła, gdy jej robił wymówki. Powiedział, że nie można dłużej zwlekać, bo pan jutro wyjeżdża na jakiś czas. I dziś dobry dzień, bo pana od ósmej nie będzie w domu, a na noc napewno przyjdzie jego żona pożegnać się z panem.
Twardowski wymienił spojrzenie z Grzegorzem.
— Jakóbek! — szepnął służący i wybiegł z pokoju.
Za chwilę wrócił z gramofonem. Przystawił go Twardowskiemu do ucha...
— Tik tak, tik tak — słychać było zegarek.
Odwrócił gramofon dnem do góry: dno było przymocowane nowemi śrubkami.
Postawił gramofon na stoliku i znów zniknął. Wrócił, niosąc skrzynkę z narzędziami. Usiadł naboku i zaczął odkręcać śrubki.
— Wszystko byłoby poszło dobrze — mówił dalej niedoszły wykonawca zemsty. — Ale kiedym leżał koło łóżka, chcąc wsunąć pod nie gramofon, coś skoczyło na mnie. Patrzę — pies. Chciałem go zrzucić, a on mnie zębami za gardło. Osłabiony padłem nawznak. Wtedy puścił moje gardło. Próbowałem się podnieść, znów mię złapał za gardło. Po paru takich próbach zrozumiałem, że jeśli będę leżał spokojnie to on mi nic nie zrobi. Przestałem więc się ruszać, a on sobie siedział na mnie. Nawet nie był zły: merdał ogonem, wywiesił ozór i patrzył mi w oczy tak, jakby się śmiał ze mnie. Ale niech go djabli wezmą! Pewnie mam dobre znaki na gardzieli...
Podniósł brodę. Po obu stronach grdyki widać było czerwone ślady kłów Pioruna.
Tymczasem Grzegorz odjął denko i z otwartym gramofonem podszedł do Twardowskiego. Prawie całe wnętrze pudełka wypełniał gruby, żelazny cylinder.
— Bombka! — rzekł krótko.
Twardowski kazał mu podać skrzynkę z narzędziami, wziął z niej cążki i przeciął niemi jakiś drucik wewnątrz pudełka.
— Bądź spokojny, ja się na tem trochę znam. Już teraz nieszkodliwa. To istotnie niezły figiel — wyjąć mechanizm gramofonu, a wstawić bombę. Jutro ją poślemy do analizy i dowiemy się, czem naładowana. Ładny prezent nam pan przyniosłeś — zwrócił się do ślusarza.
Ten trząsł się, jak liść.
— Panie, ja o tem nie wiedziałem. Jestem złodziejem, ale nie jestem mordercą. Nikogo w życiu nawet nie skaleczyłem!...
— Będziesz się tłumaczył na policji! — rzucił mu Grzegorz z dzikiem spojrzeniem.
— Ileż on panu za to dał? — zapytał Twardowski.
— Tysiąc złotych: pięćset dostałem zgóry, a pięćset miałem dostać jutro.
— To wcale tanio za taką robotę.
— Gdybym był wiedział, za miljonybym tego nie zrobił.
Rozpłakał się jak dziecko, czyniąc sobie wyrzuty i strasznie przeklinając samego siebie.
Tymczasem Twardowski wyjął cylinder, odkręcił jego przykrywę i przyglądał się szaremu proszkowi, który go wypełniał.
— To wygląda na zwyczajny, poczciwy dynamit — mówił do siebie. — Efekt byłby niezły, gdyby to wybuchło...
— Niechże pan wezwie policję! — zawołał delikwent, dla którego dalsze przyglądanie się zawartości pudełka od gramofonu było widoczną męką.
— Wcale nie będę wzywał — odrzekł spokojnie Twardowski.
— Co pan chce ze mną zrobić?...
— Nic. Pójdziesz pan sobie wolno do domu.
— Puszcza go pan? — zawołał Grzegorz.
— On jest szczery — rzekł uśmiechając się Twardowski. — On nie wiedział, co przynosi. Ci zbrodniarze wywiedli go w pole...
Niedoszły morderca rzucił się przed Twardowskim na kolana, a gdy ten mu wyrwał ręce, zaczął mu nogi całować.
— Możesz pan iść — rzekł.
Wtem sobie coś przypomniał.
— Zaczekaj pan chwilę.
— Usiadł przy biurku, wziął kartkę papieru i parę słów napisał.
— Masz pan tu adres. Pod tym adresem mieszka pan mecenas Henryk Culmer i jego służący, Jakób. Żaden z nich nie ma żony, więc nie miałem co uwieść. To oni obaj przygotowali dla pana ten gramofon. Jakób układał się z panem, przybrawszy nazwisko Kozienieckiego. Może pan zechce z nimi pogadać...
Człowieczyna chwycił łakomie kartkę, całując rękę, która mu ją podała.
— Już ja z nimi pogadam!
— Byle nie jutro przed południem. Możesz pan zacząć składać im wizyty dopiero jutro popołudniu. Grzegorzu, wyprowadź go do bramy.
Wziął do ręki słuchawkę telefonu i podał numer Czarnkowskich. Kazał poprosić pannę Wandę.
— Wandeczko, możesz dziś spać spokojnie. Już mi nic nie grozi. A wiesz komu to zawdzięczam?... Twojemu przyjacielowi, Piorunowi.
Pies, leżący u jego nóg, usłyszawszy swoje imię, skoczył i upomniał się o podziękowanie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.