Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
V.

Cały dzień prawie zajęło Twardowskiemu przeglądanie papierów stryja. Znalazł je w doskonałym porządku, co go zmartwiło. Wiedział zgóry że znajdzie w nich tylko to, co zmarły chciał zostawić, że nie zawieruszył się tam ani jeden świstek, z punktu widzenia stryja niepotrzebny. Przyczynków do rozwiązania męczącej go zagadki nie można było oczekiwać. Niemniej przeto znalazł wiele rzeczy, które go zainteresowały i które postanowił później przestudjować.
Były tam stare papiery rodzinne Twardowskich. Osobno — te jedynie w pewnym nieładzie schowane były wszelkiego rodzaju dokumenty, listy, notatki, pozostałe po ojcu Zbigniewa. Znalazł tam nawet swoje cenzurki szkolne. Główną część tego archiwum stanowiły papiery osobiste stryja przeważnie dotyczące spraw przemysłowych i handlowych, któremi się zmarły zajmował swego czasu. Wyglądało to tak, że można było na ich podstawie całą jego działalność odtworzyć. Był wreszcie cały szereg rękopiśmiennych referatów, memorjałów w kwestjach przemysłowych i handlowych, a obok tego i w politycznych, co bardzo Zbigniewa zdziwiło. Ostatnie nosiły daty sprzed roku 1911, najdalej z początku 14-go. Z czasów późniejszych nic poza korespondencją z bankami w których miał złożone kapitały, i poza papierami dotyczącemi Turowa.
Grzegorz połączył się telefonicznie z mieszkaniem warszawskiem, którem opiekował się służący Michał i jego żona, i kazał je przygotować na dzień jutrzejszy dla swego pana.
Nazajutrz Twardowski wsiadł w limuzynę i pojechał do Warszawy.
Po przyjeździe kazał sobie zaraz podać spis abonentów telefonów i szukał w nim Kolmara. Spotkał go zawód — nazwiska tego nie było. Może już nie żyje — pomyślał ze swego rodzaju żalem. Potem zadzwonił do Osieckiego i zamówił się do niego na dzień następny. Z wolnej reszty popołudnia i z wieczora skorzystał, żeby się przyjrzeć Warszawie, której prawie nie znał. Zrobiła na nim przykre wrażenie; za wiele biedy, za wiele hałasu i brudu, nieharmonijna mieszanina Wschodu z Zachodem.
Z adwokatem rozmawiał tylko o interesach, wziął od niego dokumenty, które mu były potrzebne, i wystawił plenipotencję, powierzając mu prowadzenie spraw swoich. Zawiadomił go o swym zamiarze zamieszkania na pewien czas w kraju i o natychmiastowym wyjeździe na krótki czas do Paryża. Po powrocie zjawi się u niego z prośbą, żeby na początek zechciał być jego mentorem na gruncie warszawskiem.
Następnego dnia siedział już w pociągu paryskim.
Zastanawiał się nad ciekawem zjawiskiem psychicznem, które go oddawna interesowało i według niego nie było tak proste, jakby się to mogło zdawać. Była to zależność myśli ludzkiej od miejsca, w którem człowiek się znajduje. Dopóki pociąg mknął ku granicy, przetrawiał wrażenia warszawskie, myślał o pogrzebie stryja, o Turowie, o księdzu, o Grzegorzu, nawet o psie Piorunie. Za Poznaniem wszakże, a zwłaszcza za granicą niemiecką wszystko to niebieszczało, traciło kontury, tonęło jakby we mgle, a zato coraz natrętniej narzucały się jego myśli sprawy, które ją pochłaniały przed śmiercią stryja, jego zajęcia, rzeczy, które postanowił był sobie zrobić w najbliższym czasie, ludzie, którzy mu do tego byli potrzebni. Za granicą belgijską myśl jego żyła już całkiem w Paryżu, w tamtejszych stosunkach, wśród tamtejszych ludzi... I sam już teraz był człowiekiem mniej podobnym do tego, który siedział w Turowie i rozmawiał z Grzegorzem.
Na Gare du Nord czekał go uśmiechnięty Laurent, jego służący od lat sześciu, pracowity i pewny, wypróbowany podczas długich podróży Twardowskiego, kiedy mieszkanie pozostawało na jego opiece. Miał on przygotowany samochód, którym zawiózł pana do jego miłej garsoniery wpobliżu Trocadero.
Laurent ze smutkiem się dowiedział, że “monsieur” zabawi w Paryżu tylko trzy tygodnie, w ciągu których zrobi kilkudniową wycieczkę do Londynu, a potem na nieokreślony czas pojedzie do Polski. Pocieszyła go podwyższenie pensji za czuwanie w dalszym ciągu nad mieszkaniem. Domyślił się, że pan teraz, po śmierci stryja, musi być bardzo bogaty, i wyraził gotowość pojechania z nim do Polski. Otrzymał odpowiedź, że potrzebny jest w Paryżu, w którym pan nie ma zamiaru nigdy zwijać mieszkania. Tymczasem przypadła mu praca pakowania rzeczy, papierów i części książek. Była to praca trudna, bo o każdą niemal rzecz trzeba było pytać, czy zostaje, czy idzie do kufrów.
Trzy tygodnie upłynęły niepostrzeżenie. Ze zwykłą sobie systematycznością i umiejętnością zużytkowania czasu Twardowski wszystko załatwił, o niczem nie zapomniał, widział wszystkich ludzi, których zobaczyć sobie postanowił. Nie stało się w tym czasie nic szczególnego uwagi. Tylko, kiedy pod koniec pobytu zagranicą wracał z Londynu do Paryża, zdarzyło mu się coś, co mu dużo dało do myślenia.
Po wylądowaniu w Calais zajął zarezerwowane miejsce w pullmanowskim wagonie i zaczytał się w książce, którą świeżo był kupił w Londynie. Od czasu do czasu, jak to było jego zwyczajem, robił ołówkiem notatki na włożonej w książkę kartce papieru.
Naraz wpadły mu w ucho słowa:
Look here, Kolmar...
Twardowski drgnął nieznacznie. Kolmar! Nazwisko podane mu przez Grzegorza. Podniósł oczy od książki i spojrzał w stronę, skąd go te słowa doleciały.
Po drugiej stronie przejścia, przy sąsiednim stoliku siedzieli dwaj mężczyźni, ze sposobu noszenia się i z ubrania najklasyczniejsi Anglicy, z rysów wszakże gdy im się przyjrzał, niewątpliwie żydzi. Prowadzili rozmowę przyciszonym głosem, ale widoczne było, że się kłócili. To sprawiało, że jeden lub drugi od czasu do czasu głos podnosił. Natychmiast wszakże się spostrzegał i zniżał głos aż prawie do szeptu. Obaj byli młodzi: ten, którego sąsiad nazwał Kolmarem, był poniżej trzydziestki.
Twardowski spuścił oczy na książkę, udawał, że czyta i notuje, ale próbował słuchać. Dochodziły go tylko pojedyńcze wyrazy. Wśród nich często powtarzał się wyraz “Tugela”, czasami “Tugela Rover”...
— Coś mówią o południowej Afryce — rzekł do siebie.
Zrezygnował już z dowiedzenia się o czem mówią ci dwaj jegomoście, z których jeden nazywał się Kolmarem, gdy naraz głosy ich się podniosły. Tym razem mówili... po polsku. Widocznie sprzykrzyło im się kłócić półgłosem, nieodpowiadającym napięciu ich namiętności, więc zdecydowali się głos podnieść; żeby ich wszakże nie podsłuchano, przeszli na język egzotyczny, mało znany na Zachodzie. Wszak nikt w sąsiedztwie nie wyglądał na Polaka, a najmniej ze wszystkich ten pan zaczytany i robiący sobie notatki z książki. Kolmar mówił po polsku wcale czysto i swego towarzysza, mówiącego z angielska, nazywał bądź Jamesem, bądź Stuartem.
— James Stuart! — rzekł do siebie w duchu Twardowski — jak sobie pozwolić na nazwisko, to już na dobre...
Siyszał teraz, co mówili, i zorjentował się od pierwszej chwili, że mówią rzeczy interesujące. Miał biegłość w robieniu notatek, miał nawet własny system stenografji. Zaczął tedy spisywać najdokładniej całą rozmowę. Zapisał kilka kartek, których zapas miał zawsze pod bokiem. Robił to, zaglądając ciągle do książki, niby z niej przepisując.
Zachował się jak najordynarniejszy wywiadowca policyjny, uspokajał wszakże sumienie tem, że mając tropić łotrów, którzy według słów Grzegorza zamordowali jego stryja, nie może się bawić w skrupuły.
Dwaj jego współpasażerowie znikli mu z oczu na peronie w Paryżu. On zaś, przyjechawszy do swej garsoniery, notatki schował do biurka i przebrawszy się wyszedł na miasto. Wieczorem miał obiad w restauracji, na który zaprosił jednego ze znajomych.
Rano był zajęty. Dopiero popołudniu mógł zabrać się do przepisania zanotowanej w wagonie rozmowy. Przepisał ją porządnie, na maszynie. Potem uważnie ją odczytał.
Rozmowa toczyła się między dwoma nieznanymi mu ludźmi, w nieznanej, całkiem obcej mu sprawie; a jednak prawie był pewny, że mu się ona przyda w walce z nieznanymi wrogami stryja.
Wynikało z niej, że żyd, starszy wiekiem, mogący mieć pod czterdziestkę, który nazywał się Stuartem i dla niewprawnego oka mógł nawet wyglądać na Szkota, był promotorem i prezesem towarzystwa kopalni złota “Tugela River Gold Co.” Towarzystwo to było, jak wiele podobnych, zwykłym szwindlem. Nadto szwindel był nieudany, bo ludzie nauczyli się już w tych rzeczach ostrożności: na udziałowców udało się połapać tylko pewną ilość drobnych rybek. Tymczasem z upadłością trzeba się śpieszyć, zrobić ją przed najbliższym terminem wypłacania dywidendy. Kolmar, który był jednym z cichych agentów Stuarta do napędzania udziałowców, nic nie upolował, za co mu tamten robił gorzkie wyrzuty. Obecnie wszakże Kolmar miał złapać grubszą rybę, jakiegoś bogatego szlachcica polskiego, żądał wszakże niesłychanie wysokiej prowizji. Stuart mu wykładał, że to się nie da rachunkowo przeprowadzić, zapewniał, że on nie myśli dla korzyści Kolmara siedzieć w więzieniu.
Rozmowa rozwijała się dalej w następujących terminach:
Kolmar. Ty i tak będziesz musiał zwiać z Anglji, bo inaczej cię zamkną.
Stuart. Dokąd pojadę?
K. Człowiek z twoją głową może zrobić dużą karjerę w Sowietach. Stamtąd cię nie wydadzą.
S. Tylko na miejscu rozstrzelają. Dziękuję. Zresztą, żeby długo nie gadać, moje ostatnie słowo; podzielimy się fifty — fifty.
K. Nie mogę. To przecie moje własne pieniądze.
S. Jakto twoje własne? Czyś ty zwarjował?
K. Moje własne. Jeżeli dasz mi słowo, że będziesz trzymał język za zębami, to ci powiem dlaczego.
S. Co?
K. Słowo?
S. Słowo.
K. Ten szlachcic ma córkę; dziewczyna ef-ef, ja się do niej palę. Przytem, jak się ma taką kobietę, to jest co pokazać. Można robić interesy. On więcej dzieci nie ma: jak ja się z nią ożenię, to i tak jego majątek będzie mój. Więc jak on straci na “Tugela River”, to ja tracę.
S. Dlaczegóż go w to pakujesz?
K. Bo póki ojciec ma majątek, ona za mnie niewyjdzie. Najpierw muszę starego zrobić bankrutem; mój tata kupi jego majątek dla mnie — to bardzo piękna posiadłość. Jak ona nic nie będzie miała, a ja będę miał ich majątek, to wtedy interes zrobiony: ona zostanie panią Kolmar.
S. To jest na ciebie za mądry interes. To ci się nie uda. Ty robisz coś takiego, co popsuje całą kombinację. Jeszcze niewiadomo, czy ten szlachcic pójdzie na “Tugela River”.
K. Thorner pisze, że on już poszedł.
S. Słuchaj, czy ty nie mógłbyś pamiętać, że to nie jest teraz Thorner, ale sir Joseph Turner?
K. Przepraszam, to tak z przyzwyczajenia. Kiedy ty będziesz sir James Stuart?... A może ty zechcesz odrazu zostać pretendentem do tronu szkockiego?...
S. Do not be a fool. Z tobą nie można rozmawiać na serjo o biznesie. Więc dlaczego powiadasz, że ten szlachcic już gotów? Jak on się nazywa?
K. Dowiesz się, gdy dojdziesz ze mną do zgody.
S. Sir Joseph mi powie.
K. Nie powie, bo on trzyma z moim tatą.
S. Więc dokładnie, jak się ten interes przedstawia?
K. Widzisz, on posiada ładny majątek, ale dosyć obdłużony. Teraz, gdy zboże tanie, on nie ma wcale dochodu: wszystko zabierają procenty i podatki. To mu się przykrzy. Więc myśli majątek sprzedać i rzucić się w jaki wielki interes. On uważa, że ma głowę do interesów, a jest idjota. Nie wierzy w polskie interesy i chce coś robić zagranicą. W zeszłym roku poznał się przez mego tatę w Paryżu z sir Josephem. Ogromnie się zaprzyjaźnili, bo mu imponuje szlachcic angielski, jednocześnie człowiek, znający się na wielkich interesach. Nie domyśla się nawet, że to jego dawny kompatrjota (obaj wybuchnęli śmiechem). Otóż teraz naznaczył sobie rendez-vous z sir Josephem w Paryżu, żeby się jego poradzić. Jest tam już od tygodnia. Sir Joseph wskazał mu “Tugela River” jako najszybszy sposób zrobienia wielkich pieniędzy, i szlachcic strasznie się zapalił. Sir Joseph mu powiedział, że ty będziesz w tym czasie w Paryżu, i on czeka na ciebie. Ty musisz zrobić minę niechętną: udziałów już niewiele, wolałbyś, żeby zostały w Anglji. Dopiero, gdy bardzo będą prosili, zrobisz to dla takiego znakomitego człowieka, jak sir Joseph, że zgodzisz się szlachcica do interesu wpuścić.
S. On przecie nie ma gotówki?
K. Nic nie szkodzi. Zgodzisz się poczekać. On poleci do Polski sprzedawać majątek. Teraz, przy braku gotówki, nikt nie kupuje, a jak kto kupuje, to grubo poniżej wartości. Będzie mu się śpieszyło, więc tata zrobi mu grzeczność, jako przyjacielowi, i majątek kupi. Szlachcic będzie miał gotówkę za parę tygodni.
S. To może być.
K. To będzie napewno. Tylko pamiętaj, w Paryżu ja nie istnieję: nie znamy się. Nigdyś o mnie nie słyszał.
Dalsza rozmowa była znów targowaniem się o podział łupu. Nie była ona dokończona, gdyż pociąg stanął w Paryżu.
Twardowski, odczytując sobie ten protokół powoli, widział całą sprawę jak na dłoni i uplastyczniał sobie rolę poszczególnych aktorów: James Stuart, sir Joseph Turner alias żyd Thorner, młody Kolmar, czy może raczej Kulmer, jak sądzić należało z brzmienia nazwiska, wreszcie jego ojciec — kto wie, czy nie największy z tych wszystkich łotrów, mieszkający w Polsce. Ostatni jedynie go naprawdę interesował. Wiele przemawiało za tem, że jest to właśnie osobistość, za którą Grzegorz tak tęsknił.
Schował do teki oryginalny dokument: był pewien, że dochodzenia przeszłości stryja zmuszą go do trudnej walki i przypuszczał, że w tej walce protokół z rozmowy w wagonie może się okazać bardzo przydatną bronią.
Nasunęła mu się myśl, że gdyby wiedział, kto jest owym szlachcicem, upatrzonym na ofiarę przez oszustów, mógłby go ostrzec. Z drugiej atoli strony, nawykły do roli obojętnego obserwatora, miał wstręt do mieszania się w cudze sprawy. Świat się nie zawali od tego, że jeden więcej głupiec da się okraść łotrom. To takie zwykłe...
Wprawdzie zajęcie się tajemnicą stryja musi go wyprowadzić z roli obserwatora; ale to co innego: to sprawa bardzo mu bliska, poniekąd jego własna sprawa. A kto wie, czy dla jego celów w tej sprawie nie lepiej, żeby się to planowane oszustwo udało. Może to doprowadzić do wydobycia nawierzch owego tajemniczego Kolmara czy Kulmera...
Po paru dniach opuścił Paryż.
Pojechał prosto do Turowa, raz dlatego, że chciał się w nowej siedzibie urządzić, rzeczy swoje w domu rozlokować, powtóre, że miał nadzieję czegoś jeszcze na miejscu się dowiedzieć.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.