Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
VI.

W pokojach na górze zastał już miejsce dla siebie uprzątnięte. Rzeczy stryja poukładano w kufry i przeniesiono do jednego z pustych pokoi, papiery zaś zniesiono na dół, do bibljoteki. Połowę tedy górnego piętra miał całkowicie dla siebie i tam postanowił rozłożyć się ze swemi książkami i pracą, w bibljotece zaś studjować papiery stryja. Miał jakby poczucie, że bibljoteka jeszcze do stryja należy.
Porządkując w Paryżu notatki i rękopisy, wciągnął się spowrotem myślą w swą pracę, przerwaną w bardzo interesującym momencie, i w drodze powrotnej obmyślał sobie, jak ją dalej będzie prowadził w Turowie. Zabrał ze sobą wszystkie potrzebne materjały i był przekonany, że w ciszy wiejskiej szybko posunie ją naprzód.
Ale gdy wyskoczył z wagonu na stacji i ujrzał kanciaste oblicze czekającego nań Grzegorza, wszelkie myśli naukowe pierzchły mu z głowy i pozostał w niej tylko Turów ze swą tajemnicą. Zrozumiał, że dopóki tajemnica ta będzie nad nim wisiała, o skupieniu się w pracy naukowej niema mowy. Gdy zaś stanął przed wieczorem w domu, odczuł przytłaczającą jego atmosferę: dom ten miał swą duszę, która nad nim panowała, nim rządziła, zmuszała go do ześrodkowania myśli na sprawach zmarłego stryja. Chcąc o nich zapomnieć, trzebaby stąd uciec. Taka zaś ucieczka byłaby podłą dezercją.
Dlatego wieczorem, po obiedzie nie poszedł do siebie na górę, ale zamknął się, jak sobie mówił, ze stryjem w bibljotece.
Wysłał przed obiadem listy do księdza i do doktora z zaproszeniem na wieczór dnia następnego. Może z nich jeszcze co wyciągnie... Teraz siedział sam i w myśli zestawiał wszystko, co widział, czego się dowiedział, usiłując dojść do jakichś wniosków, a przynajmniej do przypuszczeń, któreby mogły stanowić punkt wyjścia dla dalszych poszukiwań.
Jedyne zaczepienie widział w nazwisku Kolmar. Teraz już wiedział, że taki człowiek napewno istnieje i, co ważniejsze, że jest wierutnym łotrem. Trzeba będzie po przyjeździe do Warszawy zająć się jego odszukaniem.
Trudno, trzeba się zabawić w detektywa. Nie będzie to dla niego nowością, bo jego badania psychologiczne nieraz go do tej roli zmuszały.
Nie poszedł spać, dopóki nie usłyszał kroków stryja w bibljotece. Stało się to już jego potrzebą: miał poczucie, że tym sposobem zbliża się ze zmarłym, wnika w jego duchową istotę. Czekał z napiętemi nerwami...
Raz, dwa, trzy, cztery...
Zjawisko powtarzało się widocznie co wieczór, regularnie o tej samej porze. To musi być odbicie jednej chwili, jakiegoś jednego wyjątkowo silnego przeżycia.
Tym razem bacznie obserwował zachowanie się Pioruna. Pies podniósł głowę, nastawił uszy i niespokojnie patrzył w oczy nowemu panu. Widocznie i zwierzę coś odczuwało. Najlepszy dowód, że źródło halucynacji leży nazewnątrz — w tym pokoju. Jakiż to fakt wybitny, potwierdzający jego poglądy w tej dziedzinie, a jednocześnie świadczący o potężnym dramacie, rozegranym w duszy człowieka, który tu przemieszkiwał...
Twardowski widział w życiu tyle zjawisk, uważanych za nadnaturalne, tak się z niemi otrzaskał, że choć w tym wypadku zjawisko dotyczyło świeżo zmarłego człowieka, który mu był bliskim, a po śmierci stawał się coraz bliższym, nie przestał być spokojnym, przedmiotowym obserwatorem, nie zatracał zdolności logicznego myślenia. Warunki wychowania, a przedewszystkiem studja w tak trudnej, tak niebezpiecznej dla równowagi umysłu dziedzinie zrobiły go człowiekiem aż prawie do nienormalności panującym nad sobą. Człowiek przeciętny w tym wypadku nie zrozumiałby go, możeby nawet nabrał do niego obrzydzenia.
Raz, dwa, trzy, cztery... Jakie to wyraźne, jak ten rytm kroków wbija się w duszę, nastrajając ją na dziwny tragizm. Jest w tem coś strasznie przygniatającego...
Tak z całym spokojem Twardowski analizował swoje wrażenia.
Służący przyniósł herbatę.
— Wiesz, Grzegorzu — rzekł Twardowski — zdaje się, żem wpadł na trop twojego Kolmara.
Siłacz zadrżał. Podniecony czekał, co więcej usłyszy.
— Jeżeli to ten, o którym słyszałem, to łotr nielada.
— Łotr?... — krzyknął Grzegorz — to napewno ten. Widział go pan?
— Jeszcze nie. Ale już wiem, że jest taki, że mieszka w Warszawie i że jest wielkim oszustem. Mam nadzieję, że go wkrótce odnajdę.
Służący rzucił się do ręki Twardowskiemu i gorąco ją ucałował.
— Proszę pana — błagał — niech mię pan zabierze ze sobą do Warszawy.
Twardowski ze zdziwieniem patrzył na rozgorączkowanego atletę. Uśmiechnął się przyjaźnie.
— Tak ci pilno odnowić z nim znajomość?... Nie trzeba się niecierpliwić. Jeśli chcemy się do niego dobrać, musimy postępować ostrożnie i ze spokojem, żeby nam się ptaszek nie wymknął. Możesz na mnie liczyć: gdy przyjdzie czas, pojedziesz do Warszawy i zobaczysz swego starego przyjaciela.
Grzegorz roześmiał się — od tego śmiechu Twardowskiemu ciarki przeszły po skórze.
Widział przed sobą nie służącego, ale towarzysza wyprawy, pewnego, odważnego i silnego, mogącego jednak sprawiać kłopot swą niecierpliwością i zbyt prostem, niezawodnie, pojęciem sposobów walki. Rozumiał, że Grzegorzowi należy się udział w tej walce, i nie wątpił, że przypadnie mu w niej jakaś rola.
Pogawędzili jeszcze pół godziny, poczem Twardowski, przypomniawszy sobie, że spędził przeszło dobę w podróży, poszedł na górę.
W nocy spadł niewielki śnieg, i Twardowskiemu, gdy, wstawszy, wyjrzał przez okno, świat się ukazał w nowej postaci. Nie pamiętał już, kiedy ostatni raz widział tak wielką białą przestrzeń.
— Dobry ranek na polowanie — zauważył Grzegorz, gdy się zjawił w jego pokoju.
Twardowskiemu myśl ta trafiła do przekonania. Za godzinę był już w polu z dubeltówką pod pachą i z Wygą, węszącym ślady zajęcze. Kilkustopniowy mróz przyjemnie szczypał go po twarzy...
Chociaż nigdy polowania w tych warunkach, w tym klimacie nie używał, nie miał wrażenia nowości; przeciwnie, miał jakby poczucie, że nie pierwszy raz tego doświadcza, że to coś zwykłego, z czem jest zżyty, że tego mu właśnie brakowało.. Wciągał pełną piersią ostre, mroźne powietrze, rozkoszował się niem, poił oczy widokiem białej równiny i czarno-białego boru. Cieszyło go, że się rozumie z Wygą, który mu się wydał najmilszym towarzyszem. Przestał filozofować.
Wrócił do domu dopiero po paru godzinach, dumny, że przyniósł dwa zające.
Przebierając się, spojrzał w lustro i zdziwił się: oczy patrzyły jakoś jaśniej, twarz była mniej skupiona, swobodniejsza, wyglądał na swego młodszego brata. Cóżto za magiczny wpływ paru godzin spędzonych na powietrzu!...
Przypomniał sobie swoje wycieczki alpejskie. Odświeżały go, rozwijały w nim siły, fizyczne, budziły nawet polot duchowy — ale to było co innego. Tu miał poczucie, że znalazł coś, czego mu brakowało: takie poczucie musi mieć roślina, gdy po suszy deszcz spadnie, ryba, gdy ją spowrotem rzucą do wody, pojmane zwierzę, gdy z niewoli ucieknie do lasu, góral, gdy z miasta wróci w swoje góry. Tak, to jest przyroda, w której wyrosła jego rasa, a od której on się oderwał. Dlatego zetknięcie z nią sprawiło mu taką rozkosz...
Po raz pierwszy poczuł swój fizyczny związek z tą ziemią, jakieś pierwotne, żywiołowe do niej przywiązanie, jakąś potrzebę zbliżenia się do niej, choćby kosztem wyrzeczenia się innych wartości, choćby miał nawet zgłupieć... Niedość jest myśleć — trzeba żyć; niedość radować się odkryciami — trzeba używać życia, trzeba się rozkoszować tem, co ono daje! A pierwszym warunkiem rozkoszy dla każdej istoty jest znalezienie się w swoim żywiole...
Była to reakcja człowieka młodego, żyjącego życiem zbyt jednostronnem, które go zrobiło przedwcześnie starym, bunt uśpionych instynktów, domagających się zaspokojenia. Chwilowo zapędził się w tej reakcji daleko i niebawem cofnął się, ale już sztuczna równowaga jego duszy została naruszona. Już zaczął się w tej duszy proces, który czasami doprowadza do wielkich przewrotów wewnętrznych, często kończy się utonięciem w kwietyzmie, wyrzeczeniem się wyższych wzlotów. Czuł, że jemu to nie grozi.
Wieczorem przyjechali na obiad proboszcz i doktór.
Ksiądz był bardzo ożywiony, rozmowny, prawie wesoły, Twardowski wszakże zbyt wprawnym był obserwatorem, ażeby się nie zorjentować, skąd to pochodzi. Zbyt księdza indagował w sprawie stryja przy pierwszych odwiedzinach i tem go spłoszył. Ksiądz niezawodnie wiele wiedział, tylko nie chciał, czy nie mógł powiedzieć. Otrzymawszy teraz zaproszenie na wieczór do Turowa, obawiał się dalszej indagacji i postanowił się opancerzyć. Można się było bronić milczeniem, ale to widocznie uznał za mniej dogodne; zresztą, jako człowiek towarzyski, nie chciał popsuć wieczoru. Wolał się tedy uzbroić w nastrój pogodny, w rozmowność, i zagadując gospodarza, uniemożliwić mu prowadzenie śledztwa.
Widząc to, Twardowski postanowił wejść w ton księdza, być równie jak on swobodnym, łatwym. Po rannem polowaniu czuł się nawet w tym kierunku trochę usposobionym. Powiedział sobie, że zacząwszy od przyrody, trzeba się zbliżyć z ludźmi, w niej żyjącymi, pogrążyć się na chwilę w miejscowem środowisku.
Kazał Grzegorzowi dać do obiadu dobre trunki, ażeby ułatwić rozwiązanie języków.
Zaczęto od poważnej wiekiem starki, której gospodarz z gośćmi wypili po parę kieliszków.
— No, niech pan powie, — zagadnął ksiądz wesoło — czy tam zagranicą mają taką dobrą wódkę?
— Piję ją po raz pierwszy w życiu — odrzekł gospodarz. — Przyznaję, że jest to jedna z najszlachetniejszych wódek, jakie kosztowałem.
— Widzi pan, że i Polska ma dobre rzeczy — żartował sobie ksiądz z cudzoziemskiego gospodarza — a zaręczam panu, że znajduje pan tu i dobrych ludzi.
— Ale łajdaków o wiele więcej — wtrącił doktór. — Strasznie ludzie po wojnie spodleli.
— Oj, panie doktorze — odparł ksiądz z wyrzutem — jest pan poczciwym człowiekiem, ale strasznie zgryźliwym. Na starość robi się z pana mizantrop. To chyba dlatego, że ma pan takie ciężkie życie, że dla chleba musi się pan tak grzebać w brudach żydowskich. Zawsze panu współczułem. Nie ma pan słuszności: ludzie nie są tacy źli, tylko są głupi. Tak jak ja widzę, grzeszą oni o wiele więcej z głupoty, niż ze złości. Przyglądając się im, czytając w gazetach o tem, co się tam na szerszym świecie dzieje, widzę na każdym kroku ciemnotę, niezdolność zrozumienia, co w życiu więcej warte, a co mniej, dziecinną próżność i pochodzące z niej fałszywe ambicje. Ustawiają sobie domki z kart, a gdy te się rozsypują, złoszczą się, zwalają winę na innych i mszczą się na nich za swoją własną głupotę. Dzieci, panie dzieci! Więcej rozumu, więcej dojrzałości, a dużo mniej będzie zła w Polsce.
Twardowski przyglądał się księdzu, który, jego zdaniem, z niezwykłą prostotą mówił mądre rzeczy. Niewątpliwie był to człowiek, który dużo przemyślał i w sercu miał wiele miejsca na dobre dla ludzi uczucia. Widział w nim wielką kulturę przy bardzo prostych formach. Szedł od niego jakiś orzeźwiający powiew, jak od tych pól, przysypanych czystym, białym śniegiem.
Ksiądz tymczasem starał się, żeby rozmowa się nie urwała. Przeszedł na politykę, zaczął mówić o osobistościach głośnych w publicznem życiu, ilustrując niemi swe poglądy. Mówił z humorem, często z niewinnemi drwinami, a zawsze dochodził do wniosku, że ma się do czynienia z głupotą, nie zaś ze złością.
— Ten, panie, udaje gorszego, niż jest, żeby pod pozorami złości ukryć swą głupotę.
Twardowski uśmiał się szczerze.
— Nie wiedziałem, że ksiądz taki złośliwy. Ale doprawdy, zdaje mi się, że ma słuszność. To wszystko, co mówi, jest bardzo mądre. Myślę, że najlepiej wyjdę, gdy od księdza będę się uczył rozumieć życie tutejsze.
— Wolne żarty — ksiądz zaśmiał się — tam, w Warszawie, znajdzie pan mędrców, którzyby mnie, prostaka, w kozi róg zapędzili.
Pod koniec obiadu Grzegorz wniósł czarną, omszałą butelkę i nalał w kieliszki starego węgrzyna.
— Zdrowie gospodarza! — zawołał ksiądz wesoło i umoczył usta w kieliszku.
Na twarzy jego rozlała się pełna respektu powaga.
— No, panie doktorze — rzekł — teraz się pan rozchmurzy. Jeżeli pan to wino będzie pił z melancholją, stracę dla pana wszelki szacunek. Jak to dobrze, że Pan Bóg dał ludziom takie wino i że go dał mało.
Twardowski, który pierwszy raz w życiu pił starego węgrzyna, godził się z księdzem w wysokiej opinji o trunku.
— Ale dlaczego dobrze, że mało? — zapytał.
— Bo tem wyżej je człowiek ceni, im rzadziej mu się zdarza z niem spotkać; powtóre zaś, gdyby go było dużo, wszyscy bylibyśmy pijakami.
Jakoś i doktór zaczął się rozweselać.
— Takie wino nie może szkodzić nikomu, przeciwnie, dodaje zdrowia! — zawołał z entuzjazmem.
— Brawo! — odpowiedział ksiądz i zwrócił się do gospodarza:
— I tu pan widzi, że Polska ma dobre rzeczy.
— Ależ to wino węgierskie.
— Niech pan je spróbuje na Węgrzech znaleźć. Tylko u nas umieją starego węgrzyna w piwnicach wychodować: Cracoviae et Varsoviae educatum. mówi się oddawiendawna.
Rozmowa popłynęła dalej tak, jakby siedzący przy stole trzej ludzie żadnych trosk nie mieli.
Grzegorz niepostrzeżenie odkorkował drugą butelkę. Ksiądz, który od początku mierzył okiem zawartość naczynia, z pozornem przerażeniem zawołał:
— Co, druga flaszka... Ależ nie wrócimy do domu na własnych nogach. Ha, trudno, odkorkowana, trzeba wypić...
Pili dalej. Proboszcz wpadał w coraz większą werwę, co zauważywszy Grzegorz podał kawę i dyskretnie się usunął.
Gdy zostali sami, ksiądz zaczął po przyjacielsku atakować gospodarza:
In vino veritas, więc niech się pan naprawdę nie gniewa. Od początku przyglądam się panu i dziwuję. Pan patrzy takiemi staremi oczyma, jakby pan conajmniej dwieście lat chodził po świecie. Musiał pan strasznie dużo myśleć i musi pan być ogromnie mądry. Dlatego ja, prostak, nie mogę pana rozgryźć. Ale się boję tych starych oczu: zdaje mi się, że człowiek, który takiemi oczyma patrzy na świat, wszystko widzi, wszystko rozumie i... na wszystko jest obojętny. A obojętność to wielkie nieszczęście i wielki grzech.
— Nieszczęście i grzech zarazem? — zapytał Twardowski, zdziwiony i zaciekawiony tematem, nad którym się nigdy nie zastanawiał.
Ksiądz mówił już teraz całkiem poważnie, zapalając się coraz bardziej.
— Tak panie. Nieszczęście, bo dla człowieka obojętnego życie traci wartość, nie umie on skorzystać z tego, co daje ono najlepszego. Grzech, bo Pan Bóg postawił człowieka na ziemi poto, żeby w miarę swych sił uczciwy porządek na niej zaprowadzał, żeby usuwał i naprawiał zło, a tworzył dobro Wiedza, mądrość — to wielkie rzeczy, ale dopiero wtedy, gdy promieniują, gdy zapładniają inne umysły, by wkońcu znaleźć odbicie w dobrym czynie. Patrzyć, rozumieć, widzieć, przyczyny wszystkiego i coraz bardziej oddalać się od świata, od ludzi, żeby ich w lepszej perspektywie oglądać — do czego to wszystko prowadzi?... — Pan siedzi tu przy mnie, a ja mam wrażenie, że pan patrzy na mnie z jakiejś wielkiej odległości. To straszne... Mnie się zdaje, iż to skutek tego, że pan siedział zawsze wśród obcych, którzy pana nic nie obchodzili, w krajach, z któremi nic pana nie wiązało, nawet wśród przyrody, obcej potrzebom pańskiej istoty. Intelekt pański się rozrastał, ale co się dzieje z innemi władzami pańskiej duszy?...
Twardowski skoczył.
— Księże, czy wiesz, że ja o tem samem dziś rano myślałem?...
Tu ksiądz osłupiał.
— Jakto? z jakiego powodu?
— Wyszedłem w pole z dubeltówką i gdym wciągnął w płuca to ostre zimowe powietrze polskie, poczułem się jakoś w swoim żywiole i tak się rozkoszowałem, jak nigdy w życiu. I wtedy powiedziałem sobie, że trzeba się z tą rodzimą przyrodą zbliżyć choćbym miał zgłupieć.
— Chwała Bogu — zawołał ksiądz — nie jest pan stracony. Niechże pan na początek choć z dubeltówką częściej chodzi.
Spojrzał na trzeciego towarzysza.
— Masz tobie — rzekł — teraz, gdy człowiek chciałby naprawdę coś mądrego powiedzieć, doktorowi oczy się kleją. Biedak, za wiele pracuje — należy mu się spoczynek.
Doktór nie miał sił oponować.
— Trzeba jechać — mówił ksiądz — i na mnie czas, jest już pół do dwunastej. Doktora najlepiej tu na miejscu do łóżka położyć — on ma dalej do domu.
Powstali. Twardowski poczuł, że ma lekką głowę, ale nogi ciężkie. Przypisał to nieprzyzwyczajeniu do węgierskiego wina.
— Musimy rychło dokończyć tej rozmowy — zwrócił się do księdza — będę czekał tego niecierpliwie. Albo się pokłócę z księdzem, albo sobie przyjaźń zaprzysiężemy.
— Kłócić się można i w przyjaźni — odrzekł ksiądz i mocno potrząsnął ręką gospodarza.
Po odejściu księdza i po odprowadzeniu doktora do jego pokoju Twardowski poszedł z Grzegorzem i z Piorunem do siebie.
— Wiesz, Grzegorzu — mówił — że ten proboszcz to mądry i tęgi człowiek.
— Ze świecą takiego drugiego szukać, proszę pana.
Grzegorz, nie budząc Antoniego, pomógł Twardowskiemu się rozebrać.
Tego wieczora nowy dziedzic Turowa zasnął z jakiemś nieznanem, błogiem uczuciem. Śniło mu się, że się znajduje pośrodku bezbrzeżnej białej równiny; oddycha pełną piersią i upaja się powietrzem, które wprowadza rozkoszny bezwład w jego ciało; posuwa się naprzód, kołysząc się na prawo i na lewo, a ksiądz go podtrzymuje, żeby nie upadł.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.