Strona:K. Wybranowski - Dziedzictwo.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zostały w Anglji. Dopiero, gdy bardzo będą prosili, zrobisz to dla takiego znakomitego człowieka, jak sir Joseph, że zgodzisz się szlachcica do interesu wpuścić.
S. On przecie nie ma gotówki?
K. Nic nie szkodzi. Zgodzisz się poczekać. On poleci do Polski sprzedawać majątek. Teraz, przy braku gotówki, nikt nie kupuje, a jak kto kupuje, to grubo poniżej wartości. Będzie mu się śpieszyło, więc tata zrobi mu grzeczność, jako przyjacielowi, i majątek kupi. Szlachcic będzie miał gotówkę za parę tygodni.
S. To może być.
K. To będzie napewno. Tylko pamiętaj, w Paryżu ja nie istnieję: nie znamy się. Nigdyś o mnie nie słyszał.
Dalsza rozmowa była znów targowaniem się o podział łupu. Nie była ona dokończona, gdyż pociąg stanął w Paryżu.
Twardowski, odczytując sobie ten protokół powoli, widział całą sprawę jak na dłoni i uplastyczniał sobie rolę poszczególnych aktorów: James Stuart, sir Joseph Turner alias żyd Thorner, młody Kolmar, czy może raczej Kulmer, jak sądzić należało z brzmienia nazwiska, wreszcie jego ojciec — kto wie, czy nie największy z tych wszystkich łotrów, mieszkający w Polsce. Ostatni jedynie go naprawdę interesował. Wiele przemawiało za tem, że jest to właśnie osobistość, za którą Grzegorz tak tęsknił.
Schował do teki oryginalny dokument: był pewien, że dochodzenia przeszłości stryja zmuszą go do trudnej walki i przypuszczał, że w tej walce protokół z rozmowy w wagonie może się okazać bardzo przydatną bronią.
Nasunęła mu się myśl, że gdyby wiedział, kto jest owym szlachcicem, upatrzonym na ofiarę przez oszustów, mógłby go ostrzec. Z drugiej atoli strony, nawykły do roli obojętnego obserwatora, miał wstręt do mieszania się w cudze sprawy. Świat się nie zawali od tego, że jeden więcej głupiec da się okraść łotrom. To takie zwykłe...
Wprawdzie zajęcie się tajemnicą stryja musi go wyprowadzić z roli obserwatora; ale to co innego: to sprawa bardzo mu bliska, poniekąd jego własna sprawa. A kto wie, czy dla jego celów w tej sprawie nie lepiej, żeby się to planowane oszustwo udało. Może to doprowadzić do wydobycia nawierzch owego tajemniczego Kolmara czy Kulmera...
Po paru dniach opuścił Paryż.
Pojechał prosto do Turowa, raz dlatego, że chciał się w nowej siedzibie urządzić, rzeczy swoje w domu rozlokować, powtóre, że miał nadzieję czegoś jeszcze na miejscu się dowiedzieć.

VI.

W pokojach na górze zastał już miejsce dla siebie uprzątnięte. Rzeczy stryja poukładano w kufry i przeniesiono do jednego z pustych pokoi, papiery zaś zniesiono na dół, do bibljoteki. Połowę tedy górnego piętra miał całkowicie dla siebie i tam postanowił rozłożyć się ze swemi książkami i pracą, w bibljotece zaś studjować papiery stryja. Miał jakby poczucie, że bibljoteka jeszcze do stryja należy.
Porządkując w Paryżu notatki i rękopisy, wciągnął się spowrotem myślą w swą pracę, przerwaną w bardzo interesującym momencie, i w drodze powrotnej obmyślał sobie, jak ją dalej będzie prowadził w Turowie. Zabrał

33