Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
IV.

Zbudziwszy się z głębokiego snu, przez dłuższą chwilę nie mógł się zorjentować, gdzie się znajduje. Wreszcie uprzytomnił sobie przeżycia poprzedniego wieczora: bezdennie smutny pogrzeb, służącego Grzegorza, jego wygląd i zachowanie się, słowa księdza, dom zamknięty i strzeżony jak twierdza, rozmowę z adwokatem i z Grzegorzem, spalony dokument, wreszcie niesamowite wrażenie kroków w bibljotece...
Jakaż wielka zmiana w jego życiu: odziedziczył majątek i... tajemnicę. Mimo tej tajemnicy przejść nie może — musi się w nią wedrzeć. Od tylu lat już wdziera się w tajemnice duszy ludzkiej i przywykł ich się nie bać. Te kroki stryja w bibljotece. — bo to były jego kroki... Halucynacja... tak, ale przyczyna jej tkwiła nie w stanie jego duszy, zupełnie zdrowej, tylko nazewnatrz... w czemś, co pozostało po stryju w sali bibljotecznej. Już z tem zjawiskiem miał do czynienia raz w życiu. Gdzie to było?... Gdzieś na wsi, w Anglji, w domu, jak mówiono, nawiedzanym przez duchy. Teraz ma własne doświadczenie...
Przypomniał sobie Pioruna. Zaświecił lampkę przy łóżku. Ze słabo oświetlonej sypialni czarny czworokąt otwartych drzwi prowadził do sąsiedniego pokoju. W tej czarnej głębi świeciły dwa zielonawe światełka — wilcze oczy.
Zawołał psa pocichu.
Piorun wpadł, skoczył przedniemi łapami na łóżko i usiłował polizać go po twarzy.
— Dobry pies — mówił, głaszcząc Pioruna, a zarazem trzymając go w odległości — tyś nowy, ale pewny przyjaciel.
Spojrzał na zegarek: godzina szósta. Na dworze było ciemno. Zadzwonił na służącego. Wkrótce zjawił się Antoni, trochę zaspany.
Po upływie kwadransa cały dom już był w ruchu.
Gdy wrócił z łazienki, czekał nań Grzegorz z filiżanką herbaty i z zapytaniem o rozkazy.
Kazał mu wezwać na jedenastą rządcę majątku i zapytać, czy proboszcz będzie o czwartej na plebanji. Teraz wyjdzie rozejrzeć się w okolicy, a po pierwszem śniadaniu dom obejrzy.
Grzegorz wybiegł zobaczyć, czy stróż nocny już psy zamkął, poczem wyprowadził go z domu. Mróz był silniejszy, niż dnia poprzedniego, ale wiatr się uciszył i na niebie się przetarło. Jeszcze świeciły gwiazdy. W ich świetle biały dom, w lekkim, nieprzeładowanym renesansie, sprawiał wrażenie pogodne, dziwnie sprzeczne z wrażeniami, które nowy mieszkaniec przeżył pod jego dachem.
Do piętrowego domu przytykał zboku niższy budynek — kuchnie i mieszkania służby. Dom stał w dużym parku, który cały był otoczony wysokim murem. Za murem z jednej strony widać było niewielkie zabudowania — stajnia i wozownia dworska, jak objaśnił Grzegorz. Folwark wraz ze starym dworem, obecnem mieszkaniem rządcy, leżał o jakie tysiąc kroków. Nową rezydencję zbudowano w czystem polu na wzgórzu.
Twardowski ruszył ku zamkniętym wrotom, przy których stał domek o dwóch oknach.
— Tu mieszka stróż dzienny — objaśnił Grzegorz.
— Na drogę wychodzi się przez jego sionkę.
W otwartych drzwiach domku ukazał się duży, mocny chłop z gołą głową, któremu Grzegorz kazał otworzyć drzwi nazewnątrz.
Twardowski wszedł do sionki i przyglądał się, jak stróż odsuwa ciężkie, niby więzienne zasuwy. Kazał Grzegorzowi wracać do domu, sam zaś wyszedł na drogę. Za nim wymknął się Piorun i z nosem ku ziemi pobiegł naprzód, robiąc ciągłe wycieczki na przydrożne pola, ale zawsze trzymając się wpobliżu pana i często do niego wracając.
— Ta siedziba — mówił Twardowski — jest urządzona jak blokhaus i strzeżona tak, jakby nieprzyjaciel czaił się wpobliżu. Stryj widocznie kogoś obawiał się i strzegł zarówno w dzień, jak i w nocy. Tak się nikt nie strzeże od zwykłych złodziei. Jeżeli nie cierpiał na manję prześladowczą, to któż mu mógł grozić?...
Okolica była lekko falista. Dom stał na najwyższym punkcie i widok sprzed niego był rozległy. Zaczynało szarzeć. Niedaleko było widać folwark ze starym domem, którego ściany bieliły się poprzez obnażone z liści krzewy i drzewa. Twardowski poszedł w kierunku przeciwnym, ku pobliskiemu lasowi.
Las był dobrze utrzymany. Niezbyt stare, ale równe, wszystkie jednego wieku, wysmukłe so sn y; na dole czysto, gdzieniegdzie tylko krzak jałowca czerniał z oddali. Za lasem duży zagajnik, pięknie zasadzony przed jakiemi dziesięciu laty. Później znów kawałek lasu, wreszcie kopiec graniczny. W odległości paru kilometrów widać było wieżę kościółka i dużą wieś. Przed nią leżał ogrodzony drewnianym płotem i usiany krzyżami czworobok. Tam zakopano wczoraj stryja, a z nim jego tajemnicę...
Po powrocie z przechadzki wypił kawę, poczem obejrzał dom w towarzystwie Grzegorza. Dom był dość duży, urządzony z całym nowoczesnym komfortem i bardzo czysto utrzymany. Na dole przedpokój z hallem przedzielał dom na połowę. Z hallu przez oszklone drzwi — przy których Twardowski zauważył drugie żelazne, dyskretnie w mur schowane — wychodziło się na obszerny taras kamienny, a z niego po kilku schodach do ogrodu. Jedną połowę domu od strony podjazdu zajmowała bibljoteka, od strony ogrodu dwa pokoje, z których jeden umeblowany na palarnię, drugi zaś z bilardem pośrodku. W drugiej połowie, odpowiadająca bibljotece wielka sala, pusta, nieumeblowana, od strony zaś ogrodu pokój jadalny i kredens. Z kredensu drzwi prowadziły do kuchni, pralni i mieszkań służby.
— Podczas wielkiej wojny — objaśniał Grzegorz — kiedy pan bawił w Rosji, tu mieszkał sztab dywizji pruskiej. Zniszczyli strasznie dom, mnóstwo rzeczy powywozili, nawet mury podziurawili, bo ciągle czegoś szukali. Całe szczęście, że bibljoteka i piwnica były w Warszawie. Po wojnie pan doprowadził dom do porządku, ale salonu już nie meblował: powiedział, że niema dla kogo.
Na górze połowę domu zajmował gospodarz. W drugiej było parę pokoi gościnnych i druga łazienka.
Grzegorz nalegał, żeby pan zobaczył piwnicę. Gdy ją otworzył, patrzył nań z triumfem, jakie też na nim wrażenie zrobią zgromadzone skarby.
— Nacóż tyle wina — zawołał Twardowski — kiedy nie przyjmowano gości?
— Pan prawie wcale nie pił, doktorzy mu nie pozwalali. Ale lubił wino i znał się, jak chyba nikt na świecie. Gdy trafił na dobre, kupował, choć nie było potrzebne. Mówił, że trzeba ratować wino, żeby go nie wypili durnie, co się na niem nie znają. Później mówił, że kupuje dla swego dziedzica.
Twardowski przypomniał sobie, jak stryj przy wspólnych obiadach zagranicą wmawiał weń, że ma zadatki na wielkiego znawcę wina. Ten epikureizm nie licował z manją prześladowczą. Nie, stryj musiał być zdrów na umyśle i musiał mieć jakiś realny powód do obaw.
— Mamy tu śliczne burgundy, bordeaux i reńskie — ciągnął Grzegorz z widoczną dumą i, wskazując na półki, zastawione flaszkami i gąsiorkami różnego kształtu i rozmiaru, oraz na dwie beczułki, dodał: — a takich węgrzynów i takiej starki dziś już chyba nigdzie nie znajdzie.
Ostatnie słowa nie wywarły na Twardowskim oczekiwanego przez Grzegorza wrażenia, bo ani węgrzyna, ani starki nigdy nie próbował. Grzegorz kończył swój wykład: — Całe szczęście, że to było podczas wojny w Warszawie, boby pruskie chamy wszystko wypiły.
Park był umiejętnie założony na sposób angielski i ładnie utrzymany. Dużo w nim było światła. Bliżej domu rosły drzewa i krzewy egzotyczne, i widoczne były ślady rabat i klombów. Brakowało stawu, na który wysokie położenie nie pozwalało.
Dookoła niewielkiego podwórka poza murem stał garaż, w nim limuzyna, i otwarty samochód, niewielka wozownia z lekkim powozikiem i stajenka, w której stała para koni do powozu i dwa wierzchowce, ogier i klacz, śliczne anglo-araby.
— Pan już przez ostatnie lata konno nie jeździł, ale w koniach się kochał i często do nich zaglądał. Na spacer zawsze jeździł powozem.
Na podwórku ukazał się wysoki, szpakowaty mężczyzna, z niewielkim, jasnym wąsem. Zbliżył się do Twardowskiego i przedstawił się jako rządca majątku Dąbrowski. Sprawiał poważne i miłe wrażenie.
Zaprzężono konie do powozu, i Twardowski z rządcą pojechali obejrzeć gospodarstwo, które, jak słusznie twierdził Osiecki, było prowadzone wzorowo. Nowy dziedzic wszedł na chwilę do mieszkania rządcy, poznał jego żonę i z nieznanem sobie dotychczas wzruszeniem oglądał stary, drewniany dwór, w którym się ojciec jego urodził i wychował.
Gdy wrócił do domu, Grzegorz przedstawił ogrodnika i resztę służby domowej z kucharzem na czele. Gdy przyszła kolej na nocnego stróża, Twardowski go zapytał, gdzie jego psy, i dowiedział się, że mają mieszkanie, ogrodzone murem, na końcu parku, bo pan nie lubił, żeby trzymano psy na łańcuchu. Wreszcie zjawił się wyżeł Wyga, bacznie przyglądając się nowemu panu.
— Ślicznie wystawia kuropatwy — rzekł Grzegorz — pan go bardzo lubił.
Wyżeł zamerdał ogonem i patrzył uważnie to na Grzegorza, to na nowego pana, jakby badał czy na serjo mowa o kuropatwach.
Twardowski go pogłaskał.
— Teraz nie, mój Wyga, ale pójdziemy którego dnia ustrzelić zająca.
— Mamy tu i kozy w lesie, a czasem i dziki się pokazują — poinformował Grzegorz.
Poznawszy posiadłość, nowy dziedzic zjadł śniadanie i kazał sobie podać kawę do bibljoteki.
— Po butelkach najeży się trochę uwagi książkom — rzekł do siebie.
Pobieżnie rzucał po półkach wprawnem okiem. Było dużo cennych, starych druków, przeważnie polskich, a dalej mnóstwo książek z najrozmaitszych dziedzin — obok polskiego w kilku językach zachodniej Europy i w rosyjskim. Przeważała historja, były wszakże wszystkie dziedziny, intersujące inteligentnego, wykształconego człowieka; było dużo podróży i cała wielka poezja świata. Twardowskiego zdziwiła względnie duża ilość książek bardzo nierównej wartości z dziedziny, którą on sam się zajmował: hipnotyzm, sugestja, telepatja, dalej spirytyzm, okultyzm, nawet magja. Czyżby stryj to wszystko czytał?...
Przed czwartą kazał założyć konie i pojechał do księdza. Bawiła go jazda końmi, której tak rzadko używał.
Ksiądz przyjął go bardzo przyjaźnie i poczęstował białą kawą ze smacznym chlebem wiejskim i wybornem masłem. Przepraszał za skromne przyjęcie:
— Pan zagranicą do takich prostych rzeczy nieprzyzwyczajony.
Dowiedział się od księdza, że już blisko od dziesięciu lat siedzi na swej parafji.
— Lepiej pewnie ksiądz znał mego stryja, niż ja sam, bo podobno żyli panowie w przyjaźni.
— W przyjaźni — to może za dużo powiedziane — odrzekł ksiądz. — Jestem skromny, prosty człowiek, on zaś był pan z wielkiego świata, który dużo widział i wielkiemi sprawami się zajmował. Ale był mi bardzo życzliwy i wieleśmy ze sobą gadali.
— Więc miałem słuszność, że ksiądz go znał dobrze?
— Od strony moralnej, proszę pana. Jestem księdzem — to moja wiedza i moja praktyka.
— Jakto praktyka?
— My, księża, mamy konfesjonał, w którym ciągle studjujemy dusze ludzkie. Prawda, tu, na wsi, są dusze przeważnie bardzo proste, nieskomplikowane, ale i tu człowiek, poważnie pojmujący swój obowiązek, ma możność się wykształcić. I tu stają przed nim często bardzo trudne zagadnienia.
Twardowskiego zaczął ten proboszcz interesować.
— Stryj mój był człowiekiem religijnym?
— Tak, byłem jego spowiednikiem.
— Powiedział ksiądz, że studjuje ludzi od strony moralnej. Coby ksiądz w tym względzie o moim stryju powiedział?
Ksiądz spojrzał bystro na swego inkwizytora.
Powiem panu tylko to, że trudno chyba spotkać człowieka tak szlachetnego, z tak głębokiem sumieniem. I tak ofiarnego. Ile ja dobrego ludziom zrobiłem za jego pieniądze! Nie odmawiał nigdy, tylko zabraniał mówić, że grosz pochodzi od niego. Mam nawet wyrzuty sumienia, bo ludzie mnie są wdzięczni, zamiast jemu: nikt z nich nie wie, że to on był ich dobroczyńcą.
Twardowski doznał wielkiej ulgi.
— Doszedł do dużego majątku — wtrącił.
— Tak, ale uczciwie, swoją pracą, swoim rozumem — ksiądz mówił z namiętnością. — Iluż to ma majątki, a drobnej ofiary z nich wydobyć niesposób. Jak można patrzeć na tyle biedy bez poczucia, że się cośkolwiek robi, by jej ulżyć! W tym człowieku biło wielkie serce. Jaka szkoda, że mu życie tak nieszczęśliwie poszło.
— Mówi ksiądz: nieszczęśliwie. W czem to nieszczęście ksiądz widział?
Ksiądz na chwilę zamilkł.
— Wie pan przecie, że od wielu lat był chory na serce. Wycofał się z życia, z pracy... I ta choroba go zabiła.
— Więc ksiądz sądzi, że stryj wycofał się z życia spowodu choroby?
— Z czegóżby innego?...
— Ksiądz chyba zauważył, że stryj czegoś się bał. Dowód choćby w tem, jak jego dom był strzeżony. Wygląda to wprost na jakąś manję prześladowczą.
— O, nie! Ś. p. stryj pański był człowiekiem umysłowo zdrowym, najnormalniejszym w świecie. Tylko był bardzo nerwowy.
— Gdzież więc leżało źródło jego obaw?
Ksiądz patrzył mu długo w oczy. Wreszcie rzekł pocichu:
— Nie wiem.
Twardowski umocnił się w przekonaniu, że w życiu stryja była jakaś wielka tajemnica, ale też i upewnił się, że nie było to nic, rzucającego cień na jego uczciwość. Gdyby było inaczej, ksiądz nie mówiłby o jego zacności z takim zapałem. Stryj był ofiarą jakiegoś nieszczęścia, czy też miał jakichś potężnych wrogów. Ale któż to mógł być?... Może ksiądz wie, ale wie, jako spowiednik, i nie powie.
— Stryj musiał tu mieć trochę stosunków w okolicy?
— Żadnych. Jednego doktora lubił i często na dłużej go u siebie zatrzymywał. Czasami bywaliśmy w Turowie razem.
— A sąsiedztwo?
Ksiądz wzruszył ramionami.
— Oni go nie interesowali, byli dla niego nudni. Nawet nienajgorsi ludzie, ale, jak mówił, bezduszni. Gadają tylko o interesach swoich i o kłopotach. Niektórzy okazali względem niego nietakt, wścibiali zanadto nos w jego sprawy, potem robili głupie plotki. Bardzo też rychło postanowił nikogo z nich nie widywać.
Żegnając się z księdzem, Twardowski rzekł:
— Odziedziczyłem majątek stryja, a więc i jego obowiązki, tak jak je pojmował. Proszę księdza zawsze się zwracać do mnie, jak do niego, o pomoc dla biednych. I na tych samych warunkach: niech nie wiedzą, od kogo to pochodzi.
Uradowany ksiądz mocno dłoń jego uścisnął.
Twardowski musiał dzień wypełnić. Wróciwszy od księdza, siadł w limuzynę i pojechał do miasta, do doktora Zemły. Zastał go w domu w godzinie, w której kończył przyjmowanie chorych.
Doktór unosił się nad szlachetnością i wysoką inteligencją zmarłego, wychwalał go jako gorącego Polaka, stwierdził, że jedyna jego choroba tkwiła w sercu, bo nerwowość, jaką u niego widział, nie przekraczała granic, notowanych dość często.
Gdy rozmowa zeszła na niewytłumaczone obawy stryja, rzekł:
— Miał jakichś nieprzyjaciół, którzy widocznie nie przebierali w środkach. Nie chciał wszakże o tem mówić. Często się nad tem zastanawiałem, ale do niczego nie doszedłem. Tyle jest łajdactwa na świecie!... Człowiek na zapadłej prowincji nawet w dziesiątej części nie wyobraża sobie tego, co się dzieje w wielkim świecie.
Wracając do domu, Twardowski powiedział sobie, że jedyna nadzieja w Grzegorzu. On coś wie. Tylko czy będzie chciał powiedzieć?...
Po obiedzie usiadł przed kominkiem w bibljotece i służącego, który przyniósł mu kawę, zatrzymał:
— Powiedz mi, Grzegorzu, przed kim wy tak domu strzeżecie? Nie przed złodziejami, bo zamykacie się taksamo w dzień, jak w nocy. Kogo pan się tak obawiał?
Twarz Grzegorza przybrała wyraz podobny do tego, jaki miała, gdy stał nad grobem pana. Odrzekł krótko:
— Tych łotrów, którzy go zamordowali.
— Jakto zamordowali?
— Proszę pana, nieboszczyk pan był piękny mężczyzna, silny, zdrów, wesół, nic mu nie brakowało. Dopiero, gdy go zaczęli ścigać, stracił humor, spokój, zaczął chudnąć, więdnąć, a wkońcu wpędzili go do grobu. Mój Boże, takiego dobrego człowieka, który napewno nikomu krzywdy nie zrobił. I niema na nich kary. Ja tylko się modlę codzień do Pana Boga, żeby dał którego z nich w moje ręce. Nikogo w życiu nie zabiłem, ale ten żyw nie wyjdzie.
Patrząc na atletę, na którego grubej twarzy malowała się dzika wściekłość, wolno było wierzyć, że słowaby dotrzymał. Twardowski wszakże tylko myślał, jak dalej pokierować rozmową, żeby się czegoś dowiedzieć.
— Ty ich nie dostaniesz — rzekł. — Musimy we dwóch wziąć się do tego.
Oczy Grzegorza zaświeciły.
— O, gdyby pan chciał ich znaleźć, to pan może. Ja, prosty człowiek, nie wiem, gdzie się obrócić. Ale gdy przyjdzie czas załatwić się, wtedy ja się przydam.
— Twardowskiego mrowie przeszło. Przed nim stał morderca w spojrzeniu wyrazie twarzy, w postawie, w mięśniach napiętych, jak do tygrysiego skoku.
— Bardzo byłeś przywiązany do pana?
— Jak ja nie miałem być przywiązany? Wziął mnie do służby ciemnego nędzarza, zrobił ze mnie człowieka, obchodził się ze mną jak przyjaciel a gdym się ożenił obdarzył mnie gruntem. Ja dziś jestem zamożnym gospodarzem.
— Dlaczegóż jeszcze służysz?
— Bo nieboszczyk pan powiedział mi przed śmiercią, żeby młodego pana nie opuszczać, dopóki będzie mnie potrzebował.
Twardowski czuł, że się coraz mocniej przywiązuje do pamięci stryja. Zaczynał podzielać nienawiść Grzegorza do jego nieznanych prześladowców.
— Dobrze. Weźmiemy się tedy razem do szukania tych łotrów. Czy znałeś którego z nich?
— Widziałem dwóch. Nawet wiem, że jeden się nazywa Kolmar, czy coś podobnego.
— Kolmar?
— Zdaje się, że tak.
— Gdzieś ich widział?
— Tu, w Turowie.
— Dawno?
— Z parę miesięcy po wojnie bolszewickiej.
— Jak to było?
— Jednego rana, koło dziesiątej, zajechał przed dom samochód. Wysiadło dwóch mężczyn. Jeden z nich, starszy, kazał zameldować, że pan Kolmar przyjechał. Poszedłem do pana na górę, widziałem, że gniew go zdjął, gdy to nazwisko usłyszał. Kazał ich wpuścić do sieni — tak Grzegorz hall nazywał i zaczął się szybko ubierać. Powiedział mi, że pójdzie z nimi do bibljoteki; mnie zaś kazał stanąć przy samych drzwiach i na zawołanie wpaść bez pukania. Tak się też stało; pan zeszedł na dół, przywitał się z nimi bez podania ręki i zamknęli się w bibljotece ja zaś przy drzwiach stanąłem. Nie upłynęły trzy pacierze, gdy usłyszałem jakby krótki krzyk. Wpadam do bibljoteki i co widzę? Pan leży na dywanie twarzą ku ziemi, na nim siedzi młodszy z nich i próbuje mu związać na plecach ręce, a starszy, ten niby Kolmar, stoi przed otwartą szufladą biurka i grzebie w papierach. Skoczyłem, zdzieliłem pięścią w łeb tego, co na panu siedział, tak, że się odrazu zwalił i stracił przytomność. Zwracam się ku drugiemu, a on stoi z browningiem na mnie wycelowanym. Dałem w mordę i browning odebrałem. Pan tymczasem wstał z ziemi i wyjął sobie z ust chustkę, bo był zakneblowany. “Zwiążno — mówi do mnie — tego, co leży na ziemi,” sam zaś wyjął swój browning z kieszeni, wycelował do drugiego i powiada: “Siadajno, Kolmar, w tym fotelu”. Ten posłuchał i usiadł. Tak trwało krótką chwilę, dopókim nie związał tamtego łobuza, który ciągle był nieprzytomny. Gdym skończył pan wskazał na Kolmara i powiada: “Powyjmuj mu wszystko z kieszeni”. Stał z browningiem, dopókim nie wypróżnił kieszeni tego łajdaka i nie ułożył wszystkiego na biurku. W tedy kazał mi go trzymać, a sam zaczął przeglądać wyjęte papiery, parę sztuk zabrał, włożył do biurka i zamknął na klucz, resztę kazał mu napowrót powkładać do kieszeni. Gdy się to skończyło, kazał mi rozwiązać tamtego który już otworzył oczy, i postawić go na nogi. Kazał wstać i Kolmarowi, i prowadzić przez sień i przedpokój do samochodu. Sam szedł przed nami i drzwi otwierał. Wrzuciłem ich jak tłumoki w samochód, za nimi wrzuciliśmy ich łach. Przed zamknięciem drzwiczek pan rzekł do mnie przy nich: “Jeżeli się tu jeszcze raz pokażą, skręcisz im karki. A teraz jazda!” Ja byłbym i wtedy skręcił im karki, gdyby pan pozwolił. Dopiero wtedy, proszę pana, zrozumiałem, dlaczego nieboszczyk pan płacił za mnie w Warszawie lekcje boksu. To pożyteczna nauka. Pan wiedział, co robi.
Twardowski słuchał opowiadania Grzegorza spokojnie, jakby właśnie oczekiwał czegoś podobnego.
— Jak ten Kolmar wyglądał?
— Brunet, średniego wzrostu, dosyć tęgi, z długiemi włosami wtył zaczesanemi, z krótko przystrzyżoną brodą. Oczy miał, jak dwa węgle. Krótko mówiąc, żyd. Ten drugi nie wygladał na żyda, choć też ciemny; był wyższy i wcale silny; miał krótko strzyżone wąsy. Gęba z kryminału. Widziałem, że to tylko pomocnik. Toteż miałem ochotę głównie na Kolmara.
— Czy pan po ich odjeździe mówił co o tej sprawie?
— Nie. Tylko mnie pochwalił, żem wpadł wporę i ruszał się szybko.
— Nic już potem o nich nie słyszałeś?
— Nic.
— Trudno — będziemy próbowali ich znaleźć.
Grzegorz patrzył nań z bezgranicznem zaufaniem, niemal z tkliwością.
Twardowski spojrzał na zegarek — było pół do dziesiątej.
— Cóż to Piorun się nie pokazuje?
— Zagadałem się i zapomniałem o nim. Zaraz go przyprowadzę.
Za chwilę wpadł pies i zaczął skakać do pana, póki ten go nie popieścił. Potem położył się u stóp jego.
Twardowski zapadł w głęboki fotel i pogrążył się w myślach. Tym razem nie zasnął. Ale gdy ogień na kominku zaczął dogasać, znów mu się wydało, że ktoś chodzi po pokoju. Raz, dwa, trzy, cztery... Raz, dwa, trzy, cztery...
— Ciągle mieszkasz w tym pokoju i ciągle niepokój cię trawi — rzekł do siebie pocichu.
Spostrzegł się, że zaczyna być nietrzeźwym, i śmiał się zsiebie przez chwilę.
Zaczął sam chodzić po pokoju z końca w koniec.
Tak go zastał Grzegorz, gdy wszedł z herbatą. Popatrzył na nowego pana i powiedział sobie, że jest podobniejszy do dawnego, niż mu się to spoczątku zdawało.
Po herbacie Twardowski poszedł na górę, rozebrał się, włożył szlafrok i, odprawiwszy służbę, siadł w gabinecie stryja przy biurku. Wziął arkusz papieru i zaczął na nim narzucać pojedyńcze wyrazy lub krótkie zdania, z których niktby nic nie zrozumiał. Tak siedział blisko do północy...
Wreszcie wstał z powziętą decyzją. Trzeba zostać na pewien czas w Polsce i zagadkę rozwiązać. Przedtem wszakże wypadnie na krótko do Paryża i Londynu, swoje sprawy tam na dłużej ureguluje oraz zabierze potrzebne mu do pracy notatki i książki. Jutro jeszcze spędzi w Turowie, przejrzy papiery po stryju, pojutrze zaś pojedzie do Warszawy i stamtąd zagranicę.
Tu przypomniała mu się kasa ogniotrwała, do której jeszcze nie zaglądał. Znajdowała się ona w sypialni, wprawiona w mur, niewidoczna. Może tam się znajdzie jaki przyczynek do stryjowskiej tajemnicy?...
Odszukał kartkę, pozostawioną przez stryja, przeczytał ją uważnie a podszedł do starej makaty, zawieszonej na ścianie. Odchylił ją, znalazł zamek i zaczął układać podaną na kartce kombinację. Po dłuższej chwili otworzyły się ciężkie drzwi stalowe. Na górze leżały paczki banknotów polskich i amerykańskich, razem pewnie z kilkadziesiąt tysięcy złotych. Obok nich poustawiane były w stosiki złote suwereny angielskie oraz pięcio i dziesięciodolarowki amerykańskie na taką samą mniejwięcej sumę Przy nich leżało trochę kosztowności, między innemi sygnet Twardowskich. Na dole leżał szereg kluczy większych i mniejszych z kartkami, oznaczającemi, do czego służą. Więcej nic.
Twardowski zamknął kasę, odszukał swą książkę, którą w drodze zaczął czytać, i pogłaskawszy na dobranoc leżącego na swym dywaniku Pioruna, położył się do łóżka.
Może w Warszawie dowie się, kto to jest Kolmar. Tylko nikogo nie trzeba pytać.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.