Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
III.

Zbigniew Twardowski był wielkim dziwakiem. Za takiego przynajmniej uważali go prawie wszyscy znajomi, których miał wielu zagranicą, a których w Polsce nie^ miał wcale. Dziwactwo jego polegało na tem, że był obojętny na interesy i na przyjemności, stanowiące treść życia innych ludzi, i że sprawy serca dla niego nie istniały. Miał lat trzydzieści pięć, a był nie fizycznie, lecz duchowo bardzo stary. Uważano go za mózgowca, i to mózgowca skoncentrowanego na jednym przedmiocie, a więc prawie manjaka.
Studjował od wielu lat psychologję z zapałem, z namiętnością; znał ją głęboko, wiedział dużo, ale nic nie pisał. Niektórzy mówili o nim, że się wykoleił, bo się zajmował dziedzinami tajemniczemi, leżącemi poza sferą nauki. Pozatem miał jedyną namiętność: uciekał często w góry i wdzierał się na najwyższe szczyty: na łatwiejsze sam, na trudniejsze z przewodnikami.
Był kosmopolitą, czującym się wszędzie u siebie, z wyjątkiem kraju ojczystego, którego prawie nie znał.
W tem dziwactwie nie było bodaj jego winy. Winne były raczej okoliczności jego życia, a nadewszystko stosunki rodzinne, które sprawiły, że od trzynastego roku wyrastał poza krajem.
Ojciec jego był jednym z trzech braci, synów szlachcica, siedzącego na dwudziestokilkowłókowym mająteczku. Przy starym systemie gospodarki była to bieda, zwłaszcza, gdy rodzice postanowili dać synom wyższe wykształcenie. Toteż, kiedy synowie pokończyli szkoły, majątek był już obdłużony do ostatniej możliwości. Po śmierci rodziców na Turowie osiadł najstarszy syn, usiłując ratować go nowoczesną gospodarką. Był to jednak człowiek chory, a raczej wmawiający w siebie różne choroby, hipochondryk. Nie miał energji ani do życia, ani do gospodarki. Nie ożenił się, na wsi wegetował. Drugi zrzędu brat, obecnie zmarły stryj Alfred, był przeciwieństwem starszego. Był dzielny i przedsiębiorczy. Ukończył studja handlowe zagranicą i pracował kilka lat w bankach i zarządach przedsiębiorstw przemysłowych, w Niemczech, Belgji i Anglji, poczem osiadł w Warszawie, gdzie odrazu zdobył pozycję i zaczął szybko robić majątek. Wreszcie trzeci brat, ojciec Zbigniewa, młodszy od Alfreda o cztery lata, ukończył medycynę i zaraz po wyjściu z uniwersytetu ożenił się ze starszą od siebie o parę lat nauczycielką, w której się kochał, będąc studentem. Skutkiem tego musiał zrezygnować z doskonalenia się w swym zawodzie, osiadł w jednem z uboższych miast powiatowych jako lekarz i tam, ciężko pracując, klepał biedę.
Oddaleni od siebie trzej bracia mało się widywali. Zwłaszcza między Alfredem a ojcem Zbigniewa stosunki były naprężone. Alfred gniewał się na studenckie małżeństwo brata, uważał je za akt głupoty, a widoku żony jego nie mógł znosić, choć była miłą i zacną kobietą.
Zbigniew był jedynem dzieckiem swoich rodziców. Wychowywał się przy nich w lichej, przepełnionej żydami mieścinie. Uczyła go matka, która sama przygotowała go do szkoły średniej. W jedenastym roku życia rodzice posłali go do Warszawy, do prywatnego gimnazjum, co ogromnie obciążyło budżet skromnego lekarza. W rok potem zaczął się szereg katastrof rodzinnych. Umarł stryj z Turowa, a prawie jednocześnie z tem spadł na chłopca straszny cios — śmierć matki. W niecały rok po matce umarł ojciec. Zdrętwiały, przytępiony bólem chłopak przy łóżku umierającego ojca spotkał się po raz pierwszy ze stryjem Alfredem, o którym tylko tyle wiedział, że kupił od ojca za marny grosz jego udział w spadku po rodzicach i że był niedobry dla jego matki.
Po pogrzebie ojca stryj go zabrał ze sobą. Chłopiec apatyczny, zobojętniały pojechał ze stryjem do Warszawy, a potem do Szwajcarji, gdzie go stryj umieścił w pensjonacie, połączonym ze szkołą dla niewielkiej liczby zamożnej młodzieży różnych narodowości. Zostawił go tam samego wśród obcych, z którymi spoczątku nie mógł się nawet porozumieć.
W pensjonacie otoczono go wygodami, jakich przedtem nie znał, odrazu też zaciągnięto go do rozrywek i sportów, które wypełniały życie chłopców poza lekcjami, i blisko przez rok uczono prawie wyłącznie francusczyzny, przygotowując go do brania udziału w lekcjach. Dyrektor otaczał go szczególną opieką, traktując prawie, jak syna. Wakacje spędzał z rodziną dyrektora. Pomimo to sierota, pozbawiony w krótkim czasie rodziców, wyrwany ze swego środowiska, spośród dotychczasowych kolegów, czuł się nieszczęśliwym wygnańcem, skazanym na wygnanie przez stryja. Zamknął się w sobie, zatracił dziecięcą wesołość, stał się nad wiek poważnym i nawet oschłym. Natomiast rozwijał się umysłowo bardzo szybko, uczył się pilnie, zadziwiając nauczycieli swemi postępami, a jednocześnie fizycznie mężniał w doskonałych warunkach, które dawało mu życie w pensjonacie. Największą przyjemność sprawiały mu wycieczki szkolne w góry. Rozmiłował się w nich ogromnie; podczas wakacyj chodził we dwójkę z guwernerem, a potem pozwalano mu chodzić samemu ze zwykłym przewodnikiem, co lubił najwięcej.
Stryja nie widywał i listów od niego nie otrzymywał. Tylko od czasu do czasu dyrektor mu mówił, że miał list od stryja, który pytał o jego zdrowie i postępy.
Po trzech latach nareszcie przyjechał stryj — na zakończenie roku szkolnego. Zastał chłopaka szesnastoletniego, dobrze wyrośniętego, silnego, nad wiek poważnego, którego dyrektor przedstawił mu jako najlepszego ucznia w całej szkole. Brakowało mu dwóch lat do matury. Stryj go zabrał ze sobą na całe wakacje, które spędzili w Szwajcarji i północnych Włoszech, głównie nad jeziorami. Zobaczył kawałek nowego świata. Stryj był jakiś inny, nie taki, jak go poprzednio widział i jak go sobie przedstawiał. Był bardzo przyjacielski, rozpytywał go troskliwie o jego życie, o jego myśli i zamiary na przyszłość. Powiedział, że chce pójść w ślady ojca i zostać lekarzem. Stryj był z niego bardzo zadowolony, ale zaniepokoiło go to, że chłopak już zapomniał trochę mówić po polsku, że dla ściślejszego wyrażenia swej myśli często posiłkuje się francuszczyzną, że o Polsce wie bardzo mało, że choć szkoła go wykształciła po katolicku, religijność jego jest zbyt sucha, formalna.
Skończyło się na tem, że stryj postanowił od wakacyj zmienić szkołę. Umieścił go we Fryburgu, we francuskiem liceum katolickiem, a nadto znalazł tam na uniwersytecie młodego księdza Polaka, z którym zrobił umowę, że będzie spędzał z chłopcem po parę godzin dziennie, ucząc go języka ojczystego, rzeczy polskich, religji po polsku i pomagając mu w znalezieniu polskiej lektury.
Wybór okazał się dobry. Chłopak się z księdzem zaprzyjaźnił, uczył się od niego dużo. Ksiądz był inteligentny i wykształcony, a że również kochał góry, więc korzystali z każdej wolnej chwili na wspólne wycieczki.
Teraz już widywał stryja dość często. W podróżach swoich zagranicę wpadał on mniejwięcej co pół roku na dzień, dwa do Fryburga. Spędzał godziny całe na rozmowach z synowcem i jego przyjacielem księdzem. Te spotkania zbliżały chłopaka ze stryjem, nie wystarczały wszakże, żeby się do niego przywiązał.
Gdy zdał maturę, stryj przyjechał i zapytał go, czy nie zmienił swych zamiarów. Zbigniew wszakże trwał w postanowieniu oddania się medycynie. Uradzono tedy, że wstąpi na uniwersytet w Bernie. Stryj mu otworzył aż nadto wystarczający kredyt w jednym z banków berneńskich i chłopak zaczął samodzielne życie studenta.
Po roku, w lecie stryj wpadł na krótko do Berna, jakiś niespokojny; gorączkowo go wypytywał, czy wytrwa w rozpoczętych studjach, i ucieszył się bardzo, gdy spostrzegł, że chłopak pracę traktuje z wielkim zapałem. Powiedział synowcowi, że mogą się przez długi czas nie zobaczyć i nie będą się mogli nawet listownie komunikować. Zanosi się w Europie na wielką wojnę, która może potrwać wcale długo. Stryj prosił go usilnie, żeby nie przerywał studjów, cokolwiek się stanie. Złożył poważną sumę w banku berneńskim i znacznie podwyższył synowcowi kredyt, licząc się już z podrożeniem kosztów życia podczas wojny.
Wojna wybuchła. Przez cztery lata jej trwania Zbigniew stryja nie widział i listu od niego nie miał. Tylko bank stale wypłacał mu pochodzące od stryja pieniądze. Student medycyny, jak wszyscy dokoła niego, przebieg wojny śledził, z kolegami o niej ciągle rozmawiał, ale jak wszyscy niebardzo jej rozumiał, był raczej nią oszołomiony. Mniej mu ona, niż innym przeszkadzała w studjach, w których pogrążał się z coraz większym zapałem.
Wojna jeszcze trwała, gdy ukończył studja i zdał ostateczne egzamina. Wkrótce wszakże nastąpił rozejm, i stryj niebawem zjawił się w Bernie.
Zbigniew ledwie go poznał — tak był zmieniony. Przygarbił się, krok jego stał się ociężały, wychudłą twarz przeorały zmarszczki, których przedtem na niej nie było, oczy zapadły, przygasły. Była to ruina człowieka, którego sprzed czterech lat pamiętał jako mężczyznę w pełni sił, prosto trzymającego się, sprężystego w ruchach.
Od pierwszej chwili zauważył zmianę tonu stryja w stosunku do siebie. Nie traktował go już jak opiekun pupila, ale jak starzec dorosłego mężczyznę, w którym widzi źródło siły i szuka oparcia dla siebie.
Przez długi czas nie mógł o niczem innem mówić, tylko o wojnie, mówił, jak ocalony rozbitek z jakiejś wielkiej katastrofy. W oczach miał jakby wizję strasznych przeżyć.
— Chyba cudem Bożym — mówił — uratowaliśmy się od strasznego nieszczęścia, może od całkowitej zguby. Tak wszystko było przygotowane, żeby nas ostatecznie zniszczyć!.... Gdybyś wiedział to, co ja przed tą wojną wiedziałem, zrozumiałbyś moją zgryzotę i tę trwogę, w której żyłem nieustannie. I to straszne poczucie, że sami pomagamy swój grób kopać... Ocaleliśmy, a właściwie mamy wszelkie widoki ocalenia. Bo knowania przeciw nam, których źródła są bardzo głębokie i dalekie, a sieć bardzo rozgałęziona, nie ustały i długo jeszcze nie ustaną. Ale mam już silną wiarę, że Polska nie zginie.
Zbigniew miał pojęcie o stryju, jako o człowieku zimnym, spokojnym, nieprzejmującym się niczem, ze zdziwieniem więc słuchał jego wynurzeń, zresztą bardzo niejasnych. Chciał lepiej zrozumieć, co stryj myśli, ale ten nagle urwał rozmowę o wojnie i zaczął go rozpytywać o jego sprawy i zamiary.
Odpowiedział, że się waha, czy pracować dalej przy uniwersytecie nad fizjologją, systemu nerwowego i pójść drogą naukową, czy też wracać do kraju, zaczepić się przy jakim szpitalu i przygotować się szybko do rozpoczęcia praktyki lekarskiej. T rzeba przecie zacząć na chleb zarabiać.
Tu usłyszał rzecz, która odrazu wywróciła cały jego stosunek do życia.
— Zrobisz, co zechcesz — rzekł stryj — nic ci nie mogę narzucać. Tylko proszę cię, idź drogą, na którą cię ciągną twoje zamiłowania i ambicje. Kwestja zarobku na chleb dla ciebie nie istnieje. Pozostało nas tylko dwóch z całej rodziny na świecie: ja, przedwcześnie bezsilny starzec, szybko zbliżający się do grobu, i ty, młodzieniec, przed którym leży całe życie. Może nie wiesz, że jestem człowiekiem zamożnym. Mój majątek właściwie dziś jest twoim, bo mnie już niewiele potrzeba. Poznałem cię tyle, iż wiem, że z niego zrobisz dobry użytek i że dokonasz w życiu czegoś poważnego. Będzie jeden Twardowski, który nie zmarnuje swych zdolności i swego życia tak, jak to zrobił twój ojciec na jeden sposób, a ja na inny. Liczysz dopiero dwadzieścia trzy lata, więc masz dużo jeszcze czasu na przygotowanie się do tego, co chcesz w życiu zrobić. Dam ci tymczasem duży kredyt i nie będę cię pytał, jak rozporządzasz pieniędzmi — mam do ciebie zaufanie.
Zbigniew był oszołomiony. To, o czem nie śmiał marzyć, długie jeszcze stud ja, podróże, zdobycie wiedzy, poznanie świata, stawało się teraz rzeczywistością.
Wyraził wdzięczność stryjowi, którą czuł istotnie, aczkolwiek nie mógł się zdobyć na większą względem niego serdeczność. Tkwiący w jego duszy od lat dziecięcych żal do stryja za nieprzyjaźń dla matki nie mógł pomimo wszystko wygasnąć.
Zaczął teraz nowe życie.
Dla prowadzenia dalej studjów neurologicznych przeniósł się wkrótce do Paryża. Spoczątku miał zamiar iść utartą drogą do katedry uniwersyteckiej. Później wszakże powiedział sobie, że mu katedra niepotrzebna. Poco ma tracić czas na pracę profesorską, kiedy ma środki na to, żeby się całkowicie poświęcić badaniom i nawet zdobyć na własność te pomoce naukowe, które innym tylko dać może uniwersytet. Skolei rozszerzył, a właściwie zmienił swój przedmiot studjów: od fizjologji nerwów przeszedł do psychologji, która go pochłonęła całkowicie.
Do Polski nie tęsknił. Coraz bardziej błękitniały mu wspomnienia dziecinnych lat tam przeżytych, a to, czego się dowiadywał z gazet o jej życiu w pierwszych chwilach posiadania własnego państwa, było dla niego niezrozumiałe i nie zachęcało go do powrotu. Kolegom w pracy odcinał się, jak mógł, gdy sobie drwili z tego, co się dzieje w jego ojczyźnie, a już palił się wprost ze wstydu, gdy po słynnej wyprawie na Kijów przyszła haniebna rejterada wojsk polskich. Polacy wówczas byli pośmiewiskiem jego znajomych cudzoziemców.
Wtedy w ciągu jednego dnia zdecydował się na krok, który nie leżał nigdy w jego zamiarach. Poszedł do konsulatu polskiego, zameldował się jako ochotnik do wojska i pierwszym pociągiem, jakim mógł, odjechał do Warszawy. Zrobił to bez zapału, nawet ze złością, że przerywa sobie pracę; uważał, że honor mu nie pozwala siedzieć w Paryżu, gdy nieprzyjaciel zbliża się do stolicy jego ojczyzny.
Wprost z dworca w Warszawie udał się do urzędu wojskowego i już pozostał w koszarach. W dwa tygodnie potem leżał ranny w szpitalu, dość ciężko, ale nie niebezpiecznie. Stamtąd dopiero posłał zawiadomienie do stryja o swoim pobycie w kraju. Stryj zabrał go do swego mieszkania w Warszawie i dał mu możliwie najlepszą opiekę lekarską. W kilka tygodni potem, choć nie był jeszcze całkiem wyleczony, czuł się o tyle dobrze, iż mógł wrócić do pracy. Opuścił Warszawę i znów znalazł się w Paryżu.
Z tej krótkiej wyprawy wyniósł chaos kłócących się ze sobą wrażeń: zapał, poświęcenie, bohaterstwo, niedbalstwo, zarozumiałe nieuctwo, dziecinna próżność, co razem wziąwszy, obrażało jego suchą logikę, domagającą się we wszystkiem ładu, planu i konsekwentnego wykonania. Oddalał od siebie myśl bliskiego powrotu do Polski: lepiej pracować ze skutkiem na obczyźnie i tym sposobem coś zrobić dla polskiego imienia.
W owych powojennych latach w stolicach europejskich ogromnie weszły w modę wszelkiego rodzaju seanse. Grasował powszechnie medjumizm, spirytyzm, okultyzm... Młody psycholog był tych rzeczy ciekaw i nawet na pewien czas zanadto w nie się wciągnął, odrywając się od studjów właściwych. Gruntowne wszakże przygotowanie naukowe i ścisła logika ocaliły go od dostania się w ręce ordynarnych czy wyrafinowanych szarlatanów lub od zachwiania się w naukowem traktowaniu zjawisk. Dobrze podmęczony wrócił od tych eksperymentów do pracowni, ażeby przyjść całkowicie do siebie, żeby dobrze przemyśleć, przetrawić wszystko, czego był świadkiem.
Doszedł do przekonania, że miał do czynienia z dziedziną zjawisk niezbadanych, których zgłębianiu stoi na przeszkodzie bądź nieuctwo ludzi, co się niemi zajmują, bądź oszustwa szarlatanów, którzy z nich sobie robią źródło zarobku, bądź, co najgorsza, nikczemność przebiegłych filutów, operujących niemi dla ukrytych celów.
Wtedy zrodziła się w nim namiętność dociekania w tej dziedzinie prawdy. On, człowiek niezależny, rozporządzający dużemi środkami przygotowany naukowo, czujący w sobie duży zapas sił, będzie mógł się głębiej wedrzeć w tę krainę mroków, niż to się innym udało. Od tej chwili już miał przed sobą wytkniętą drogę, z której postanowił nie zbaczać. Wyszedł poza granice nauki urzędowej, ale z gruntu ścisłych naukowych metod nie schodził.
Spotkał się z olbrzymiemi trudnościami, przedewszystkiem ze strony tych, na których liczył, że mu pomogą w nowych studjach. Jedni mu na jego pytania odpowiadali niechętnie, półgębkiem — widać było, że nie chcą mówić otwarcie, że ukrywają coś, co wiedzą lub myślą. In ni deklamowali szeroko o jakiejś wielkiej tajemnej wiedzy, istniejącej od tysiącleci, ale z tego, co mówili, mało treścią można było wycisnąć; przytem często dodawali, że ta wiedza dostępna jest tylko dla wybranych, dając mu do zrozumienia, że i on mógłby do nich należeć. On wszakże zbyt cenił swą niezależność. Inni wreszcie patrzyli nań, jak na człowieka nietrzeźwego, a nawet podawali w wątpliwość równowagę jego umysłu.
To wszystko, zamiast go zniechęcić, wytwarzało coraz większą zaciętość w dochodzeniu prawdy. Robił się tylko coraz skrytszym, coraz mniej się dzielił z kimkolwiek swemi poglądami. Poszukiwania robił sam, na własną rękę: z ludźmi o swym przedmiocie rozmawiał o tyle tylko, o ile chciał z nich zręcznie coś wydobyć.
Zrozumiał rychło, że w tych badaniach trzeba sięgnąć w przeszłość i to nawet bardzo odległą. Nie chcąc zaś polegać na wiadomościach z drugiej ręki, pogłębił znajomość łaciny i greki, żeby być zdolnym do ścisłego rozu mienia tekstów, przeszedł kurs sanskrytu, zabrał się do egiptologji i asyrjologji, nawet do hebrajszczyzny.
W Londynie zetknął się z wykształconym Hindusem, który myśli jego otworzył nowe perspektywy. Zachęcony tem odbył podróż do Indyj. Podczas rocznej blisko podróży odwiedził różne ogniska myśli tamtejszej, od Cejlonu do stóp Himalajów. Postanowił sobie w przyszłości tę podróż ponowić, już ze ściślejszym planem, a także odwiedzić inne kraje wschodnie.
Tak pracował w ciągu lat blisko dziesięciu. Dziesięć zaś lat to wiele czasu dla człowieka zdolnego, umiejącego się uczyć, którego nic od studjów nie odciąga.
Nic nie pisał, wyniku swych badań nie ogłaszał. Przygotowywał wielką pracę, którą zamierzał wydać, gdy badania należycie skompletuje. Nie miał potrzeby się śpieszyć: o żadne stanowisko się nie ubiegał, o rozgłos m u nie chodziło. Dla powodzenia jego badań wygodniej mu było pozostawać w cieniu.
Pochłonięty jednym przedmiotem, zwróciwszy wszystkie siły ducha ku jednemu celowi, przez dziesięć lat pogłębił swą myśl więcej, niż niejeden poważny badacz przez całe życie, jednocześnie wykształcił zdolność obserwacji, wyostrzył zmysły, stał się niebezpiecznym dla ludzi, mających coś do ukrycia. Że zaś przedmiotem jego badań był człowiek, przywykł nań patrzeć, jak na objekt, jak na robaka oglądanego przez szkło powiększające — bez źdźbła uczucia, niemal cynicznie. Był w stosunku do ludzi jakby wysuszonym przez życie, egoistycznym starcem.
I kobieta była w jego oczach tylko objektem, chwilami potrzebnym przyjemnym, pozatem o wiele mniej interesującym od mężczyzn.
Był dobrze wychowany, żył na stopę zamożnego człowieka, dzięki stryjowi nigdy mu nie brakowało pieniędzy: przytem nazwisko jego było znane alpinistom różnych krajów, więc wciągano go wszędzie w życie towarzyskie. To zaś, że był dziwakiem, że w zachowaniu się jego czuć było lekceważenie kobiet, czyniło go tylko bardziej interesującym i poszukiwanym... Niejedna kokietka robiła bohaterskie wysiłki, żeby go podbić, na co od czasu, do czasu, byle nie na długo, pozwalał. Bywał dużo między ludźmi, nietyle dla rozrywki, ile dla zbierania spostrzeżeń.
Stryj przyjeżdżał na Zachód radzić się lekarzy mniejwięcej co pół roku. Widywali się wtedy, o ile Zbigniew nie bawił poza Europą. Spotkania te zbliżały ich coraz bardziej. Stryj był coraz serdeczniejszy.
Gdy mu Zbigniew po raz pierwszy powiedział o istotnym przedmiocie swoich studjów, był ogromnie zainteresowany, przygasłe jego oczy zabłyszczały. Potem wypytywał ciągle, jak postępują te studja. Nie dziwił się, że dotychczas niema żadnego wyniku tych studjów w druku; podzielał zdanie Zbigniewa, że lepiej nic nie ogłaszać, dopóki w badaniach nie zajdzie dość daleko. Coraz więcej traktował synowca już nie jak równego sobie, ale jak autorytet, wobec którego sam czuł się bardzo skromnie.
Stryj wszakże szybko starzał się i z sił opadał.
Choroba serca postępowała, pomimo starań lekarzy i kilkotygodniowej co rok kuracji w miejscach kąpielowych. Ten niepokój, ten wyraz oczu człowieka jakby tropionego, jakby przed czemś uciekającego, który Zbigniew zauważył przy pierwszem spotkaniu po wielkiej wojnie, już mu pozostał. Gdy się ostatni raz widzieli, stryj żegnał się z nim wyjątkowo serdecznie: widocznie przeczuwał, że się więcej nie zobaczą...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.