Dusze w niewoli/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Dusze w niewoli
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom VIII
Szkice i obrazki
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XX. CO SIĘ STAŁO PÓŹNIEJ?

Dziwne! bardzo dziwne rzeczy wyrabiają się na tym świecie.
Od owego wieczora w dzień Zaduszny, kiedy to przy herbacie stary hipokondryk pokłócił się z literatem o malowanie grobów, a zarazem wymienił Ludwika i Zosię jako swoich spadkobierców — uczuciowy z natury pan Alfons wpadł w melancholją.
Znał on Zosię od lat kilku, ale od kilku dni dopiero przekonał się, że żyć bez niej nie może. Zbrzydł mu stan kawalerski i kawalerskie mieszkanie, a nadewszystko obmierzł mu pan Józef, w którym od bardzo dawna podejrzywał rywala.
Poznawszy taki stan umysłu i serca miłego pana Alfonsa, nie powinniśmy się dziwić, że młody ten i obiecujący człowiek rzekł pewnego razu:
— Dziś, lub nigdy!
Jednocześnie przypomniał sobie, że wykrzyknika podobnego użył już ktoś w jakiejś powieści czy dramacie. Ponieważ jednak wszelki namysł wstrętny był panu Alfonsowi, przerwał go więc i spojrzał na zegarek. Była akurat dwunasta.
— Już czas! — rzekł.
I to zdanie było skądciś wyjęte, ale pan Alfons nie zastanawiał się już nad niem. Natomiast kilkoma wprawnemi rzutami oka ocenił w niewielkiem lusterku całość swej garderoby, wziął mechaniczny, jedwabny kapelusz i wyszedł.
W pół godziny potem widzieć go było można w domu, zajmowanym przez Lachowicza i Zosię.
Pan Alfons, rycerz bez trwogi, śmiało wszedł na schody, pewną ręką zadzwonił do przedpokoju i mierzonym krokiem pomaszerował do salonu, gdzie już zastał Zosię. Młoda osoba, zobaczywszy pana Alfonsa, jego włosy na skronie zaczesane i grobową fizjognomją, domyśliła się rozmowy poważnej.
Przywitawszy się, pan Alfons siadł na taborecie, odchrząknął i zaczął:
— Pani!... Przedewszystkiem racz być pobłażliwą, jeżeli słowa moje niedostatecznie odmalują treść uczuć i nie odpowiedzą doniosłości interesu... to jest... propozycji, którą ośmielę się przedstawić...
Zosia z niespokojną ciekawością patrzyła na niego.
— Już od lat kilku — ciągnął dalej — jak to pani zapewne niejednokrotnie dostrzegła... Już od lat kilku — poprawił się — przestałem być panem moich uczuć... Obecnie, przekonawszy się, że dłuższe ukrywanie tajemnicy przechodzi moje siły, odważam się błagać panią o jej rękę, której, sądzę, że mi nie zechcesz odmówić.
Pan Alfons otarł czoło chustką — Zosia siedziała jak na szpilkach.
— A teraz — zakończył — czekam wyroku pani...
Nastała chwila milczenia.
— Pewny jestem, że nie masz pani zamiaru doprowadzić mnie do rozpaczy... — dodał jeszcze Alfons, ani na chwilę nie tracąc nadziei.
— Niech pan raczy pomówić z moim bratem! — szepnęła zmieszana Zosia.
Pan Alfons wstał.
— Pozwoli pani — rzekł — że ze względu na ważność, jaką ma dla mnie ta odpowiedź, udam się po nią natychmiast, a tymczasem...
Pocałował Zosię w rękę i wziąwszy składany kapelusz, udał się do pracowni Ludwika.
O czem mówili, Zosia nie wiedziała. Pewnem jest jednak, że pan Alfons nie wrócił nawet, aby ją pożegnać, lecz czerwony jak upiór opuścił pracownią.
W tej samej chwili do przedpokoju wszedł pan Józef. Alfons, zobaczywszy to, gorzko się uśmiechnął i spokojnym krokiem zeszedł do sieni z zamiarem oczekiwania na rywala.
Pan Józef, wchodząc do salonu, był zdenerwowany. Na twarzy miał wypieczone rumieńce, ruchy gorączkowe.
Zaczął wizytę od pocałowania rączek Zosi i rzekł nagle:
— Jaki piękny dzień! Śnieżek tak chrupie pod nogami... Sanek mnóstwo uwija się po ulicach... Czy pani używała już szlichtady?
— Jeszcze nie — odparła zakłopotana Zosia.
— Szkoda!... A czy nie wybiera się pani do teatru?... Grają nową sztukę...
— Nie...
— Panno Zofjo! — mówił dalej, poruszywszy się niespokojnie na krześle. — Sądzę, że mam w pani prawdziwą przyjaciółkę?
— Niezawodnie...
Pan Józef znowu rzucił się do rączek.
— Otóż w imię tej przyjaźni...
Bystro spojrzał na Zosię i dostrzegłszy w jej twarzy jakiś niedobry symptom, zawołał:
— Już straciłem nadzieję!
— Jaką?... — spytała nadzwyczaj zdumiona panna.
— Powiem wprost. Przyszedłem złożyć u nóg pani moje serce, ale widzę, że... stanowisko moje jest wprawdzie bardzo skromne (pan Józef był małym urzędnikiem w banku), lecz miłość dodałaby mi skrzydeł.
— Bardzo mi przykro!... — przerwała cichym głosem Zosia.
— Stało się! — jęknął nerwowy pan Józef. — Ktoś inny mnie zwyciężył... Bądź pani szczęśliwą i zapomnij...
Jeszcze raz pocałował ją w rękę, schwycił kapelusz i wybiegł z pokoju.
— Jak Boga kocham, skompromitowałem się! — mruczał, przeskakując po kilka schodów.
W bramie wpadł na pana Alfonsa, który przywitał go drwiącym śmiechem.
Pan Józef aż się cofnął.
— Cóż tak krótko? — spytał go ironicznie Alfons.
Pan Józef wpadł w gniew.
— Mój kochany... mój kochany... — mówił prędko — odłóż twoje niewczesne żarty na później!
— Cóż u licha! wyglądasz tak, jakby cię nieprzyjemność spotkała?...
— Proszę cię, daj mi pokój! — krzyknął Józef, usiłując go wyminąć.
— Cha! cha! cha!... — śmiał się Alfons.
— Proszę cię — bełkotał drżącym głosem pan Józef — wiesz, że jestem prędki...
— Więc i cóż?... — odparł wyniośle Alfons.
— To — że ci mogę powiedzieć przykre słówko...
— Podobasz mi się! A pojedynek od czego?
W tej chwili ukazał się w bramie Sielski, który szybko wbiegł na schody.
Na ten widok rozdrażnieni młodzieńcy uspokoili się. Pan Alfons spojrzał na pana Józefa, a pan Józef na Alfonsa.
— To on!... — szepnął Alfons z nienawiścią.
— Wiec i ty dostałeś odkosza? — spytał zdumiony Józef.
— Naturalnie!... A mimo to, jak widzisz, nie tracę zimnej krwi...
— Niech go licho porwie! — mruknął Józef i wyszedł na ulicę. Pan Alfons podążył za nim.
Gdyby obu młodych ludzi natchnął duch wieszczy, przekonaliby się, że w tej chwili Ludwik opowiadał Jerzemu ich niefortunne oświadczyny, i że się bardzo śmiano na górze.
W jakiś czas później, spotkał Sielski na ulicy dawno niewidzianego Romana. Literat, zakomunikowawszy mu parę najświeższych planów do powieści, rozgadał się na dobre i w konkluzji rzekł:
— Wiesz pan, żem zrobił pyszną znajomość!
— Jaką? — spytał Jerzy.
— Poznałem siostrę Lachowicza. Cud piękności, powiadam panu, istna przylepeczka!
— Znam i ja ją — wtrącił Sielski.
— Pan? — spytał zdziwiony literat. A potem, namyśliwszy się, dodał:
— Kiedy tak, to powiem panu wszystko; wiem, że mnie z sekretu nie wydasz! Wyobraź pan sobie, żem się w niej formalnie zakochał...
Wpadł w entuzjazm i mówił dalej:
— Dziewczyna śliczna, ukształcona, wesoła, a jak gra!... Przytem będzie miała parękroć po tym starym protektorze Lachowicza... Otóż myślę się ożenić z nią. Cóż pan na to?
Jerzy roześmiał się.
— Z czego się pan śmiejesz? — spytał niespokojnie Roman.
— Z tego, że mamy tak podobne gusta — odparł Sielski.
— Albo co?...
— Nic, tylko to, że panna Zofja jest moją narzeczoną!... — rzekł Jerzy.
Literat stanął na ulicy, popatrzył mu w oczy, a wkońcu zaczął gwizdać. Był to znak najwyższego zakłopotania.
— No, ale z tem wszystkiem sądzę, że nie masz pan do mnie żalu? — spytał Sielski.
Literat zatrzymał się po raz drugi, podał rękę Jerzemu, ścisnął go mocno i rzekł:
— Przebacz mi pan!... ale odtąd nie możemy już być przyjaciółmi. Pozbawiłeś mnie pan szczęścia i jeszcze żartujesz!...
To powiedziawszy, odwrócił się i odszedł.
— Panie Romanie! panie Romanie!... — wołał za nim Sielski.
Literat nie obejrzał się nawet i odtąd, ile razy spotkał Jerzego, patrzył mu w oczy ponuro.

W karnawale Zosia została panią Sielską. Młodzi małżonkowie wynajęli obszerny lokal na pierwszem piętrze w domu, w którym Lachowicz zajął parter.
Odtąd w życiu nowożeńców nie zaszło nic szczególnego, chyba to, że w rok po weselu przybył im sublokator, dziecko, w którem zjednoczyły się wdzięki Jerzego i Zosi.
Nowa ta osoba, ubóstwiona przez ojca, karmiona przez matkę, pieszczona przez wszystkich, nie wyłączając starego hipokondryka, który, przy tej okazji, począł nazywać się dziadkiem, — otrzymała na chrzcie imię Ludwika. Wkrótce potem dostała od natury dwa zęby, a od matki śliniaczek i bardzo porządną suknią z białej i szafirowej włóczki.
Rodzice szaleją za Ludwisiem, a przybrany dziadek upatruje w nim niesłychane zdolności i wielkie podobieństwo do siebie. Cztery te indywidua stanowią niepodzielną całość, której punktem centralnym jest najmłodsze.
Codzień po południu gramoli się na pierwsze piętro „dziadek“ i stanąwszy we drzwiach, w kapeluszu na głowie, zasapany, wsparty oburącz na lasce, pyta:
— No, jest co nowego?
— Jest! jest!... wielka nowina! — odpowiada Zosia. — Ludwiś znowu ma ząbek.
— Ech!... — dziwi się przybyły.
— Ależ tak!... niechże dziadzio sam zobaczy.
Dziadzio patrzy, podnosi brwi do góry i mówi:
— Prawda!... zadziwiający chłopak. Jak Boga kocham, ma znowu ząb!... Zobacz-no, Jerzy.
— Zobacz, Jurciu! — powtarza Zosia.
Jurcio ząb ten oglądał już od rana z dziesięć razy, patrzy jednak po raz jedynasty. Potem chwyta malca na ręce, podnosi dogóry, okrywa pocałunkami i obiega z nim pokój, jak warjat.
Czyn ten oburza dziadka.
— Już tyle razy mówiłem ci, że nie umiesz się obchodzić z dziećmi — powiada z wyrzutem i następnie sam bierze dziecko w taki sposób, że Zosia krzyczy przerażona:
— Dziadziu!... Dziadzio mu krzyżyk złamie!...
Hipokondryk, który wolałby zostać w moździerzu utłuczonym, niż dziecku krzyżyk złamać, oddaje syna matce, która nim wstrząsa, podrzuca, obraca na wszystkie strony, z towarzyszeniem niezliczonych całusów.
— Połóżże go!... — upomina ją zkolei dziadek. — Już tyle razy mówiłem ci, że nie umiesz się z dziećmi obchodzić.
Ponieważ Sielski ma swoje zajęcie, a Zosia musi niekiedy wybiec do kuchni, malec zatem idzie do kołyski, a dziadek czuwa nad nim.
— Cicho tam!... cicho!... mały spać chce!... — uspakaja dziadek tych, którzy ośmielają się chodzić po pokoju.
Na to wezwanie robi się w całym domu cisza, jakby kto mak posiał. Upływa minuta, dwie...
— Cha! cha! cha!... — wybucha naraz dziadek basowym głosem. — Zadziwiający chłopak!...
Na ten okrzyk przybiega ojciec z pracowni, matka z kuchni, niańka z garderoby, wszyscy otaczają kołyskę i z niewymowną uciechą widzą, że Ludwiś włożył sobie nogę w usta.
I znowu śmieją się starsi, i uśmiecha dziecko; znowu wszyscy okrywają malca pocałunkami, i znowu dziadek, niby nakręcona na jeden taniec pozytywka, upomina ich:
— Dosyć!... dosyć!... Już tyle razy mówiłem wam, że nie umiecie się z dziećmi obchodzić!
Wśród tej radości, o Lachowiczu zapominają wszyscy, choć ich od niego jedno tylko piętro oddziela. On też stara się nie zakłócać harmonji swoją osobą, która niezawsze odpowiada ogólnemu nastrojowi. Co prawda, cały dzień ma zwykłe zajęty, szarą godziną zaś, w lecie szczególniej, lubi, otworzywszy okna swego mieszkania, przysłuchiwać się zgóry płynącym odgłosom wesela i chodzić po swem wielkiem a pustem mieszkaniu.
Gdy na górze ciszej, wówczas wychyla głowę przez okno, nasłuchując, czy, Boże broń! nie zdarzyło się jakie nieszczęście. Gdy śmiechy znowu się odezwą, cofa się i znowu rozpoczyna swoją wiekuistą wędrówkę:
Raz!... dwa!... Raz!... dwa!...
Upływa szara godzina, zapada noc, na niebie ukazują się gwiazdy, a wówczas do uszu samotnego odludka płyną słowa pieśni Zosinej:

Śpij, Ludwisiu, już,
Czarne oczka zmruż...
Patrzaj, deszczyk pada tam,
Piesek szczeka, grozi nam;
W sieni dziad wyciąga rękę,
Pies rozerwał mu sukienkę...
Biedaka broni stróż...
Śpij, Ludwisiu, już!

Taktowi pieśni odpowiadają na dole kroki Lachowicza, a na górze miarowy łoskot biegunów kołyski:
Raz! dwa!... Raz! dwa!...


KONIEC





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.