Dobry mały djabełek/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sophie de Ségur
Tytuł Dobry mały djabełek
Podtytuł powieść dla dzieci
Data wydania 1936
Wydawnictwo „Ciekawa Lektura“
Druk „Record“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Un bon petit diable
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IX
PANI MAKMISZ MŚCI SIĘ.

Zamiast czytać głośno swej ciotuni, Karol był wolny; skorzystał z tego, aby dopomóc Betty sprzątnąć ze stołu, wymyć naczynia i wyszorować rondle, daremnie Betty usiłowała mu w tem przeszkodzić.
Karol.
Pozwól, Betty; tak rzadko nadarza mi się sposobność wyświadczenia ci małej przysługi: nie pozbawiaj więc mnie tej przyjemności. Kocham cię i niczem nie mogę ci tego dowieźć.
Betty.
Kocham cię również bardzo, Karolku, chociaż bywasz nieraz małym djabełkiem.
Karol.
O! Ale z tobą, Betty?
Betty.
Owszem, nie ze mną! Ale co będziesz robił gdy skończymy sprzątanie? Co do mnie, to będę naprawiała bieliznę.
Karol.
A ja pójdę do Julji, później dopomogę ci w gospodarce; zawsze znajdę tam jakiekolwiek zajęcie.
Karol nadal starannie pracował, aż wszystko wreszcie było sprzątnięte. Gdy wymyto naczynia, przetarto podłogę i ustawiono wszystko czyste na swojem miejscu, Karol uściskał Betty i uciekł do Julji; zastał ją jednak całą we łzach.
Chwycił ją więc za ręce i czule je ucałował:
— Juljo, moja dobra Juljo, co ci jest? Dlaczego płaczesz?
Julja.
O, Karolu! Widziałam przed chwilą moją ciotkę Makmisz; bardzo mi jest smutno!
Karol.
Zła! Wstrętna! Co ci powiedziała, Juljo? Co ci zrobiła? Powiedz mi prędzej, Juljo, postaram się pomścić na niej za tę zniewagę.
Julja.
Niestety! Mój biedny Karolku! Jeżeli się smucę, to jedynie z powodu ciebie. Ciotunia powiedziała, że już dzisiaj wieczorem umieści cię u braci Old-Nik. To są dwaj panowie, którzy niedawno zamieszkali w Fery-Galu, o jakie pół kilometra drogi od naszego miasteczka; założyli tam prywatną pensję i biorą do siebie dzieci, których rodzice nienawidzą albo zupełnie porzucili. Ci dwaj bracia traktują swych wychowanków okropnie, w nieludzki sposób.
Karol.
Jakto? Zamkną mnie tam, w tych zmurszałych ruinach starego zamczyska, gdzie, jak wszyscy opowiadają, ukazują się duchy? Zamkną mnie, i nie ujrzę ciebie więcej, Juljo moją opiekunkę, mego anioła-stróża. Ciebie, dzięki której zachowałem to ziarenko dobroci, jakie jeszcze pozostało w mej duszy.
Julja.
Owszem, mój przyjacielu, owszem. Umieści cię tam i więcej ciebie nie usłyszę; nie będę w stanie udzielać ci rad, pocieszać ciebie, uspakajać, wyrażać przyjaźń, jaką dla ciebie zawsze żywię. O, Karolu! Jeżeli czujesz się z tem nieszczęśliwy, to jestem również nieszczęśliwa i w zupełności ci współczuję. Ty i Marjanna jesteście jedynymi ludźmi, których nie waham się poprosić, aby wyświadczyli mi przysługę, którym chętnie odsłaniam swe najskrytsze myśli; zawsze niecierpliwie czekam na was i zawsze tęsknię za wami, gdy mnie opuszczacie.
Julja zapłakała jeszcze głośniej. Karol rzucił się na szyję niewidomej; tulił ją i uspakajał, przeklinając swą ciotkę.
Karol.
Nie smuć się, Juljo, nie smuć; nie zostanę tam, daję słowo, że nie zostanę; jeżeli ta stara wiedźma jeszcze dziś mnie tam urządzi, to krócej niż we dwa tygodnie będę znowu z tobą i będę o ciebie się troszczył jak dawniej. Przyrzekam ci to.
Julja.
Jest to niemożliwe, mój biedny Karolu; o ile tam się dostaniesz, to będziesz musiał tam zostać.
Karol.
Zrobię tak, że mnie wypędzą — zobaczysz.
Julja.
Jakże to uczynisz? Nie rób tylko nic złego.
Karol.
Nie, nie — to jest tylko coś bardzo śmiesznego. Zanim jednak mnie zamkną, chcę zażartować z mej cioteczki, i to tak cudownie zażartować, że już się więcej nie podniesie.
— Karolu! — zawołała przestraszona Julja, — nie pozwolę ci na to! Błagam cię, — łagodnie dodała zasmucona.
Karol.
Ależ moja dobra Juljo, nie chcę jej ani bić, ani też jej zabijać; chcę tylko napisać do pana Blakdaja, który prowadzi sprawy mojej ciotki; poproszę go, aby przyjechał mi dopomóc, aby obronił mnie przed ciotką, uwolnił od jej opieki, wogóle dał mi możność zamieszkać gdzieś w innem miejscu, aby tylko nie przy niej. Niema w tem nic złego, mam nadzieję?
Julja.
Oczywiście, że nic złego, mój przyjacielu; dobrze nawet uczynisz, jeżeli napiszesz do tego pana.
Karol.
Ponieważ aprobujesz mój zamiar, natychmiast napiszę.
Julja.
Dobrze; siadaj przy stole mej siostry; w szufladce na prawo znajdziesz wszystko, co jest potrzebne do napisania listu; nie będę ci przeszkadzała, zajmę się robieniem na drutach.
Karol usiadł przy stole i natychmiast zabrał się do pracy. Długo i starannie pisał, wreszcie skończył i westchnął z ulgą.
— Skończone! Chcesz przeczytam ci mój list, Juljo?
Julja.
Oczywiście, z przyjemnością posłucham.
Karol (czyta).
Szanowny Panie! Nie mam zaszczytu być osobistym znajomym Szanownego Pana i obawiam się, że Szanowny Pan dzięki mej cioteczce Makmisz mógł przeczytać względnie posłyszeć o mnie co złego. Żyjąc przy niej czuję się tak nieszczęśliwy, że nie jestem w stanie więcej cierpieć; bije mnie tak mocno, że mam całe ciało w sińcach, aczkolwiek wymyślałem najrozmaitsze sztuczki, aby obronić się przed biciem; służąca Betty i kuzynki moje Marjanna i Julja Dajkin potwierdzą, że piszę prawdę. Chciałbym być dobry, ale nie jest to nawet do pomyślenia z moją ciotunią Makmisz. Teraz chce mnie zamknąć w zakładzie panów Old-Nik, dokąd przyjmowani są jedynie złodzieje. Pozatem mówi ciągle, że jestem żebrakiem, podczas gdy wiem dobrze, że ma dwadzieścia tysięcy złotych, które należą do mnie, gdyż ojciec mój oddał jej te pieniądze na przechowanie; wystarczy tylko Szanownemu Panu omówić to z sędzią pokoju, a tamten opowie Panu wszystko, co wie o tem. Błagam pana, proszę mi dopomóc ulokować się przy moich kuzynkach Dajkin, które są dla mnie tak dobre; zawsze udzielają dobrych rad, starając się zrobić ze mnie dobrego chłopaka. Żyjąc przy nich, w myśl nadziei pokładanych przez nie będę dobry, przy pani zaś Makmisz — nigdy!
Żegnam Pana, proszę mieć trochę litości dla mnie, Pańskiego oddanego sługi.

Karola Maklaga“.

— Dobrze napisałeś, — rzekła Julja, — tylko przedtem, niż miałeś się do nas prosić, należało omówić to z moją siostrą. Nie wiem, czy się zgodzi i się zobowiąże do wychowania ciebie.
Karol.
A ty, Julio, czy pozwolisz zamieszkać przy tobie?
Julja.
O, co do mnie, to przecie wiesz doskonale, że będę z tego zadowolona; nauczyłabym ciebie modlić się razem ze mną, czytałbyś mi dobre książki, odprowadzałbyś do kościoła, potem do biednych. Byłabym bardzo szczęśliwa.
Karol.
Jeżeli pragniesz tego, Juljo, to poproś o to Marjannę; bardzo cię kocha więc nie odmówi ci tego nigdy. Poprosisz ją o to, prawda?
Julja.
Ależ nie wiemy, mój biedny Karolu, czy usłucha cię ów pan, czy zrobi to, o co go prosisz? Zaczekamy na jego odpowiedź.
Karol.
Do rzeczy całkiem mówiąc, to zapomniałem podać wasz adres jako swój.
Karol dodał przy końcu listu:
„Ulica Cichej Pociechy N 3, dla pań Dajkin“. To znaczy, że gdy otrzymacie odpowiedź, Marjanna ten list odkopertuje, przeczyta i przekaże mi wkrótce po jego nadejściu; są właśnie w mojej kieszeni.
Karol wrzucił listy do skrzynki pocztowej i za nim powrócił do Julji wpadł jeszcze do domu, aby opowiedzieć Betty o złych zamiarach pani Makmisz, o których dowiedział się przed chwilą.
Pani Makmisz jeszcze nie wróciła. Opuściła Julję i była następnie u Old-Nika, proponując mu wziąć do siebie Karola na pensję.
— Ale czy ma ojca i matkę? — zapytał ostro Old-Nik.
Pani Makmisz.
Ani ojca, ani matki, ani nawet ciotki. Jestem jego krewną i dlatego wzięłam do siebie Karola i mogę rozporządzać jego losem według własnego uznania. To jest chłopak nieznośny, znienawidzony przezemnie; znajdzie pan w nim wszystkie nałogi; niema zresztą czemu się dziwić, gdyż... sądzę... podejrzewam, że go wspomagają, wspierają... czarownice, — dodała cicho, ze strachem oglądając się wokoło.
Old-Nik.
O, tego właśnie nie lubię, mieć do czynienia z temi paniami. Dlatego powinienem podnieść opłatę za utrzymanie.
— Jakto? — zawołała przerażona pani Makmisz. — Podnieść... za utrzymanie? Ale możliwie, że się mylę; jest to tylko przypuszczenie...
Old-Nik.
Przypuszczenie czy też nie przypuszczenie, ale pani to sama powiedziała. Zamiast stu pięćdziesięciu złotych utrzymanie będzie kosztowało dwieście dwadzieścia pięć. Nadaremnie usiłowała pani Makmisz dowieść Old-Nikowi, że nie ma racji, ufając tak słowom wypowiedzianym przez nią na wiatr. Trwał nieustępliwie przy swojem, nie chcąc za nic w świecie wziąść mniej niż dwieście dwadzieścia pięć złotych. Wreszcie z ciężkiem westchnieniem zgodziła się pani Makmisz, ale jednocześnie zastanawiała się nad tem, jak ma podejść Old-Nika, aby mu nie zapłacić.
Pani Makmisz.
A więc przystaje pan na te warunki, panie Old-Nik? Bierze pan do siebie mego nicponia? Jest wymagający, wybredny, — co do tego, to już uprzedziłam pana; dobre wyniki da się z nim osiągnąć jedynie za pomocą bicia.
Old-Nik.
Niech pani będzie spokojna, proszę pani, wiemy o tem. Dopniemy celu; miałem takich już dobry tuzin do poskromienia; obecnie się ukorzyli, panią zapewnić. A zwrócimy pani chłopca jak jagniątko.[1]
Pani Makmisz.
Zwracać chłopca niema potrzeby; proszę go trzymać aż do samej śmierci.
Old-Nik.
A więc umowa między nami stanie taka; mogę z niego zrobić, co zechcę; nikt nie będzie przychodził go odwiedzać; pieniądze powinna pani wpłacać mi akuratnie co trzy miesiące zgóry, inaczej bowiem ani jednego dnia nie będę więcej go trzymał... Nie podoba mi się — dodał Old-Nik, skrobiąc się za uchem, — że podejrzewają go o konszachty... z damami...[2] Ale ponieważ pani za niego płaci o siedemdziesiąt pięć złotych drożej, więc biorę go. Kiedy też pani przyśle go do mnie?
Pani Makmisz.
Jutro rano, albo dziś wieczorem, jeżeli pan chce.
Old-Nik.
A można i dziś wieczorem; czekam więc na niego.
Pani Makmisz.
Dobrze. Zdecydowane więc, dziś wieczorem.
Pani Makmisz zabierała się już do odejścia, gdy Old-Nik zatrzymał ją mówiąc:
— Jeszcze nie skończyliśmy omówienia sprawy pieniężnej; musi pani jeszcze dziś wieczorem, zanim przyprowadzi chłopca, zapłacić mi za trzy miesiące zgóry.
Pani Makmisz.
Dobrze, przyślę panu.
Old-Nik.
Czy razem z chłopcem?
Pani Makmisz.
Owszem, owszem, pan już o tem mówił.
I pani Makmisz, szybko odeszła, gdyż nie lubiła mówić o pieniądzach. Powróciła do domu w tej właśnie chwili, gdy Karol wychodził do Julji, opowiedziawszy Betty o zamiarach ciotuni oraz o swem postanowieniu, że będzie się jej sprzeciwiał do upadłego, stosując wszelkie możliwe środki.
Pani Makmisz.
Proszę się zatrzymać, szanowny panie. Betty spakuj rzeczy tego niegodziwca i odprowadź go natychmiast do Old-Nika w Fery-Galu.
Zdumiona Betty nie ruszyła się nawet.
Pani Makmisz.
Czy słyszysz co ci mówię.
Betty.
Pani niema wprost serca, proszę pani, jeżeli chce pani umieścić biednego Karola u Old-Nika. Pani wie przecie, że jego pensja gorsza jest od ciężkiego więzienia; tam strasznie katują dzieci.
Pani Makmisz.
A jednak Karol pójdzie do Old-Nika.
Betty.
Jeżeli Karol opuści ten dom, to ani na chwilę u pani pozostanę.
Pani Makmisz.
Tem lepiej; wynoś się natychmiast; tak czy inaczej; chciałam ci powiedzieć, abyś szukała sobie gdzieindziej pracy.
Betty nic nie odpowiadając, zebrała rzeczy Karola, do których dodała niektóre ze swoich, jak chustki do nosa, pończochy, ciepłe koszulki i zeszła na dół, trzymając w jednem ręku swój kuferek, w drugiem zaś mały węzełek Karola.
— Chodźmy, mój przyjacielu, rzekła do niego, — u tego złego Old-Nika nie będzie ci gorzej, niż było tu; w tym domu nic nie masz godnego wspomnienie.
— Czy więcej ciebie już nie ujrzę, Betty? — zapytał zasmucony Karol.
Betty.
Kto wie? Postaram się o pracę u Old-Nika; zawsze poszukuje służących. Być może, ma dla mnie dziś jeszcze wolne miejsce.
Karol.
Co za szczęście, Betty! Będzie mi weselej i lżej, jeżeli będziesz przy mnie!
Przed wyjściem za drzwi Karol obejrzał się na panią Makmisz, która odprowadzała swego bratanka z mieszanem uczuciem zadowolenia i zdenerwowania; z jednej strony cieszył ją przyszły zysk materjalny, gdyż postanowiła nie płacić za utrzymanie Karola, jednocześnie zaś uwalniała się od złego chłopca; z innej znowu strony — była zła, że nie będzie miała kogo męczyć, wesoły zaś wygląd Karola drażnił ją tembardziej.
— Żegnam ciotunię, — rzekł Karol, — gdy urosnę, to przyjdę i zażądam zwrotu swoich dwudziestu tysięcy złotych, przyczem z odsetkami, jak sama ciocia mówiła.
Pani Makmisz chwyciła za miotłę do zamiatania pieca, aby po raz ostatni pożegnać Karola; ale ten jednym susem był tuż obok Betty. Miotła wypadła z rąk ciotki i stłukła szybę we drzwiach. Betty i Karol uratowali się, pozostawiając panią Makmisz z jej gorzkiemi ubolewaniami nad stłuczoną szybą. Nie chciała wydawać pieniędzy na nowe szkło i dlatego zalepiła otwór arkuszem białego papieru, nasmarowanego resztkami kleju, będącego własnością Karola.

Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; Błąd począwszy od wyrazów panią zapewnić do końca akapitu. Jedna z możliwych prawidłowych wersji to np. Mogę/chcę panię zapewnić, że zwrócimy pani chłopca jak jagniątko.
  2. W Szkocji starają się ludzie jaknarzadziej używać wyrazu „czarownica“ z obawy, że przez to te czarownice do siebie się ściągnie...
    Dlatego mówiąc o tych istotach nazywa się je „damami“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Sophie de Ségur i tłumacza: anonimowy.