Dekabryści/Część druga/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Dekabryści
Podtytuł powieść
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Druk Drukarnia „Czasu“
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Barbara Beaupré
Tytuł orygin. 14 декабря
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XII.

— »Krwi boimy się, chcemy krwi uniknąć, a krew będzie, lecz na darmo przelana« — przypomniał Golicyn słowa Kachowskiego. — Daremna! daremna! daremna! — Krew! — dźwięczało mu upornie w rozbolałej głowie, jednostajnie do unużenia, jak w gorączkowej bredni.
— Leżąc na sofie w bibliotece, patrzył z pod przymrużonych i palonych gorączką powiek na krąg światła padający od lampy z zielonym abażurem wpół mroku zalewającym kąty pokoju, na półki wypełnione książkami, na wykwitające ze ścian, miękie linie pasteli, wyobrażających rysy prababek i pradziadków. Takie to było wszystko ciche, spokojne, harmonijne, to straszny dzień przeżyty na placu, mógł wydać się tylko przerażającym snem.
Późną nocą, gdy się już wszystko skończyło, podoficer moskiewskiego pułku, uciekając od kursujących patroli, przemycał się głuchymi zaułkami przez zaspy śniegowe w okolicach Krukowskiego kanału. Tu natknął się w ciemnościach, na ciało Golicyna, który leżał, jak martwy, zdrętwiały i przemarzły między zwalonemi tu kłodami drzew. Minął go w pierwszej chwili, mniemając, że jest zabity, lecz zawrócił, usłyszawszy słaby jęk, a pochyliwszy się, poznał przy słabem świetle latarni twarz jednego z przewódców powstania, których widział dziś zrana na placu. Doniósł więc o nim porucznikowi Küchelbekerowi, który znajdował się w pobliżu z gromadką żołnierzy. Ocucono Golicyna, a Küchelbeker wsadził go na dorożkę i zawiózł go do Odojewskiego, u którego sam mieszkał w pobliżu wielkiego teatru. Gospodarza nie było w domu, dowiedziano się, że nie powrócił jeszcze z placu.
Skoro Golicyn usłyszał, że wszyscy prawie koledzy ocaleli, ożywił się niezmiernie i przypomniał obietnicę jaką dał Marynce, że obaczy się z nią, choćby ostatni raz przed wiecznem rozłączeniem; chciał też zaraz jechać do domu. Küchelberker jednak nie puścił go, ułożył, zakrył, obwiązał mu głowę płócienną chustką umoczoną w occie, napoił herbatą, ponczem i jeszcze jakimś apecyalnym dekoktem. Golicynowi zdawało się, że spać nie będzie, że się tylko położy na chwilę, mimo to ledwie zamknął oczy wpadł w sen głęboki jakby się w czeluść pogrążył.
Skoro się przebudził, nie było Küchelbekera, wołał, lecz nikt się nie odezwał, spojrzawszy na zegarek, przekonał się ze zdziwieniem, że już jest siódma godzina zrana, że przespał pięć godzin, gdy zdawało mu się, że ledwie trzy minuty. Wstał i obszedł całe mieszkanie, lecz nie znalazł nikogo prócz drzemiącego ordynansa, którego rozbudził, a który mu powiedział, że pan jego nie wrócił dotąd i że Küchelbeker pojechał ze starym kamerdynerem, szukać go po całem mieście.
Golicyn czuł się bardzo słaby, doświadczał zawrotu głowy i dotkliwego bolu w skroni od uderzenia obcasem, mimo to ubrał się do wyjścia; wtedy dopiero zauważył, że ma na sobie cudzy kapelusz, że okulary jakimś cudem ocalały. Wyszedł na ulicę, wsiadł do dorożki i wieźć się kazał najpierw na senatorski plac, a potem dopiero do domu.
Nie rozwidniło się jeszcze całkiem, niebo szarzało dopiero, a na dachach bieleć poczynał śnieg. W miarę zbliżania się do senackiego placu, ulice nabierały wyglądu koszar wojennych. Wszędzie wojska, patrole, kordony, placówki, stogi słomy i siana, piki i karabiny ustawione w kozły, sygnały wart, trzask palonych ognisk, dokoła których migały poprzez smugi dymu błyszczące lufy haubic.
Na rogu ulic Angielskiej i Nadbrzeżnej, Golicyn wysiadł z sań bo dalej nie było już przejazdu i poszedł pieszo, przedzierając się przez tłum. Uszedłszy kilka zaledwie kroków, musiał się zatrzymać, bo na plac nie puszczano nikogo. Wojsko okrążyło go dokoła, a prócz tego w oznaczonych odstępach, stały armaty obrócone paszczami do głównych ulic. Ulicą nadbrzeżną jechał wielki wóz zakryty słomianą rogożą, za jego zbliżeniem się lud rozstępował się i zdejmował czapki.
— Co to? — spytał Golicyn.
— To wiozą nieboszczyków — odpowiedziano mu szeptem. — Daj im Bóg królestwo niebieskie, to przecież ludzie chrześcijańscy, a pod lód ich wrzucają jak psów.
Szeptali tak w dalszym ciągu ladzie stojący obok Golicyna, który dowiedział się w ten sposób, że policya zbierała przez całą noc trupy i zwoziła je nad rzekę, gdzie zrobiono wiele przerębli dla wrzucania zwłok. Topiono tak wszystkich, nie tylko umarłych bo znajdowali się wśród nich i żywi ciężko ranni. A nie było czasu na odróżnianie, bo polecono do rana oczyścić plac. Niektórych wrzucono tak niedbale, że sterczeli z lodu i przymarzali. Stada wron wietrząc żer, zbierały się i ważyły nad Newą, jak czarne chmury ze złowieszczem krakaniem, a prócz krakania tego dawał się słyszyć jakiś inny jeszcze potworniejszy zgrzyt, podobny do żelaznego szczęku.
— A to co? czy słyszycie? — spytał znowu Golicyn.
— A! to pranie i maglowanie — odpowiedział mu ktoś, bojaźliwym szeptem.
— Jakto pranie i maglowanie?
— A no! idź i sam zobacz.
Golicyn przecisnął się jeszcze trochę dalej i spiąwszy się na palcach zaglądnął tam skąd rozchodził się ów zgrzyt.
Tam na placu ludzie skrobali bruk żelaznymi zgrzebłami, oczyszczali go ze krwi zakrzepłej wraz ze śniegiem i posypywali białym, czystym, poczem wbijali go walcami, a na stopniach ganku w gmachu senackim zmywano zakrzepłe kałuże krwi, zlewając je kipiatkiem z dymiących cebrów, potem wycierano kamienne płyty wiechciami i ścierkami, wstawiano szyby w oknach, zabielano ściany i białe kolumny senatu, tynkowano dziury zrobione od kul, a w górze pod dachem przyprawiano na nowo szalki, trzymane przez boginię sprawiedliwości.
Ranek pochmurny wstawał taki sam mglisty i cichy, jak wczoraj i namyślał się tak samo w co się obrócić, w mróz, czy w odwilż? Igła admiralska wpiła się podobnie jak wczoraj w niskie obłoki podobne do białej waty, a mostki biegnące przez Newę, gubiły się tak samo w białej ścianie mgły i śniegu. I zdawało się, te tam za Newą niema już nic, prócz śniegu i pustynne mgły, że tam koniec wszystkiego, nieba i ziemi ostatni kraniec świata. A spiżowy jeździec na spiżowym koniu skoczyć chciał zda się w tą białą otchłań najdalszą i ostateczną.
Na placu tymczasem trwało wciąż skrobanie, zgrzytanie, ścieranie żelaznymi zgrzebłami.
— Nie zeskrobią — pomyślał Golicyn — krew wystąpi z ziemi, poskarży się Bogu i sprowadzi poskromienie zwierza.


KONIEC TOMU PIERWSZEGO.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Barbara Beaupré.