Czarny orzeł (Dubrowski)/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Puszkin
Tytuł Czarny orzeł
Podtytuł (Dubrowski)
Data wydania 1926
Wydawnictwo Tow. Wydawnicze "Rój" i Księg. E. Wende S-ka
Druk Zakł. Graf. E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antoni Lange
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.

Teraz poprosimy czytelnika o pozwolenie wyjaśnienia ostatnich wydarzeń w naszej powieści, przez poprzedzającego wypadki, których nie zdążyliśmy jeszcze opowiedzieć.
Na stacji X, w domu nadzorcy, o którym już wspomnieliśmy, siedział w kącie przejezdny, o wyglądzie spokojnym i cierpliwym, zdradzającym włóczęgę lub cudzoziemca, t. j. człowieka nie mającego głosu na pocztowym trakcie. Bryczka jego stała na dziedzińcu, oczekując na wysmarowanie. Leżał w niej mały kuferek, wyraźne świadectwo niezbyt dostatniego majątku. Przejezdny nie żądał ani herbaty, ani kawy, poglądał w okno i pogwizdywał ku wielkiemu niezadowoleniu siedzącej za parawanem żony nadzorcy.
— Ot nasłał Bóg świstuna, mówiła półgłosem jak to pogwizduje! żebyś pękł, przeklęty bisurmanie.
— To cóż? rzekł nadzorca, cóż złego? niech sobie gwiżdże.
— Co złego? odrzekła gniewna małżonka, a czy nie znasz przysłowia.
— Jakiego przysłowia? Że gwizdanie wypędza pieniążki? I, Pachomowna! — u nas gwiżdż lub nie gwiżdż, a pieniędzy zawsze jak nie było tak niema.
— Odprawże go Lidorycz. Też chętka zatrzymywać go. Daj mu konie i niech przepadnie do djabła.
— Poczekaj, Pachomowna; w stajni są tylko trzy trójki, czwarta wypoczywa. Tylko patrzeć lepszych przejezdnych, nie chcę opowiadać swym karkiem za francuza. Ot, sprawdza się, już jadą! Ehe-he, a jak prędko! czy też nie jaki generał?
Przed gankiem zatrzymał się powóz. Sługa zeskoczył z kozła, otworzył drzwi i za chwilę wszedł do nadzorcy młodzieniec w wojskowym płaszczu w białej czapce; tuż za nim wniósł sługa szkatułkę i postawił ją na oknie.
— Koni! rzekł oficer rozkazującym głosem.
— Natychmiast! odpowiedział nadzorca, proszę o kartę podróży.
— Nie mam karty podróży. Jadę niedaleko... Czyż mnie nie poznajesz?
Nadzorca zakrzątał się i pobiegł przywołać furmanów. Młodzieniec zaczął przechadzać się po izbie, wszedł za parawan i cicho zapytał nadzorczyni: Kim jest przejezdny?“
— Bóg to wie, odrzekła nadzorczyni, jakiś tam francuz; ot już pięć godzin jak wyczekuje koni i gwiżdże. Dokuczył, przeklęty.
— Młody człowiek zagadnął przejezdnego po francusku,
— Dokąd pan jedzie? zapytał.
— Do pobliskiego miasta, odparł francuz; stamtąd udam się do pewnego dziedzica, który mnie przyjął bez widzenia za nauczyciela. Myślałem, że dziś będę już na miejscu, lecz pan nadzorca, zdaje się, sądzi inaczej. W tym kraju trudno o konie panie oficerze.
— A do którego z tutejszych ziemian pan jedzie? zapytał oficer.
— Do Trojekurowa, odrzekł francuz.
— Do Trojekurowa? Któż to taki, ten Trojekurow?
— Ma foi, monsieur, słyszałem o nim mało dobrego. Mówią, że to pan dumny i samowolny, brutalny w obejściu z domownikami, że nikt nie może z nim zżyć się, że wszyscy drżą na dźwięk jego imienia, że z nauczycielami nie robi ceremonji.
— Zlituj się pan! i pan decyduje się pracować u takiego potwora?
— Cóż robić, panie oficerze? Proponuje dobrą pensję, 3000 rubli na rok i wszystkie potrzeby. Być może, że jestem szczęśliwszy od innych. Mam staruszkę matkę, pół pensji będę jej odsyłał na utrzymanie, a z resztą mogę uskładać przez pięć lat maleńki kapitał, dostateczny dla zdobycia przyszłej niezależności. Wtedy, bon soir, jadę do Paryża i biorę się do handlowych interesów.
— Czy zna pana kto w domu Trojekurowa? zapytał.
— Nikt, odparł nauczyciel. Wezwał mnie z Moskwy przez jednego ze swoich przyjaciół, którego kucharz jest moim ziomkiem i polecił mnie. Trzeba panu wiedzieć, że kształciłem się nie na nauczyciela, lecz na cukiernika, ale powiedziano mi, w waszym kraju stan nauczycielski jest bez porównania korzystniejszy.
Oficer zamyślił się, „Proszę posłuchać, przerwał francuzowi, a coby było gdyby panu zamiast tej przyszłości zaproponowano 10,000 rubli gotówką z warunkiem, iż pan natychmiast wyjedzie z powrotem do Paryża?“
Francuz spojrzał na oficera ze zdziwieniem, uśmiechnął się i pokiwał głową.
— Konie gotowe! rzekł wchodząc nadzorca.
Służący potwierdził to samo.
— Zaraz — odpowiedział oficer. Wyjdźcie stąd na chwilę. (Nadzorca i sługa wyszli). Nie żartuję, mówił dalej po francusku. 10.000 rubli mogę panu dać, potrzebna mi tylko pańska nieobecność i pańskie papiery.
Przy tych słowach otworzył szkatułkę i wyjął kilka paczek banknotów.
Francuz wybałuszył oczy, nie wiedząc, co myśleć.
— Moja nieobecność... moje papiery? powtarzał ze zdumieniem. Oto moje papiery... lecz pan żartuje? Poco panu moje papiery?
— To pana nic nie obchodzi. Pytam: godzi się pan czy nie?
Francuz, wciąż jeszcze nie wierząc własnym uszom, podał papiery młodzieńcowi, który je szybko przejrzał.
— Pański paszport... Dobrze; list rekomendacyjny... zobaczymy; metryka urodzenia... wspaniale. No, oto pańskie pieniądze, niech się pan zabiera z powrotem. Żegnam.
Francuz stał, jak wryty. Oficer wrócił.
— Zapomniałem o najważniejszem. Proszę mi dać słowo honoru, że to wszystko zostanie między nami... pańskie słowo honoru.
— Moje słowo honoru, — odparł francuz. Lecz moje papiery? Cóż ja bez nich pocznę?
— W pierwszem mieście zawiadomi pan, że ograbił pana Dubrowski. Uwierzą panu i dadzą potrzebne zaświadczenie. Żegnam; niech panu Bóg pozwoli wrócić czemprędzej do Paryża i zastać matkę w dobrem zdrowiu.
Dubrowski wyszedł z izby, siadł do powozu i pojechał.
Nadzorca patrzył przez okno i gdy powóz odjechał, zwrócił się do żony z okrzykiem: „Pachomowna! wiesz co? to był Dubrowski“. Nadzorczyni podskoczyła do okna, lecz już zapóźno. Dubrowski był daleko. Zaczęła besztać męża: „Boga ty się nie boisz, dlaczegoś mi nie powiedział tego wcześniej, chociażbym spojrzała na Dubrowskiego, a teraz czekaj, aż zjedzie znowu. Naprawdę jesteś bez sumienia, bez sumienia!“
Francuz stał, jak wryty. Umowa z oficerem, pieniądze — wszystko wydawało mu się snem. Lecz zwitki banknotów leżały tuż, w jego kieszeni i wymownie świadczyły o prawdziwości niezwykłego zdarzenia.
Postanowił wynająć konie do miasta. Woźnica powiózł go stępa i w nocy dowlókł go do miasta.
Nie dojeżdżając rogatek, przy których zamiast strażnika stała rozwalona budka, francuz kazał zatrzymać, wylazł z bryczki i poszedł piechotą, dając woźnicy na migi do zrozumienia, że bryczkę i kufer darowuje mu na wódkę. Woźnica był podobnie zdumiony jego szczodrością, jak sam francuz propozycją Dubrowskiego. Wywnioskowawszy tylko, że niemiec zwarjował, woźnica podziękował mu gorliwym ukłonem i, nie uważając za opowiednie wjeżdżać do miasta, udał się do znanego sobie zakładu rozrywek, którego właściciel był jego przyjacielem. Tam spędził całą noc i nazajutrz rano trójką odjechał do domu, bez bryczki i bez kuferka, z obrzękłą twarzą i czerwonemi oczami.
Dubrowski, zdobywszy papiery francuza, zjawił się śmiało, jak widzieliśmy u Trojekurowa i zamieszkał w jego domu. Jakiemi nie były jego tajemne zamiary (poznamy je później), w postępowaniu swojem nie objawił nic zdrożnego. To prawda, że zajmował się mało wychowaniem małego Saszy, dawał mu zupełną wolność dokazywania i niezbyt surowo karcił za lekcje, zadawane tylko dla formy, natomiast z wielkiem zajęciem pilnował muzykalnych postępów swej uczennicy, a często całemi godzinami siadywał z nią przy fortepianie. Wszyscy lubili młodego nauczyciela: Cyryl Piotrowicz za jego odważne zachowanie na łowach, Marja Cyrylówna za bezgraniczną gorliwość i niewolnicze oddanie się, Sasza za pobłażanie zbytkom, domownicy za dobroć i szczodrość, niewspółmierną z jego stanem majątkowym. On zaś, zdawało się, był przywiązany do całej rodziny i uważał się za jej członka.
Minął blisko miesiąc od czasu objęcia przez niego stanowiska nauczyciela i do pamiętnego święta nikt nie podejrzewał, że pod postacią skromnego, młodego francuza ukrywał się groźny rozbójnik, którego imię budziło przerażenie wśród okolicznych ziemian. Przez ten cały czas Dubrowski nie opuszczał Pokrowskoje, ale wieści o jego rozbojach nie milknęły, dzięki bujnej wyobraźni wiejskich mieszkańców; lecz mogło być i to, że szajka jego działała dalej podczas nieobecności dowódcy. Nocując w jednej izbie z człowiekiem, którego mógł uważać za swego osobistego wroga i jednego z głównych winowajców swej nędzy, Dubrowski nie mógł oprzeć się pokusie. Wiedział o istnieniu woreczka i postanowił go zdobyć. Widzieliśmy, jak zdumiał on biednego Antona Pafnucewicza nieoczekiwanem przedzierżgnięciem się z nauczyciela w rozbójnika.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Puszkin i tłumacza: Antoni Lange.