Czarny miesiąc/Tom II/Część druga/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Czarny miesiąc
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1930
Druk Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Thérèse Dunoyer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


CZĘŚĆ II.
I.
MĄŻ I ŻONA.

Z listu markiza de Beauregard do żony można wywnioskować, jak bolesny przymus sobie zadawał i jaka rozpacz kryła się w nim pod maską cynicznej obojętności.
Niewątpliwie, obojętność pana de Beauregard wobec zdrady żony, na pierwszy rzut oka wydaje się godną nagany, nawet, jeżeli jest tylko maską. Jednakże nie sama dziwna fanfaronada, pchająca go do chlubienia się złem, ani pogarda przyjętych pojęć i zasad, zmusiły go do tego kroku — wiedział bowiem, że po podobnej awanturze żona jego dosłownie nigdzie nie będzie mogła się pokazać i zazdrość, jeżeli nie mamy powiedzieć miłość markiza, przyklaskiwały ternu dziełu zemsty.
Jednakże, jakkolwiek winną była Dolores, pan de Beauregard kochał ją jeszcze; wmawiał w siebie, że to jego własny zły przykład, jego cynizm, stały się przyczyną błędu żony; spodziewał się przecież, że żyjąc w ustroniu, zmaże pamięć o swych przewinieniach, i że on sam, szlachetnie jej przebaczając, przywiedzie ją na drogę rozumu i cnoty.
Potem już, gdy pisał do żony, pan de Beauregard po raz pierwszy może w życiu, uczuł prawdziwie głęboką potrzebę i pragnienie spokojnego życia w odosobnieniu: była to szczególna ironja Przeznaczenia, które zsyłało mu zbawienne myśli, ale... w chwili, gdy wykonanie ich była już niepodobieństwem.
Po powrocie z owej uczty, markiz nie wiedział, czy ma odczytać żonie ów list, pisany przed pojedynkiem. — A może, dowiedziawszy się, jak gorąco jest kochaną, młoda markiza uczułaby wyrzuty sumienia i szczery żal — z drugiej strony atoli — jakież mógł dać jej wyobrażenie o władzy, jaką miał wciąż nad nią, mamo tak sromotnego postępowania.
Niepewność ta przyszła do głowy markizowi, więc przez chwilę się wahał — w końcu postanowił uzależnić swe postępowanie od wrażenia, jakie na markizie zrobi dowiedzenie się, że mąż wie już o jej miłostkach. Jak bowiem już zaznaczyliśmy, zgoła nie domyślała się zdrady swej pokojówki; hiszpańsko-amerykańska arystokratka, przyzwyczajona do brutalnego i nietaktownego traktowania służby, nigdy dotąd nie pomyślała, do czego może prowadzić pomiatanie swymi zaufanymi.
Mimo olbrzymiego doświadczenia życiowego, mimo świetnej znajomości kobiet wszelkich gatunków, pan de Beauregard dotąd nie pojmował, czemu ma przypisać złe prowadzenie się markizy — była przecież tak młoda, miała twarzyczkę tak słodką — udawała się być tak cnotliwą, tak czystą — wychowana była w zasadach tak surowych, pozornie przynajmniej, że markiz aż do ostatniej chwili nigdy nie przypuszczał, by była zdolna do takiej zręczności i przeniewierstwa.
Nadmieńmy też odrazu, że duma markiza oburzała się na samą myśl, nie, że został zdradzony, ale że został zdradzony, jak pierwszy lepszy z tych rogatych małżonków, z których zawsze tak szydził. Wyszukiwał jakichś nadzwyczajnych przyczyn, tajemniczych powodów, które pchnęły jego żonę w objęcia tak marnej figury, jak powiernik pana Roupi-Gobellon‘a; by złe jej prowadzenie się wynikało z wrodzonych skłonności, nawet nie przypuszczał. Postanowiwszy wreszcie przedsięwziąć coś pewnego do rozmowy z żoną, ułożył listy obu jej amantów i udał się do markizy, bez wizględu na to, że o tej porze była uśpiona.
Apartament markiza był znacznie oddalony od apartamentu żony; on zajmował prawe skrzydło pałacu, ona zaś lewe, rozdzielone od siebie całym szeregiem wielkich salonów. Księżyc jasno oświecał ogromne komnaty, które przebywał pan de Beauregard, aby dostać się do sypialni żony. Wszedł tak cicho, że uśpiona Dolores wcale go nie dosłyszała. Przez chwilę przyglądał się jej przy bladem świetle lampy, zawieszonej u sufitu. Cisza panowała zupełna. Firanki przy łóżku i w oknach sypialni zrobione były z białego muślinu z podszewką z wiśniowego jedwabiu; meble sypialni były cytrynowego koloru, pokryte białym atlasem w różowe kwiaty i ozdobione misternemi rzeźbami z kości słoniowej, harmonizującemi z przezroczystemi draperjami.
Uśpiona markiza skrywała się do połowy w zwojach batystu i koronek, uwieszających się z poduszek; pod lekką jedwabną włoską kołdrą rysowały się śliczne kształty Dolores; jeden z szerokich rękawów, podniesiony w górę, pzwalał widzieć śliczną, toczoną rękę, na której spoczywała dziewicza główka; warkocze czarnych włosów wychylały się z pod nocnego czepeczka, różowe zaś usta, nawpół otwarte, wydawały tchnienie świeże i lekkie; ciepło wreszcie malowało żywym karminem policzki, ozdobione dołeczkami.
Nawet bogata fantazja Greuze‘a nie stworzyłaby delikatniejszych rysów, twarzyczki bardziej niewinnej; nigdy kość, karmin i lapis-lazuli jego cudownej palety nie rozlały się dla wymalowania cery bardziej przezroczystszej, czystszej i delikatniej wycieniowanej lazurem.
Markiz zbliżył się na palcach do łóżka, skłoniwszy głowę na piersi i długo patrzył na żonę, z wyrazem boleści, gniewu i niewygasającej miłości; gorzki uśmiech igrał mu na ustach; stłumionym głosem szeptał:
— Kto by się spodziewał, patrząc na tak słodką twarzyczkę?...
Nagle Dolores poruszyła się zlekka, wyciągnęła lewą rękę, ma której miała opartą głowę, dostrzegła męża i krzyknęła.
Markiz wlepił w nią wzrok, prawie groźny...
— Która godzina? Co chcesz, mój drogi? — mówiła, podnosząc się.
Pan de Beauregard postawił świecę, z którą przyszedł, na stolik, oddał przyniesione listy żonie, poczem w milczeniu czekał na pierwszy jej wyraz, pierwszy jej krzyk przestrachu...
Markiza najpierw podniosła brwi z wyrazem zdziwieniu, wzięła listy, spojrzała na nie i widać było, że je poznała od razu — widać była, jak mnie je w rakach pod kołdrą.
Jednakże nie zbladła nawet; regularne jej rysy żadnej nie uległy zmianie...
Pan de Beauregard zdecydował się wreszcie przerwać milczenie:
— Cóż powiesz, Dolores?
Lecz markiza milczała, z głową spuszczoną i ukrytą w rękach.
Pan de Beauregard, przypisując milczenie żony pomieszaniu, zbliżył się do niej i mówił, z gniewem i goryczą:
— Dolores, zdradziłaś mnie!
Lecz Dolores nic nie odrzekła.
— Odpowiedz przynajmniej.
I chwytając żonę za rękę, pan de Beauregard rozrzucił po pokoju całą chmurę skrawków podartego papieru — były to owe listy.
Pierwszą myślą markizy było... zniszczenie obciążającego materjału!
Podobna zimna śmiałość zmieszała poproś tu markiza; nawet po damie w stylu biesiadniczek z ostatniego wieczoru, nie spodziewał się czegoś podobnego. Ta kobieta, którą uważał za cudo niewinności; myślała tylko o zniszczeniu dowodów winy, jakby to co pomóc mogło! Nie wiedział wprost, co począć, wreszcie wykrzyknął, oburzony:
— Co za bezczelność! Czyżby pani miała odwagę myśleć, że się da zaprzeczyć autentyczności tych listów?! Alboż sądzisz, że nie main innych jeszcze dowodów twej zdrady?...
Dolores milczała nadal.
— Czy pani chcesz doprowdzić do tego, abym inaczej począł mówić?! — tupnął nogą markiz. — Jakto, ani wyrazu, ani wyrazu!
— Nie mam nic do powiedzenia — odrzekła Dolores, jakimś niepojęcie spokojnym tonem.
— Ależ listy!...
Markiza znowu nic nie odpowiedziała...
Pan de Beauregard zacharczał, z trudem panując nad sobą:
— Przed chwilą, pani, przypisywałem twe milczenie wstydowi... ale skoro miałaś tyle przytomności umysłu, aby podrzeć listy... więc nie igraj ze mną... Po takiem postępowaniu, jak twoje, mam prawo spodziewać się jakiejś skruchy...
A Dolores uparcie milczała.
Markiz po raz pierwszy w życiu zacisnął pięści; unosił się, dochodząc do brutalności, wreszcie, oddalił się od łóżka żony i padł na sofę, zakrywając twarz rękoma.
Zanim markiz zdążył ochłonąć, spostrzec się, żona jego narzuciła na siebie szlafroczek leżący przy łóżku, nasunęła na nóżki pantofelki, przysunęła fotel do kominka i siedząc, poczęła rozniecać ogień.
Na wywołamy przez nią łoskot, markiz odwrócił się i zobaczył żonę, spokojnie siedzącą przy kominku. Właśnie zdjęła koronkowy czepek, dłonią poprawiała włosy; na białem jej czole malował się spokój niczem niezmącony, spojrzenie nic nie mówiło.
Ta zimna krew pokonała poprostu pana de Beauregard, wziął krzesło, przysunął je do ognia i, siląc się na spokój, rzekł do Dolores zdławionym głosem:
— Jak widzę, pani, nie lubisz tłumaczyć się przed mężem ze swego prowadzenia się... Twoje milczenie dużo mówi o tobie... i dużo znaczy... Rozumiem... na głupie pytania najlepiej zachować milczenie... Ale ja mam dowody twego wielokrotnego wiarołomstwa... i pokazując je... spodziewałem się przynajmniej wyrazów żalu... choćby pozorów żalu... A ty stoisz, jak posąg... Na sto kobiet, tak beznadziejnie przyłapanych przez męża, nie znajdzie się ani jedna, któraby nie okazała wzruszenia, przestrachu, wstydu... może skruchy... A ciebie nie przeraża nic... nie zawstydza nic... a przecież masz dopiero osiemnaście lat. No, wiesz co, pięknie się zapowiadasz!... Ale mniejsza o usprawiedliwianie się... Czy mogę wiedzieć, przepraszam za ciekawość, co masz zamiar teraz robić?...
— Nie rozumiem cię, panie...
— Pytam cię, pani, czy sądzisz, że możemy żyć teraz ze sobą nadal tak, jak dotychczas?
— To do ciebie należy.
— A zatem — zawołał markiz z sarkastycznym śmiechem — raczysz pozostać ze mną w zgodzie.
— Rób, jak chcesz.
— A jeśli nie chcę! — wrzasnął markiz, doprowadzony do ostateczności — jeżeli przeniewierczą żonę wypędzę z domu jak!...
— To się z niego zabiorę — odpowiedziała markiza z niezmąconym spokojem, zapinając rękawy szlafroczka.
Pan de Beauregard zerwał się gwałtownie, poprostu krew zalewała mu mózg. Kilkakrotnie przebiegłszy po pokoju, usiadł znowu, wprost zgnębiony.
— No... a gdybym... posuwając wspaniałomyślność aż do słabości, był tak nikczemny, że przebaczyłbym ci... czy mogę się spodziewać zmiany twego postępowania... haniebnego... na lepsze... w przyszłości?...
— Nie wiem, proszę pana.
— Jakto!!... Nawet w przypuszczeniu, że posunę się aż do zapomnienia o przeszłości... jeszcze nie możesz ręczyć za przyszłość?
— Trudno przewidzieć, co może być w przyszłości.
— No, to przynajmniej szczerze... najmocniej dziękuję.. mogę być przynajmniej szczęśliwy, żeś mnie wywiodła z niepewności... Ale czy sobie wyobrażasz, że na tem poprzestanę?
— Pan powinien sam o tem wiedzieć najlepiej.
— Oto odpowiedzi, świadczące o anielskiej niewinności i czystości!... Ależ doprawdy dziwię się — dodał z jakimś zgorzkniałym uśmiechem — dlaczego nie przypominasz mi moich gorszących, jawnych miłostek, mego cynizmu, z jakim prezentowałem całemu światu moje metresy, równie cynicznych jakie ci sam dawałem, zachęcając cię do kokietowania mężczyzn?... Przecież nie potrzeba praktyki adwokackiej, by z podobnego materjału ułożyć przepyszną obronę?...
Dolores w pierwszej chwili nie raczyła nic odpowiedzieć.
— Czyż to miałoby być łaską pani markizy, że mnie tak szlachetnie oszczędzasz? — zawołał de Beauregard z ironją.
— Robił pan, co się panu podobało. Każdy robi sobie przyjemność, jak umie.
— Ale powiedz przynajmniej, że cię znieważałem... że cię upokorzałem... że sam pchałem cię na drogę upadku.. Staraj się dowieść przynajmniej, że do wiarołomstwa pchnęła cię zemsta, gniew... może to zrozumiem!...
— Nigdy nie czułam gniewu.
— Nigdy?
— Nigdy.
I Dolores spokojnie kończyła zapinanie rękawków.
Markiz uczuł się jakby znieważony.
— Jakto... a zatem, pani, moje gorszące postępowanie pozostało zgoła bez wpływu na twoje... nie stało się powodem?...
— Ależ w najmniejszym stopniu!
— A więc... dobrowolnie... przed wpływem wrodzonych zepsutych skłonności... idąc zła własnym popędem, aż tak upadłaś?...
— Nie mam zamiaru bronić się kłamstwem... ani wogóle się bronić.
— To nawet szlachetnie... dziwne przy tatkiem zepsuciu... Ale może miałaś, pani, jakieś poważne powody... których wyjaśnienia lękasz się... lub wstydzisz... może uważałaś mnie za niegodnego twej miłości... może chciałaś mi się odpłacić za moje wiarołomstwo... może chciałaś mnie upokorzyć... może wreszcie chciałaś wziąć mnie na jakąś próbę... Bo nie chcę nawet wierzyć, abyś była istotą bez poczucia... bez śladu wstydu i godności kobiecej.
— Każdy szafuje swoją godnością, jak mu najwygodniej.
— Ależ pomyśl, pani, jak świat będzie cię teraz traktował!
— Tak samo, jak pan, proszę pana... pan mnie opuści i świat odwróci się ode mnie, póki o wszystkiam nie zapomni.
— Więc chyba nigdy mnie nie kochałaś?... — zawołał markiz z boleścią, nie wiedząc już, co ma sądzić.
Dolores umilkła.
— Dlaczegóż więc z taką radością przyjęłaś moje oświadczyny?
— Zachciało mi się mieszkać w Paryżu... dostać się do wielkiego świata starej Europy i... zapomniałam o różnicy wieku.
Teraz dopiero pan de Beauregand zrozumiał całą tajemnicę.
Przy całem swem doświadczeniu, nigdy dotąd nie przyszło mu do głowy, że... przecież jest o całe dwadzieścia pięć lat starszy od żony, żony, zrodzonej w gorącym klimacie wysp Antylskich! Przyzwyczajony do powodzenia u kobiet, choćby i bardzo łatwych, zaufamy w swą urodę, w czar swego bogactwa i rozrzutności, nigdy nie pomyślał nawet, że się starzeje, a Dolores przeżywa pierwszą wiosnę życia... Tak, nigdy pan de Beauregard nie spodziewał się przykrzejszego odkrycia, odkrycia, równie godzącego w jego dumę.
— Czyżby i oni o tem wiedzieli?... — przemknęło mu się przez głowę.
Nic zwyklejszego, ludzie, żyjący wesoło, zawsze prawie zapominają o swym wieku; czterdziestopięcioletni mężczyzna nie zrozumie, że kobieta osiemnastoletnia nie uważa go za swego rówieśnika. Dopiero kiedy gorzk-i, a nieprzewidziany zawód brutalnie przypomni mu, że lata mijają, jakże wówczas żałuje młodości, tej młodości, tem droższej, im bardziej ucieka od nas bezpowrotnie!
Suche odpowiedzi Dolores pozbawiły wprost markiza zdolności do myślenia; teraz stracił już głowę zupełnie.
Co czynić — czy miał unieść się gniewem... i to potem, jak sam rozgłosił wszystko z tak cyniczną obojętnością? Czy dalej odgrywać tę samą rolę?... Czy może zmusić żonę do opuszczenia wielkiego świata i oddalenia się wraz, z nim w samotne ustronie, gdzie może obudziłyby się w niej czystsze uczucia i nawyknienia? A może wreszcie zdecydować się na separację z żoną i odesłanie jej z powrotem za morze, do rodziców.
Najmądrzejszem i najzgodniejszem z powszechnym zwyczajem byłoby to ostatnie, lecz obnażałoby to znowu dziwaczną ambicję pana de Beauregard, który przecież nie mógł postąpić, jak pierwszy lepszy rogaty mąż... a przytem, w takim razie wyrzekłby się przecież raz na zawsze Dolores, którą kochał mimo wszystko.
Myśli zbyt ciężkie mu przychodziły, aby miał już odrazu zdecydować się na jakiś krok stanowczy.
Po chwili milczenia podniósł się i wyniośle rzekł do markizy:
— O moich dalszych zamiarach dowiesz się, pani, jutro i mam nadzieję, że się do mojej woli zastosujesz.
— Będę czekała pańskich rozkazów — odpowiedziała zimno Dolores.
Markiz opuścił sypialnię żony.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.