Cudowna melina/Tak będzie lepiej

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Orłoś
Tytuł Cudowna melina
Wydawca Państwowe Wydawnictwo „Iskry”
Data wydania 1989
Druk Zielonogórskie Zakłady Graficzne
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XVI. TAK BĘDZIE LEPIEJ

Rano Baśkę zbudził gwizd za oknem. Matki nie było — o ósmej wychodziła do prezydium. Dziewczyna boso podbiegła do okna i zobaczyła Reńka. Siedział na kamiennym krawężniku naprzeciw parterowego domku. Żuł gumę. Obok leżała rzucona na bruk torba z białym napisem „Mexico”. Kawałek dalej przykucnął nad krawężnikiem Pietrek Groszek. Jego teczka wisiała na płocie, zaczepiona uchwytem o żerdź.
— Idziesz? — zapytał Reniek.
— Idę — powiedziała Baśka. Cofnęła się i tylko chwilę falowała firanka w pustym oknie.
Siedzieli potem całą gromadą nad rzeką, w gęstych wiklinowych zaroślach, niedaleko mostu. Był Reniek, Baśka (leżała z głową na jego brzuchu), Pietrek Groszek, dwie dziewczyny z jedenastej klasy (nie dopuszczone do matury) i jeszcze trzech chłopaków. Opalali się leżąc na wilgotnym piasku, wdychając zapach rzeki, iłu, trawy o długich kłujących źdźbłach, słuchając natrętnego brzęczenia much i turkotu wozów jadących przez most do miasta. Baśka powtarzała słowa piosenki zapisanej w grubym brulionie. Cicho grał tranzystorowy odbiornik. Na piasku stała na wpół opróżniona butelka jabłecznego wina, leżały dwa blaszane kubki. Nie rozmawiali prawie, Piotruś ziewał głośno, słychać było szept Baśki, muzykę, brzęczenie much.
Boża krówka powoli wspinała się na szczyt długiego źdźbła. Stanęła blisko końca. Próbowała rozłożyć skrzydełka — chciała odfrunąć, ale nie mogła i tylko bezsilnie dreptała w miejscu.
Reniek otworzył oczy, patrzył chwilę na białe obłoki nad rzeką, potem uniósł wielką dłoń i pogładził policzek Baśki.
— Chodź, stara, pójdziemy w krzaki.
Chłopcy roześmieli się. — Nie za wcześnie, Reniu? — zapytał któryś.
— Wola boża — powiedział młody Groszek. Śmieli się wszyscy.
Piotruś leżał na brzuchu i zerwanym kłosem suchej trawy kłuł bożą krówkę. Widział, jak biedronka usiłuje odfrunąć, jej cierpliwie ponawiane próby rozłożenia skrzydełek, to nerwowe dreptanie na długiej łodydze kołyszącej się nad piaskiem.
Reniek wypił haust wina z butelki. Wstali jednocześnie — objął dziewczynę i poszli wolno ścieżką wzdłuż wiklinowych zarośli.
— Uważajcie na mokry piasek — zawołał Piotruś. — Przeziębisz się, Reniu!
Słyszeli za sobą śmiech, potem już tylko szelest gałązek ocierających się o nagie ramiona. Reniek czuł dotyk ciepłych od słońca włosów dziewczyny, położył dłoń na jej piersi. Przystanęli i całowali się chwilę.
W miejscu gdzie ścieżka wychodziła na niedużą polanę w gąszczu wiklinowych zarośli, musieli znów stanąć. Z rękami skrzyżowanymi pod głową i rozrzuconymi nogami spał na piasku redaktor Muszyna. Był w szarym garniturze i białej koszuli z krawatem. Obok leżał aparat lustrzanka. Muszyna miał otwarte usta. Oddychał z poświstem. Nie osłonięta twarz była czerwona od słońca. Niebieskie muchy plujki siedziały na jego czole.
— Jak nieżywy — powiedziała Baśka. Przytuliła się mocniej do Reńka.
Chłopak zaśmiał się. — Pijany! Nieźle musieli wczoraj popić. Teraz odsypia.
Obeszli ostrożnie Muszynę i znów zanurzyli się w wiklinowym gąszczu. Ich nagie plecy znikły przesłonięte długimi gałązkami. Na moście terkotały wozy jadące do miasta, zegar na wieży kościelnej wybił dwunastą.
Piotruś Groszek zdjął bożą krówkę ze źdźbła i rozgniótł w palcach. Chwilę patrzył na wilgotny żółty ślad na opuszkach (skrzydła biedronki drżały konwulsyjnie), potem starannie wytarł rękę o piasek.

Różnie mówiono o wyjeździe Muszyny od nas. Jedni, że to Flacha przemocą wsadził go do autobusu. Wyszli z „Obywatelskiej” późno — Muszyna był pijany, opierał się, nie chciał iść. Flacha popychał go w kierunku poczekalni.
I znów mógł zapamiętać: wahadłowe drzwi skrzypnęły, kiedy weszli, brudna podłoga, ławki z obłażącą farbą, butelka z zielonego szkła w kącie. Na ścianie, naprzeciw drzwi, rozdarty plakat „Niech żyje...” z pięścią zaciśniętą na drzewcu. Kobiety z tobołkami siedziały na ławkach.
Stali tam chwilę na niepewnych nogach, podtrzymując jeden drugiego. Muszynie kapelusz spadł z głowy. Podnosił długo.
Rybaczyński powtarzał: — Tak będzie lepiej, Andrzejku.
Na to Muszyna: — Posłuchaj, Janek...
I Flacha: — Tak będzie lepiej.
— Posłuchaj, Janek... — Podsuwał kierownikowi legitymację w szarej okładce.
— Spokojnie — mówił Rybaczyński. — Ty honorowy dawco krwi! — Śmiał się głośno.
I znów Muszyna: — Posłuchaj, Janek...
Później przyjechał autobus, jeden z ostatnich — ciemno już było. Wytoczyli się z poczekalni — baby powstawały z ławek, żeby lepiej widzieć. Rybaczyński podsadził Muszynę w drzwiach.
— Panie kierowco — zawołał — chory kolega!
Kierowca nie chciał Muszynie sprzedać biletu. — Chory, chory, a potem jak rzygnie!
Flacha musiał mu coś dać, bo zgodził się w końcu. Muszyna wyjechał, tak jak stał: nawet teczki nie miał przy sobie. W poplamionym ortalionowym płaszczu, tyrolskim kapeluszu na oczach. Głowa opadła mu na piersi — zasnął zaraz.
Autobus postał pięć minut i odjechał. Błysnęły okna, kiedy skręcał koło parku. Zjechali ulicą wysadzaną jesionami nad ciemną rzekę.
Kobiety powracały na ławki. Flacha odszedł niepewnym krokiem. Przed „Obywatelską” pijani chłopi śpiewali wsiadając do taksówek.

Inni mówili, że było inaczej. Podobno pił z Rybaczyńskim do czwartej. Siedzieli przy stoliku dla lepszych gości, za kotarą. Jasiu Flacha stawiał jak nigdy — już to mogło Muszynie wydać się podejrzane, ale nie zwrócił uwagi. Ludwiś dwa razy przynosił po pół litra z bufetu. Pili żytniówkę i wyborową. Flacha opowiadał o swoich interesach.
— Andrzejku, dwadzieścia patyków wpadnie! — powtarzał.
Później, objęci ramionami, śpiewali patriotyczne pieśni: „Czerwone maki” i „Rozszumiały się wierzby...” Głos Flachy słychać było w obu salach.
— Kierownik rządzi! — mówili chłopi w sali z bufetem. Z kuflami piwa zaglądali za kotarę i śmieli się.
Flacha podnosił w górę prawą rękę (w lewej trzymał butelkę) i śpiewał: — „Zamiast rosy piły polską krew!...”
Muszyna, w rozpiętej marynarce, z przekrzywionym krawatem, wtórował mu. Kiedy skończyli, Rybaczyński zapłakał nagle:
— Tyle krwi, tyle krwi i po co?
Muszyna zwiesił głowę.
Ludwiś uśmiechał się zbierając ze stołu puste flaszki po piwie i talerzyki z resztkami sałatki.
W pewnej chwili wszedł do sali sierżant Olszewski. Był na służbie — pałka, pasek pod brodą, ręce założone do tyłu.
— Ciszej, ciszej, obywatele — powiedział stając przy stoliku. — Co to za śpiewy! Na ulicy słychać.
Flacha wstał na chwiejnych nogach i kiwając się lekko zaczął wygrażać Olszewskiemu palcem.
— Ty — mówił — płatny najemniku! Ty będziesz zabraniał śpiewać narodowe pieśni?
Olszewski jeszcze był spokojny. — Obywatelu Rybaczyński, uspokójcie się — powiedział.
— Precz, precz! — zakrzyczał Flacha. Rozejrzał się po sali — wszyscy patrzyli na nich. Zza kotary wyglądali chłopi z kuflami piwa.
— Niech żyje wolność! — krzyknął Muszyna.
— Obywatele, nie wznoście antypaństwowych haseł! — ostrzegł Olszewski.
Flacha chwycił go za klapy. — Gdzie byłeś w trzydziestym dziewiątym? Co robiłeś? Pewno z założonymi rękami patrzyłeś, jak wróg dławi ojczyznę!
Muszyna chwycił pustą butelkę po piwie, rozbił o kant stołu i szyjką zamierzył się na sierżanta. W tym momencie weszli funkcjonariusze z Komendy Wojewódzkiej. Roztrącili chłopów koło kotary. Szli przez salę wolno, nie śpiesząc się — oficer i dwóch kaprali. Muszynie opadła ręka z kogutkiem.
— Ładnie to tak, obywatelu, ładnie? — spytał oficer w skórzanej kurtce. Dwóch kaprali zatrzymało się za nim. Paski od raportówek przypominały koalicyjki. Olszewski stanął na baczność.
— Obywatelu poruczniku, sierżant Olszewski z Komendy Powiatowej melduje o przebiegu zajścia. Obecni tu dwaj obywatele zakłócali spokój wznosząc antypaństwowe okrzyki.
Oficer machnął ręką. — Dowód! — powiedział do Muszyny. Jasiu Flacha zakołysał się nagle i osunął pod stół. Upadł z łoskotem. Tamci nie zwrócili uwagi.
— Dowód! — powtórzył oficer. Zbliżył się do Muszyny o krok. Dwaj kaprale postąpili za nim.
Muszyna nie protestował. Wyjął zniszczony portfel, szukał chwilę, potem podał porucznikowi legitymację w szarej okładce. Oficer spojrzał na druk. Uśmiechnął się.
— Obywatel żartuje? Prosiłem o dowód, a wy mi tutaj... Honorowy dawca krwi!
Muszyna opadł na krzesło. Siedział kołysząc głową — może chwyciły go mdłości? Przewrócił napoczętą butelkę, wódka chlusnęła na stół.
— Zabierzemy! — powiedział oficer do kaprali. Odwrócił się i zaczął iść w stronę wyjścia.
Kaprale chwycili Muszynę z dwóch stron pod ręce. Opierał się i krzyczał: — Puśćcie! Puśćcie!
Przed „Obywatelską” stało sporo ludzi. Zaglądali przez okna, ciekawsi stłoczyli się przy drzwiach. Cofnęli się w chwili, kiedy zza kotary wyszedł porucznik. W chwilę później kaprale wyprowadzili Muszynę na ulicę. Ludzie przyglądali się, jak wsadzają redaktora do samochodu. Był to terenowy gazik z podwiniętą z tyłu plandeką. Muszyna jeszcze wyrywał się i krzyczał.
— Lenka! Lenka! — zawołał głośno.
Oglądał się, jakby szukał jej w tłumie, ale pewno nic nie widział, prócz zielonej smugi akacjowych liści nad szyldem „Obywatelska” i białych plam twarzy gapiów.
— Lenka, Lenka! — chrypiał.
Chłopi śmieli się. Muszyna kopnął któregoś z kaprali w kostkę, wtedy drugi uderzył go dwa razy pałką. Dopiero wówczas redaktor spotulniał — sam postawił nogę na stopniu w klapie gazika. Znikł w środku, kaprale spuścili plandekę i gazik odjechał. Trochę kurzu z pobocza opadło na jezdnię, kiedy skręcali w drogę pod jesionami.
W „Obywatelskiej” sierżant Olszewski z Ludwisiem podnieśli Jasia Flachę z podłogi. Rozciął sobie brew padając. Ludzie spod restauracji rozchodzili się powoli. Ludwiś zaczął roznosić piwo. Sierżant zasiadł do pisania notatki o przebiegu zajścia. Kierownik Rybaczyński zasnął z głową na skrzyżowanych rękach. Pod stołem, koło buta sierżanta Olszewskiego, leżał aparat fotograficzny lustrzanka.

Po ósmej, jak tylko Turoń usiadł za biurkiem, odezwał się telefon. Dzwonił sekretarz Miedza.
— Towarzyszu przewodniczący, słyszeliście nowinę?
Turoń nie wiedział jeszcze nic. Zażartował:
— A co, sekretarzu, zrezygnowaliście z nowej knajpy?
— Nie zrezygnuję, nie zrezygnuję — powiedział Miedza. Głos miał inny — weselszy. Odczekał chwilę, nim dokończył: — Nie ma już tego waszego redaktora u nas. Wywieźli go.
Henryk milczał. Kiedy wchodził, wydało mu się, że Lenka ma zapłakane oczy. Stała przy oknie z chusteczką, odwróciła się, jakby chciała coś powiedzieć, ale on zaraz wszedł do gabinetu.
— Halo, towarzyszu przewodniczący! — wołał Miedza. Słychać było oddech w słuchawce. — Spytajcie Rybaczyńskiego. Był przy nim do końca. Wiecie, jaką on legitymację ludziom pokazywał?
Henryk milczał.
— Halo! — niecierpliwił się Miedza. — Słyszycie mnie? Podobno honorowego dawcy krwi. Żadnej innej nie miał!
Henryk milczał. Miedza zawołał kilka razy: „Halo, halo, towarzyszu Turoń!”, ale przewodniczący nie odezwał się. Powoli odłożył słuchawkę. Siedział za biurkiem, patrzył w okno. Słychać było gwar spod budki z piwem — czasem głośniej powiedziane słowo, ktoś zaśmiał się. Przez plac przejechała milicyjna nyska. Głośnik na dachu zahuczał: „Piesi, pamiętajcie o białych pasach!” Może chciał wstać, zamknąć okno, wyjść? I siedział bez ruchu nad szklaną płytą.
Miedza odłożył w końcu słuchawkę. Wstał, zatarł ręce. Podszedł do okna. W parku oczyszczonym z kawek i gawronów panowała cisza. Ludzie szli chodnikami, młode kobiety popychały wózki, dzieci z przedszkola przechodziły jezdnię trzymając się za ręce. Józik uchylił drzwi warszawy — widać było nogi w sandałach wystające z wozu. Czytał pewno książeczkę z żółtym tygrysem.
Od strony rynku nadjechała milicyjna nyska. Kiedy skręcała w ulicę wysadzoną jesionami, głośnik zachrypiał: „Piesi, pamiętajcie o białych pasach!”
Ktoś uchylił drzwi do gabinetu. Miedza odwrócił się, uśmiechnięty. Weszła Czesia ze szklanką gorącej herbaty. Postawiła na szklanej płycie.
— Nie za wcześnie, towarzyszu sekretarzu?
— Proszę, proszę — powiedział sekretarz.
Czesia wyszła, cicho zamykając skórzane drzwi. Miedza ruszył w stronę biurka. I dopiero kiedy schylił się, już siedząc, żeby wyjąć z teczki kanapki przygotowane przez Helenkę, spojrzał na chińską różę i spochmurniał.
— Ach, te mszyce, te mszyce!



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.