Cudowna melina/Zamknięte okna

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Orłoś
Tytuł Cudowna melina
Wydawca Państwowe Wydawnictwo „Iskry”
Data wydania 1989
Druk Zielonogórskie Zakłady Graficzne
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


XVII. ZAMKNIĘTE OKNA

W soboty szwagier przyjeżdżał do Franka (miał IŻ-a dwieście pięćdziesiąt z przyczepą) i jechali drogą wijącą się serpentynami za miasto, nad jezioro. Czasem szwagier brał Marusia, siostrzeńca Słomkiewicza, rezolutnego chłopaczka, z którym Franek prowadził długie rozmowy.
Chłopiec miał osiem lat i chodził do drugiej klasy. Zwykle zostawał przy Franku, siedzieli niedaleko motoru ustawionego w krzakach. Ojciec chodził gdzieś dalej. Na noc rozstawiali namiot, piekli nad ogniskiem ryby, Franek ze szwagrem wypijali pół litra. Kiedy chłopiec zasypiał, już po ciemku szli stawiać pęczki na węgorze.
Teraz, w południe, Maruś leżał obok Franka w trawie.
— Wujku — mówił — czy ty chociaż masz pozwolenie na łowienie ryb?
Franek i szwagier łowili bez kart. Dlatego obaj co pewien czas patrzyli niespokojnie, czy ktoś brzegiem nie nadchodzi. Łowili ryby osobno i gwizdem dawali sobie znać w razie niebezpieczeństwa.
— Nie mam — powiedział Franek.
— A gdyby tak — mówił chłopiec (leżał na brzuchu w wysokiej trawie i widział tylko długie łodygi na tle nieba, jak kołyszą się poruszane wiatrem, i plecy wujka Franka siedzącego nad kijem) — przyszła kontrola i spytała, czy masz kartę, to co powiesz?
— Że mam, jasne, tylko zostawiłem w domu.
— Skłamałbyś — powiedział chłopiec.
Franek obejrzał się. — Skłamał, skłamał! A co miałbym robić? Płacić mandat, oddać wędki, ryby i tak dalej? Co ty, Maruś? Za kogo ty mnie masz?
Chłopiec pomilczał chwilę, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią. Franek zaciął wędkę, ale była tylko nieduża ukleja, którą wrzucił z powrotem do wody.
— A gdyby ci chcieli zabrać ryby? — spytał mały.
— No, może poprosiłbym — mówił Franek nawlekając rosówkę na haczyk — żeby nie zabierali, bo moja chora żona bardzo lubi ryby i czeka, że coś przywiozę.
— Oj, wujku, wujku — powiedział chłopiec — ty przecież nie masz chorej żony w domu. W ogóle nie masz żony! — Zaśmiał się cicho.
Franek odwrócił się. — Maruś, czy jak nie będziesz miał odrobionych lekcji, to powiesz pani, że nie odrobiłeś czy że zapomniałeś zeszytu?
Chłopiec milczał. Franek odczekał chwilę.
— Powiedziałbyś, że zapomniałeś zeszytu, prawda? W życiu trzeba mówić tak, jak pasuje, a myśleć... Myśleć to możesz sobie, co chcesz.
Z cypla, na którym łowił ojciec chłopca, sto metrów od miejsca, gdzie siedział Franek z Marusiem, rozległ się krótki gwizd.
Franek zerwał się i szybko schował wędkę pod krzak dzikiej róży. Wsunął tam także siatkę z rybami. Położył się na wznak obok swojej laski. Patrzył w niebo.
Chłopiec usiadł w wysokiej trawie. Przyglądał się dwóm wędkarzom, którzy przeszli obok w milczeniu. Franek leżał jeszcze kilka minut — pewno nie chciało mu się wstawać. Naokoło, jak do snu, grały koniki polne. Wysoko, na błękitnym niebie, zataczał koła jastrząb.
— Ja tam wolałbym mówić zawsze to, co myślę — odezwał się Maruś. — Nawet w szkole.
Franek westchnął nie otwierając oczu. Powiedział: — Gówniarz jesteś, Maruś. Daleko nie zajechałbyś taką metodą. Najwyżej, ot, tam, pod wodę — machnął ręką.
— To znaczy, że mam kłamać?
— Kłamać, kłamać! — zdenerwował się Franek. — Co ty tak do tego kłamania przyczepiłeś się? — Uniósł się na łokciu i spojrzał na chłopca. — Mówić! Mówić, rozumiesz? Powiedzieć możesz wszystko, od tego są słowa. A o to, co sobie myślisz, nikt cię nie będzie pytał. To nie ma żadnego znaczenia. Pamiętaj. — I Franek z powrotem położył się na wznak.

Dyrektor Gniazdowski wracał wcześnie przez park. Było dopiero wpół do pierwszej — miał wrócić do domu o czwartej (rozpoczętą operację trzeba było przerwać — pacjent zmarł). Niedaleko pomnika Kościuszki (naczelnik z umęczoną twarzą, szabla biała od ptasiego kału) w tłumie dzieci i nianiek z wózkami zauważył swoją żonę Krystynę obok magistra Leluchowicza. Szli między ławkami — Leluchowicz coś opowiadał, Krystyna śmiała się. Niosła siatkę z produktami, widocznie spotkała magistra wracając z rynku. Doktor zwolnił kroku. Nie mógłby pewno wyjaśnić dlaczego. Wystarczyło przecież dogonić tamtych, przywitać się, zażartować. Oj, magistrze, magistrze! — pogrozić palcem.
A on szedł za nimi wolno, przystawał, kiedy zwalniali, czekał. Widział, jak Leluchowicz wziął Krystynę pod rękę, pochylił się, coś szeptał. Kobieta śmiała się, wolną ręką poprawiała kasztanowe włosy. Może nie mógł uwierzyć? Jego Krystyna — ta, która codziennie rano wstawała, żeby zaparzyć kawę, starannie układała plasterki szynki na półmisku, denerwowała się, że nie ma w masarni wołowiny — szła teraz obok Leluchowicza jakaś inna, szczuplejsza, zgrabniejsza, zupełnie jak młoda dziewczyna. Widział: niebieską suknię w żółte i białe kwiaty, kasztanowe włosy, gest uniesionej ręki.
Minęli park, później skręcili w stronę zamku. Nim przeszli jezdnię, stali chwilę blisko siebie — kobieta patrzyła na zegarek, Leluchowicz widocznie nie ustępował. Doktor odczekał dwie minuty, potem poszedł za nimi. Ostrożnie, przystając za drzewami, doszedł do krawędzi skarpy. Nie widział nawet, jak Krzywy Stefan (pasł obok ruin krowę) zdejmował przed nim czapkę.
W dole, na pniu wyrzuconym na brzeg, siedziało tamtych dwoje. Gniazdowski stał mrużąc oczy przed odblaskiem słońca od rzeki. Widział, jak Leluchowicz położył rękę na ramieniu Krystyny, przyciągnął kobietę bliżej. Gniazdowski oparł się o pień wielkiej topoli rosnącej nad urwiskiem, potem usiadł na trawie. Teczkę położył obok. Zdjął okulary, żeby przetrzeć chusteczką, i wtedy rzeka, wzgórza po drugiej stronie, niebieska sukienka Krystyny — wszystko zlało się w jedną jasną plamę. Kiedy znów włożył okulary, nie zmieniło się nic: siedzieli na pniu, torba ze sprawunkami leżała obok. Płynęła rzeka.
Krzywy Stefan z szacunkiem patrzył na dyrektora Gniazdowskiego. Myślał może, że doktor odpoczywa. Łańcuch na szyi krowy podzwaniał cicho. Słychać było turkot wozów na moście.
Gniazdowski położył się na wznak. Może poczuł się źle? Stefan widział, jak rozpinał kołnierzyk białej koszuli. Prawą ręką badał puls w przegubie lewej. Widział pewno niebo nad koroną topoli, wolno płynęły obłoki.
Minęło pięć minut. Doktor usiadł z wysiłkiem — popatrzył w dół, ale na pniu nie było nikogo. Uniósł się, żeby spojrzeć na ścieżkę niżej — myślał może, że już wracają. Była pusta. Wtedy popatrzył na długi, ciągnący się brzegiem pas wiklinowych zarośli i tam mogła mu mignąć niebieska sukienka. Jakby niezapominajki rosły w wiklinach. A może widział tylko rzekę między zielonymi gałązkami? Pusty pień leżał samotnie. I znów zdjął okulary, a woda, wzgórza po tamtej stronie, wikliny z plamą niezapominajek — wszystko stopiło się w jedno jasne tło. Siedział tak — pochylony do przodu, źdźbła trawy przylepione do marynarki, rzucona obok teczka — i patrzył nieruchomo w tę jasność.
Krzywy Stefan chodził niedaleko ciągnąc na łańcuchu krowę. Nie śmiał podejść do dyrektora Gniazdowskiego. Z daleka patrzył tylko z szacunkiem.

Jeszcze było słońce w oknach prezydium, kiedy Rybaczyński wyszedł z „Obywatelskiej”. Stanął na niepewnych nogach pod akacją — kiwał się w tył i przód. Patrzył nieruchomo przed siebie. Miał spocone czoło. Staszek Okrasa i Lewandowski szli akurat przez plac.
— O, Rybaczyński! — ucieszył się Lewandowski. — Chodź, Stasiu, może z nami wypije.
Zatrzymali się przed kierownikiem Rybaczyńskim.
— Panie Janku... — zaczął Lewandowski grzecznie, ale Flacha jakby go nie poznał. A może wziął za kogo innego? Stał kiwając się w tył i przód, oczy miał nieruchome.
— Panie Janku, może razem coś tego?
Rybaczyński nie odpowiedział. Twarz miał zmienioną, czoło pokryte potem i nieruchome oczy.
— Panie Janku — powtórzył Lewandowski jeszcze raz — chłopaków pan nie poznaje, jak Boga kocham!
Zaśmiał się, ale kierownik milczał. Jakby ogłuchł nagle.
— Zostaw go — odezwał się Staszek Okrasa. — On już swoje wypił!
Rybaczyński odepchnął Lewandowskiego niespodziewanie mocno i odszedł. Zatoczył się, ludzie ustępowali mu z drogi. Porządkowi patrzyli za nim zdziwieni.
— Widziałeś, Stasiu? Taki zmieniony i te oczy w słup!
— Dobrze musiał tego! — powiedział Staszek Okrasa z uznaniem i kantem dłoni uderzył w szyję.
Weszli do „Obywatelskiej”.
Renata wstąpiła do restauracji wracając z Domu Kultury. Chciała kupić papierosy — sklepy były pozamykane. Koło bufetu chwycił ją pod rękę pijany kierowca Waldek (jeździł starem wywrotką w POM-ie). Był także Zenek Lewandowski i pijany Mierzejewski. Zaprosili Renatę do stolika. Wymawiała się, że późno, ale w końcu uległa i wypiła dwie setki. Kierowca Waldek przysunął krzesło bliżej — spróbował Renatę objąć. Z początku odpychała go — później (wódka zatarła twarze mężczyzn przy stoliku) zgodziła się na wszystko. Gruba ręka kierowcy błądziła po ciepłych udach.
Mierzejewski opowiadał kawały, Zenek Lewandowski śmiał się głośno. Przysiadł się na chwilę Staszek Okrasa, później ktoś go odwołał.
— Pani Renatko — szeptał kierowca Waldek — ja pani zafunduję wycieczkę do Bułgarii.
— Już wolę na księżyc, panie Waldku — śmiała się Renata. Poklepywała Waldka po policzku.
Mierzejewski dolewał do butelki. Waldek złapał kelnera Ludwisia za rękaw — zamówił jeszcze pół.
Wyszli z restauracji po dwudziestej czwartej — plac był pusty, w domach pogasły światła. Mierzejewski z Zenkiem odeszli podtrzymując się i zataczając. Kierowca Waldek pociągnął Renatę do bramy — weszli w czarny tunel, potem wyszli na małe podwórze między parterowymi oficynami. Renata była pijana.
— Walduś, Walduś! — Klepała kierowcę po policzku.
Mężczyzna rozejrzał się — tylko jedno okno (zasłonięte firanką) rzucało kwadrat światła na bruk. Pod płotem, w kącie podwórza, leżała sterta koksu. Tam pociągnął Renatę.
— Walduś, Walduś — mówiła.
Chwycił kobietę w pół i przewrócił. Renata jakby oprzytomniała na chwilę — zaczęła Waldka odpychać. Zwalił się na nią ciężko, sapał, podkasywał sukienkę. Krzyknęła — wtedy zatkał jej usta dużą spoconą ręką.
Niedawno spadł deszcz — koks był mokry. Pewno czuła przez sukienkę szorstkie kawałki na plecach. Ręka kierowcy była słona. Słyszała, jak koks sypie się naokoło i coraz głośniejszy oddech mężczyzny.
Potem, w zmiętej sukience z czarnymi plamami na plecach, z kosmykami włosów na czole, wracała przez puste miasto. Nie było nikogo — nawet Olszewski skończył obchód. Przysiadła na wilgotnej ławce w parku, niedaleko pomnika Kościuszki. Siedziała ze skrzyżowanymi ramionami — na gołych rękach wystąpiła gęsia skórka. W świetle latarni krople deszczu błyszczały na liściach. Poczuła zimną kroplę na szyi, jak ukłucie szpilki.
Może wtedy usłyszała pod nogami skrzek — coś otarło się o jej stopę. Schyliła się i wzięła na ręce małego rudego kotka. Był cały mokry — miał zlepione deszczem futerko. Drżał z zimna i cienko skrzeczał.
— Mój mały — powiedziała Renata. Zaczęła chuchać w złożone dłonie. Czuła, jak powoli mokre kocię przestaje dygotać. Zamruczało niespodziewanie głośno.
Wtedy wstała i zaczęła iść w stronę bliskiego domu (z okien mieszkania Leluchowiczów widać park). Trzymała złożone ręce przed sobą — starała się nie potknąć. Brudna sukienka przykleiła się do jej nóg, kosmyki włosów lepiły do czoła. Szła pustą ścieżką między drzewami. Naokoło z szelestem spadały duże krople.

Nowy przewodniczący, Krasula Marian, przyjechał do nas niedawno. Zaraz po ostatnim zebraniu w prezydium, na którym zapadły ważne dla miasta decyzje.
Budowę skoczni narciarskiej i boiska dla młodzieży odłożono na lata przyszłe. Za to przy drodze w góry, koło mostu, ma stanąć luksusowa restauracja — kto wie, może kategorii S? Lokal (pewno znajdzie się miejsce na kilka gościnnych pokoi — a więc motel, motel!) będzie ważnym ogniwem, jak powiedział na zebraniu towarzysz Miedza, na drodze do rozbudowy bazy turystycznej i gastronomicznej naszego powiatu.
Budki z piwem postanowiono nie likwidować.
— Jest piwo, jest miejsce — mówił sekretarz — komu ta budka przeszkadza? Pije, kto chce, kto nie chce, nie pije. Jasne!
Obecni przyklasnęli trafnej opinii.
Major Popielak także wychodził z zebrania zadowolony. Zdołał przekonać towarzyszy radnych i uzyskać zgodę na radiofonizację naszego miasta. Megafony zostaną założone na co trzecim słupie trakcji oświetleniowej. Studio — w budynku komendy. W ciągu dnia nadawane będą pogadanki z zakresu przestrzegania przepisów o porządku w miejscach publicznych, w sprawie poruszania się na ulicach i drogach, a także wybrane audycje radiowe. Wieczorem — muzyka z płyt.
Prezes Koła Łowieckiego, nauczyciel Szeląg, wystąpił z projektem zorganizowania masowej akcji tępienia bezpańskich psów i kotów, które ostatnio rozmnożyły się niebezpiecznie. Do akcji tej należałoby wciągnąć młodzież szkolną oraz wszystkich chętnych obywateli. Ze względu na późną porę (zebranie przeciągnęło się do piątej po południu, a nauczyciel zabrał głos jako jeden z ostatnich) — sprawa ma być szczegółowo omówiona na najbliższym nowym zebraniu rady.
Wszystkim tym projektom przeciwstawiał się dawny przewodniczący Turoń Henryk. Jako jedyny „przeciw”, wobec pozostałych „za”, został jednak przegłosowany.
Nowy przewodniczący, Krasula Marian, jest człowiekiem zupełnie innego pokroju. Ludzki, życzliwy dla otoczenia — umie z ludźmi żyć. W obecności sekretarza Miedzy uśmiecha się i zgadza na wszystko. Najczęściej milczy. Jest przy tym człowiekiem wykształconym — skończył zaocznie Wydział Prawa na najmłodszym uniwersytecie w kraju. Ma tytuł magistra.

Przed dwunastą skończyli znosić meble. Ciężarówka stała załadowana: z prawej strony szafa z lustrem, pośrodku tapczan, z lewej biały kuchenny kredens. Łóżeczko Małgosi, krzesła i dwa stoły położono na tapczanie. Wózek przywiązali sznurkami.
Myszka sama zniosła kwiaty: pelargonie, aloes w dużej donicy, trzykrotki z białymi kołnierzykami na liściach. Ustawiała wszystko przy klapie, obok krzesła, na którym miał siedzieć Turoń. Ona, z dziećmi, w szoferce.
— Uważaj, Henryku, na kwiaty — powiedziała. Miała trochę zaczerwienione oczy. Na schodach przystawała czasem zdyszana, patrzyła przez okno na rzekę płynącą na tle świerkowych wzgórz. Widziała także wieżę kościoła z blachą jasną od słońca. Naokoło ciężarówki biegała gromada dzieci.
Przyszła pani Wilczyńska (żona urzędnika z rady) z wielką papierową torbą.
— To na drogę, pani Myszko. Trochę ciasta upiekłam, pierożki dla Małgosi.
Mała, z pluszowym misiem, biegła akurat na dół. Pani Wilczyńska odwróciła głowę. Objęły się z Myszką i ucałowały.
Ludzie nie wiedzieli nawet, dokąd stary przewodniczący jedzie. Mówili różnie: jedni, że do centrali, inni wspominali o Ziemiach Zachodnich. Kiedy wyjeżdżali z miasta, Józik był akurat u sekretarza w gabinecie. Zobaczył ciężarówkę z meblami przez okno.
— Turonie wyjeżdżają — powiedział.
Miedza podniósł się zza biurka, popatrzył. Józik opowiadał potem, że sekretarzowi twarz zmieniła się (warga mu podskoczyła, jakby skurczu dostał). — Mącił, kopał, to i wyjeżdża — powiedział podobno. I dodał z tą zmienioną twarzą: — Chrystusek!

Reniek z Baśką czekali na pierwszą gwiazdę. Naokoło wysokie chwasty kołysały się w podmuchach wieczornego wiatru. Pachniało skoszoną za murem trawą. Czasem topole rosnące na skraju cmentarza chyliły lekko korony. Słyszeli wtedy szelest liści. Baśka nagle przytuliła się do chłopca.
— Reniu, boję się — powiedziała.
— Czego? — Próbował się zaśmiać. Pogładził dziewczynę po włosach, objął mocniej.
— Ktoś tu idzie.
— Głupia! Nikogo nie ma.
Słuchali. Od miasta niosły się dalekie głosy — czyjś śpiew, krzyk dzieci, klaksony samochodów. Bliżej, z pola, wiatr przyniósł porykiwanie bydła. Grały naokoło świerszcze. Topole szeleściły sennie.
— Nikogo nie ma, Basiu — powtórzył chłopak.
Wtedy powiedziała: — Czasem tak straszno. Żyjemy, żyjemy, a potem takie chwasty wyrosną. — Dotknęła wysokiego źdźbła.
Reniek nie odpowiedział. Wyciągnął rękę — między konarami topoli zamigotała pierwsza gwiazda. Jak świeczka zapalona wysoko.

Stolarz Groszek wyszedł na próg. Było późno — w oknach sąsiednich domów pogasły światła. Ledwo widział zarysy morelowych drzewek, płot i ścieżkę między rabatkami. Obszedł dom naokoło. Przystawał co pewien czas, jakby nasłuchiwał. Zaglądał za krzaki porzeczek pod oknami, stał chwilę przy jaśminach. Świecił latarką, kilka razy powiedział coś półgłosem. Było cicho, tylko za miastem szczekały psy. Stary oparł się o pień orzecha. Słyszał szelest liści, przez gałęzie przeświecały gwiazdy.
Wrócił wolno do drzwi, obejrzał się jeszcze raz, poświecił w ciemność latarką. Wytarł starannie nogi, zamknął drzwi. Słychać było, jak zachrobotał klucz w zamku, zgrzytnęła sztaba.
Groszkowa już leżała w pokoju obok stołowego. Siwe włosy miała rozpuszczone, uniosła się na łokciu, przytrzymując kołdrę.
— Jańciu, na litość boską, po co ty to robisz? Przestraszyłam się, jak w szyby zaświeciłeś.
Stary w milczeniu sprawdzał, czy okna w stołowym pozamykane. Dokładnie zaciągnął firanki i zasłony. Uważał, żeby najmniejsza szparka nie została. Wszedł po chwili do pokoju, w którym leżała Groszkowa.
— Przecież nawet tego wychodka nie postawili. Zapomnij już o nich.
Stolarz milczał. I tu podszedł do okna. Sprawdził, czy jest zamknięte, zasunął firankę.
— Choć jedno na noc zostawiłbyś otwarte. Udusić się można. Co będzie, jak przyjdą upały?
Groszek nie odpowiedział. Wolno zaczął zdejmować marynarkę — powiesił na oparciu krzesła, potem usiadł, żeby rozsznurować buty. Groszkowa patrzyła na siwą głowę męża, zgarbione plecy. Spodnie miał na szelkach. Westchnęła i położyła się z powrotem.

Lenka przechodziła koło „Obywatelskiej” (chodziła teraz ostrożnie, z dużym, wypiętym brzuchem), kiedy wytoczyli się pijani goście. Dwóch podtrzymywało trzeciego — stanęła przestraszona, że mogą potrącić. Pijany leciał tamtym przez ręce, bełkotał, rzucał głową na boki. Kapelusz spadł na chodnik i potoczył się pod nogi Lence. Schyliła się z wysiłkiem — to był zielony tyrolski kapelusz. Na denku zostały ślady błota. Kolega pijanego (tęgi, czerwony na twarzy) podchodził uśmiechnięty. Rozkładał ręce, jakby chciał objąć Lenkę. Oddała kapelusz bez słowa i szybko odeszła.
Mogła jeszcze spojrzeć na pijanego przechodząc — stał pod murem z tą latającą głową, ślina ciekła mu z ust, bełkotał. I pewno był w zielonym ortalionowym płaszczu (tak ubranych mężczyzn spotyka się u nas często), tylko twarz miał obcą. Czerwony wciskał mu kapelusz na oczy.
Później siedziała nad rzeką, na pniu starej wierzby. Często tu teraz przychodziła. Ostrożnie, kołysząc dużym brzuchem, schodziła z wysokiej skarpy. Nie było już gęsi na łąkach i arniki zwiędły dawno. Wzgórza na drugim brzegu nikły w przedwieczornej mgle. Teraz, jesienią, tam gdzie rosły buki, widać było brąz liści, jakby drzewa stały przyprószone rdzą. Słyszała kopyta koni na asfalcie, błyskały światła samochodów. Lenka siedziała nieruchomo, podpierając brodę rękami. Czasem wsuwała dłoń w szczelinę płaszcza — kładła na ciepłym brzuchu i czuła, jak dziecko kopie nóżkami. Może uśmiechała się wtedy po ciemku?


Marzec — grudzień 1971



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.