Capreä i Roma/Księga I-sza/XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Capreä i Roma
Podtytuł Obrazy z piérwszego wieku
Data wydania 1860
Wydawnictwo Józef Zawadzki
Drukarz Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na commons
Inne Cała księga Isza
Pobierz jako: Pobierz Cała księga Isza jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała księga Isza jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała księga Isza jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



XXIII.

Cezar, wydobywszy się w końcu z Caprei, błądził po Campanii do koła Rzymu, po kilkakroć, jakeśmy rzekli, zbliżał się już o kilka tysięcy kroków do Pomerium, ale orszakowi swojemu rozkazał się zawrócić i z kolei w Tusculum, w Tibur, w sąsiednich willach podmiejskich przebywał, wlokąc za sobą wszędzie Macrona i Cajusa, którzy gasnące w nim życie śledzili okiem chciwém przyszłości.
W tym czasie spłonął Cyrk blizki Aventynu, pusty za Tyberyusza, który na igrzyska dla ludu był skąpy, i część miasta na górze téj pobudowana ze świętynią[1] Swobody (Libertatis). Cezar przez jakąś próżność czy dziwactwo dobroczynne szkody wynikłe z pożaru sam zapłacić kazał i swoim kosztem odbudował tę część miasta, porządniéj i wygodniéj niż wprzódy, rozszerzając ulice, dzieląc domy placami przestronniejszemi.
Ani ognia, ani zgliszczów, ani nowego miasta nie oglądał jednak Tyberyusz błąkając się jak wygnaniec. Zdaje się, że Cajusa podejrzywając o szalbierstwo poznawszy lepiéj, czy znudzony nim, myślał o wyborze innego po sobie następcy i szukał kogoś po myśli. Jakkolwiek tajemne były ich stosunki z Macronem, Cezar już o nich coś wiedział, już się czegoś domyślał, odgadywali téż cóś ludzie, choć ta przyjaźń dla jednych okrywała się obojętnością, dla drugich tłómaczyła miłostkami z piękną Nevią.
Nocne ich schadzki, narady, rozmowy przybierały dla niewolników pozór wesołych biesiad, do których przypuszczana żona pretoryana, przez usłużnego męża rzucona w ręce Cajusowi, mogła te spiski rozpustną spółką czynić dla nieświadomych, co się pod nią kryło. — Macron i Cajus, choć nic nie przedsiębrali, od dnia do dnia w osłabłym Tyberyuszu dopatrując oznak zbliżającéj się śmierci, — przerazili się dowiadując, że przed Thrasyllem Cezar utyskiwał, jakoby nie miał kogo po sobie następcą wyznaczyć.
Syn Drusa zbyt jeszcze był młodym, Klaudiusz z którego wszyscy wyśmiewali się na dworze, zbyt starym a głupim by mógł panować, obcego rodzinie swéj nie chciał naznaczać Tyberyusz, Cajusa, węża, jak go zwał, nienawidził coraz bliżéj poznając, — a Macron nawet, bojąc się być odgadnięty, począł drżéć o siebie gdy w drodze Cezar ze słodkim zagadnął go uśmiechem:
— Neviolu kochany, — obracasz się tyłem do zachodu, a nazbyt ku wschodowi poglądasz — wieszli jednak pewnie zkąd się pokaże słońce?
Drugi raz gdy w rozmowie z Caligulą wspomnieli coś o Sylli, a Cajus sobie z niego żartował...
— Będziesz miał wszystkie jego wady, — rzekł Tyberyusz, — z cnót żadnéj.
Bawiąc się z wnukiem, gdy czerwone od zazdrości oko Caliguli spotkał starzec wlepione w to dziecię, — rzekł cichym głosem do niego.
— Zabijesz go, Cajus, ale ciebie zamorduje drugi...
Te półsłówka, wejrzenia, poczęły przerażać coraz bardziéj Caligulę i Macrona; naradzali się, nie wiedząc co począć, czekać jeszcze czy koniec i rozwiązanie przyspieszyć? Macron począł się radzić Heliosa o życie Cezara, Helios nic mu powiedziéć nie umiał, Charicles śmielszy i pragnący się wodzowi przypochlebić, zaręczał że dni zostało niewiele.
Lękano się wszakże już codzień bezsilniejszego starca, i dawny strach przejmował ich na jedno jego skinienie, choć Cezar o sobie tylko myślał, czując się u schyłku.
Dawny nałóg tajenia się ze wszystkiém i dziś go nieopuszczał jeszcze, lękał się aby osłabienia jego i zwątlenia nie odkryto; im bardziéj czuł się chorym, tém mocniéj pragnął siłę okazać i zdrowie. Nie tylko więc nie wstrzymywał się od jadła, napoju i rozpusty, jak mu Helios doradzał, ale coraz dłużéj przesiadywał za stołem i pił z towarzyszami często do upadłego.
Naówczas kocie jego oczy zwracały się z szyderskim wyrazem na Cajusa i Macrona, uśmiech błądził po sinych wargach, a spiskowi drżeli o siebie, widząc jak codzień dla nich był słodszym.
Brakło może tylko Tyberyuszowi narzędzia, aby Macrona obalić i Cajusa się pozbyć. Ale dziecię Germanika drogie było Rzymianom, którzy przebaczając mu wiele, ojca i przyszłości nadzieję widzieli w nim tylko; Tyberyusz obawiał się gwałtowniejszego kroku, by nie przyspieszyć wybuchu, którego się domyślał — udawał ślepego...
Macron, choć posądzany, podnosił się słabością Tyberyusza do coraz większéj władzy; Rzym widział po za nim Cajusa. Odważał się nawet do osobistéj zemsty, mimo wiedzy starca, do którego przystąpić nikt nie mógł ze skargą, i czynić zadość nienawiści osobistéj, posługując się do niéj imieniem Cezara. Tak, bez wiedzy jego posłał Macron do Senatu delacyę na Albucillę, kobietę osławioną, która wyszła była za Satriusa, znanego także z donosów, oskarżając ją o rozpustę i bezbożność względem Cezara (impietas in principem[2].
W liście pisanym do Senatu zuchwały pretoryanin, aby skrócić procedurę i nie dopuścić uniewinnienia wyraził: że sam wybadał winnych i niewolników brał na tortury. Od Tyberyusza nie było słowa w tym przedmiocie do Senatu, ale już list Macrona stał się dostatecznym. Zamięszani w tę sprawę Domitius, Vibius i Arruntius, ludzie wysokiego rodu i wielkiéj zasługi. Dwaj piérwsi już przeczuwając prędką zmianę panowania, gdyż mimo tajemnicy otaczającéj go, słabość Tyberyusza była wiadomą a wiek późny i rozpusta kazały się domyślać prędkiego końca — nie spieszyli się ze śmiercią. Vibius powoli niby głodem się morzył, Domitius gotował do obrony układając mowę.
Senat patrzał przez szpary na to, że piérwszy żył zbyt długo, a drugi zbyt powolnie mowę gotował; doradzano zwłokę podobną i Arruntiusowi. Ale ten odpowiedział, że nie każdemu podoben[3] środki przystoją.
— Żal mi — rzekł — żem dotąd żył i wśród obelg i niebezpieczeństw życia bronił, długo nienawidzony przez Sejana, dziś przez Macrona; gdy zawsze jakiś ulubieniec panować musi, zginąć wolę, niż żyć spodlonym, choć winy w sobie nie czuję. Możebym dziś wykupił się zwłoką od umierającego starca, jakże uniknę młodego tyrana, który nastąpi po nim? Gdy mimo długiego doświadczenia i życia kolei, upojenie władzą zepsuło Tyberyusza, czegóż się można po Cajusie spodziewać, ledwie wyszłym z dzieciństwa, nieświadomym niczego a najplugawszemi karmionym przykłady, bo prowadzonym przez Macrona, gorszego nad Sejana, i wybranego na jego zgubę [4].
Wołając nakoniec, że nie chce dożyć przyszłości, Arruntius otworzył sobie żyły i umarł... Albucilla chciała się zabić, i raniła tylko; wspólników jéj rozpusty senatorów, Pretora i tego Balbusa, który wymówną gębę poświęcał niepoczciwym sprawom, stając jako prawnik zawsze przeciwko niewinnym a naigrawając się z cnoty, skazano na śmierć.
Ale się już zbliżał koniec tego straszliwego dramatu i panowania; Tyberyusz konał powoli, Rzym w ciszy oczekiwania wyglądał niecierpliwie jego zgonu. Senat z każdym listem spodziewał się wieści o wschodzącéj jutrzence, lepiéj tusząc po następcy.
Cezar — powiada Tacyt — im bardziéj słabł, tém silniejsze w sobie starał się okazywać życie, duch w nim jeszcze trwał potężny... ciało tylko zużyte gniło, rozpadało się i niszczało co chwila. Napróżno wyprawiał żarty i przy biesiadach do wesołości zachęcał, nikogo to kłamstwo, tyle go kosztujące, nie oszukało.
Z Tusculum kazał się wieźć znowu na brzeg morza; nie będąc już w stanie dopłynąć do Caprei chciał przynajmniéj umierać patrząc zdala na szafirowe morze, w którém spoczywała ulubienica.
Na przylądku Misene stała willa, dawniéj należąca do Luculla [5] patrząca, wedle słów Fedra, na Sikulskie i Tusków morze z góry wierzchołka. Tam gdzie przepychem i zbytkiem wszyscy przesadzali jedni drugich, willa Luculla gasiła jeszcze inne swą wspaniałością i bogactwem. Sławne to miejsce Lucullus wziął po Maryuszu i Cornelii matce Grachów, aby z przytułku cnoty uczynić gniazdo rozkoszy.
Do koła stały wille; Cezara dawniéj, potém Augusta, w któréj po śmierci Antoniusza przebywał Oktawiusz, Pompejusza, Hortensiusza, Catona, Varrona, Vatiusa... Z wierzchołka téj góry oglądać było można stojącą w zatoce flotę rzymską, a w niewielkiém oddaleniu od willi Luculla znajdowały się gmachy, ku potrzebie floty wzniesione, podziemne pisciny na olbrzymich wsparte filarach, pieczary o stu izbach ciemnych, w których niewolnicy, żołnierze i tłumy służebników jęczały skazane na nieoglądanie słońca i pozbawienie powietrza... Wszędzie tak obok najwymyślniejszych rozkoszy musiała w pogańskim świecie stać najstraszliwsza niewola i nędza; ale zdawało się konieczném by ci których nie miano za ludzi nawet, padali ofiarą wybranych.
Ville te zamykały w sobie co tylko życie uprzyjemnić i rozpieścić mogło; jedne z nich budowano na zimę, inne na lato, zwracając ku słońcu lub otaczając je cieniem. Ulice platanów, jeziora, sadzawki, w których ulubione karmiono ryby, rzeki łaźnie, groty chłodne i pieczary cały dzień wygrzewające się na słońcu, portyki od północy, galerye na południe, ogrody, teatra, wszystko tam znaleźć było można, czego najwymyślniejsza zapragnęła fantazya [6]. Zdobiono je jak cacka, wyściełano jak gniazda, chlubiono się niemi jak zasługą.
W pośród tych budowli, jedna nad drugą wspanialszych i piękniejszych, niedaleko wieży strażniczéj, która strzegła portu w Missenie, na górach i rozpadlinach skał wzniesiona błyszczała willa Luculla, nowo przyozdobiona dla Cezara. Niespokojny szukał jak źwierz przeczuwający śmierć łożyska, przenosił się z miejsca na miejsce, obawiając końca, ludzi, życia, obrzydłszy drugim i sobie, zgonu wreszcie doprosić nie mogąc.
Za nim szli w ślad ci których się lękał, nienawidził a ciągnął ich za sobą — wlokący się w pokorze z pochlebstwem na ustach i nienawiścią w sercu; — tłum przygnieciony... milczący, posłuszny, stado kruków opodal krążące nad zdychającém zwierzęciem.
Gdziekolwiek przybył Tyberyusz, długo wymieszkać nie mógł, zachciewał zmiany, spodziewał się polepszenia gdzieindziéj, niecierpliwił póki nie stanął, nazajutrz już tęsknił i puszczał się daléj znowu... Po Tusculum i Tibur wołał wielkim głosem Caprei, dyszący ledwie, zesłabły żądał jéj powietrza i ciszy...
Zdala spójrzawszy na Rzym, z pod murów jego prawie rozkazał orszakowi zawrócić, już w Astura uczuł się chorym ciężko, ale w oczach Macrona i Cajusa dojrzawszy radości, na przekór silił się zdrowego udawać; w Circei, dokąd go potém wieziono, znów odżył trochę, a co nigdy prawie igrzyskom się nie lubił przyglądać, zażądał tu wojennych widowisk. Słowo jego było rozkazem, nocą usypano cyrk z ziemi, wyłożono marmurami ze ścian domów i świątyń zdartemi siedzenia dla Tyberyusza Augusta, postroili się wszyscy wytwornie i lud zbiegł przyglądać dawno niewidzianemu igrzysku.
Ale nie było zwierza, za którymby się uganiać mogli niewolnicy i gladyatorowie, jeden dzik tylko dał się schwycić w górach. Cezar kazał go pędzić ku sobie, aby dać dowód siły, własną go przebijając ręką. Cajus, który stał za nim, przeląkł się widząc z jakim zamachem rzucił włócznię, która wywołała oklaski, zatrząrłszy[7] się we wnętrznościach zwierzęcia. Ale tuż za włócznią rzuconą padł Cezar na ziemię wysilony, i gdyby go Macron z przybocznymi nie wstrzymał, byłby się w prochu cyrku tarzał. Na rozgrzanego ucztą i spoconego igrzyskiem wiatr wionął w téj chwili, i Tyberyusz powrócił do willi, jęcząc ze ściętemi zęby, zbladły, a krew kilkakroć rzuciła mu się ustami. Myślano już że skona, Cajus źle nawet już taił radość i niecierpliwość pochwycenia władzy. On i Macron patrzali po sobie szydersko się uśmiechając, śledząc oddech coraz słabnący, gasnący, ledwie dojrzany; ale Tyberyusz dźwignął się z sarkazmem w ustach i spójrzał na nich.
Wstał i żył znowu — struchleli spiskowi.
— Do Caprei! do Caprei! zawołał — tam tylko żyć można....
W milczeniu orszak puścił się z nim ku Misene, zkąd okręt ich przewieźć miał na wyspę....
W drodze strach i przerażenie panowało na dworze Tyberyusza, nie wiedziano co począć. Macron klął życie uparte... a bogi wzywał na świadectwo, że swojeby dał za pana. Starzec widział kłamstwo i udawał że go nie rozumie, aby nie przyśpieszyć śmierci.
Pochód przez Campaniję był powolny i do pogrzebowego podobny, choć Cezar starał się go uczynić wesołym, kłamiąc twarzą, zmuszając do żartów i śmiechu przybocznych.
Tak przybyli do Puteolów i brzegiem prześlicznéj zatoki ciągnęli ku willi Cezara, który legł znowu podróżą, choć powolną, do ostatka znękany...
Od Circei do świątyni Serapisa, w któréj chwilę się dwór zatrzymał, słowa prawie z ust Tyberyusza nie słyszano, ruchami tylko dawał znać, że pragnie wesołości, twarz jego pokaleczona wrzodami, oczy krwawe, usta zapadłe, opadająca głowa, zwiastowały nadchodzącą chwilę ostatnią. Gdy Macron zbliżał się po rozkazy, Cezar dawał mu je ręką drżącą, ruchem ust niepostrzeżonym. Oczy jego zwrócone były na Capreę, gdzie chciał odżyć w wonném powietrzu, ale przybyć tam brakło mu siły, trzeba było spocząć w Misene; czekać dnia pogodnego, by się na wyspę dostać. Jak czarowny kraj snów, stała ona przed oczyma jego w przezroczach powietrza i morza ametystową barwą okryta, zdając się wabić ku sobie.... Stała tuż blizko, a między nią i Cezarem śmierć już zaparła drogę....
Macron i Cajus spoglądali po sobie niespokojniejsi coraz, dwór już się zwracał ku nowemu słońcu, oczekując jego wnijścia. W Caliguli widziano nie wychowańca Tyberyuszowego, ale syna bohatérskiego Germanika i ostatniéj godnéj imienia rzymianki, matrony Agryppiny, — nikt nie znał jego serca....
Pokryty zasłoną Tyberyusz spoczywając na wozie, który wolno ciągnął się brzegiem morza do willi Luculla, zbliżał się na miejsce, gdzie chwilowo miał tylko odpocząć. Gdy stanęli przed długim portykiem od podnóża gór, marmurowych kolumn, lasem wiodących na wierzchołek, potrzeba było otworzyć wóz i dźwigać chorego na ramionach, gdyż o swéj sile iść nie mógł. Uśmiech jednak zjawił się na jego ustach, a piérwszém słowem było wołanie o łaźnię i ucztę, które już nań czekały. Wniesiono go prosto do kąpieli....
Na górze, z któréj cudny widok rozlegał się dokoła, pozostali tylko Charicles mający tegoż dnia powrócić do Rzymu, Macron i Cajus.... Twarz ostatniego mimo wyuczonéj obojętności wydawała najwyższe rozdrażnienie i niecierpliwość, był jak zgłodniały podróżny, któren ma przyobiecaną ucztę a doczekać się jéj nie może.
Macron z dzikim swéj twarzy wyrazem, patrzał nań uśmiechając się, a w oczach jego znać było rachubę, która omylić nie mogła; chęć panowania nad bezsilnym i blasku tylko a nasycenia, jak sądził, pragnącym towarzyszem. Chwilę milczeli wszyscy, obawiając się jeszcze słowem zdradzić, gdy Charicles śmielszy od nich, obejrzawszy się począł po cichu....
— To już ostatki! — rzekł ostróżnie — Cezar kona widocznie... choć niechce umierać.
Życie w nim jak oléj w lampie dopaliło się do dna, knot tylko jeszcze skwierczy tłustości resztkami.
Cajus chciwie usta nastawił.
— Jestżeś pewny? — zapytał.
— Albożbym mówił wątpiąc? — słowa to są śmierć niosące.
— Kiedyż? — rzekł Cajus.
— Fatum wie tylko... dziś... jutro... za godzinę.... Zobaczemy go u stołu, reszty życia uczta zabierze....
Macron i Cajus cicho cóś z sobą szeptać poczęli, wtém szmer dał się słyszeć i niewolnicy niosący przybory do wieczerzy, poczęli się snuć w portykach.
Cezar wychodził z łaźni, Cajus śpieszył z nim dzielić triclinium.
Izba, do któréj wezwano starych biesiad towarzyszów, przygotowawszy w niéj stoły, była z obu stron otwartą i dokoła kolumnami otoczoną. Z dwóch boków jéj podniesione zasłony purpurowe ukazywały w ramach szerokich drzwi, głąb’ ogrodów willi już kwitnącemi i wonnemi obsypanych krzewami, a w drugą stronę szerokie morze i śpiącą na nim flottę. Chociaż kilkanaście dni jeszcze dzieliły od Kalend kwietniowych, wiosna na tém szczęśliwém wybrzeżu rozwijała się już z całą siłą i przepychem klimatu najrozkoszniejszego pod słońcem. Powietrze wonne, śpiew ptaków, zapach kwiatów, uśmiech wiosny — wszystko zachęcało do życia, odzywając się weselem... Spokój wieczorny pocałunkiem Hespera zdał się wygładzać morze, którego niezmierne płaszczyzny tak były czyste i jasne, że w nich jak w zwierciadle odbijały się wyspy i lądy i blaski zachodu i białe willi gmachy.
Zorza zachodzącego słońca ciepłemi promieniami stroiła ten krajobraz niezmiernego wdzięku, tak uroczysty i wielki, że oczy nawet znękanych życiem ludzi, zwracały się ku niemu, by zeń trochę pokoju i nadziei zaczerpnąć.
W jadalnéj izbie tak na dwie otwartéj strony, przysposobiono ucztę mającą zatrzymać biesiadników przy stołach do dnia, ucztę, która dla zniewieściałych Rzymian ówczesnych stanowiła najważniejszą w życiu godzinę. Zwykły dwór Cezara, niewielki liczbą, znanych twarzy kółko, otoczyło Tyberyusza, którego złożono na łożu wspaniałém, sadzoném perłową macicą i złotém, widać było, że ostatka sił dobywał, aby dotrwać do końca, i niespokojném okiem mierzył świadków, niezręcznym śmiechem aktora, pokrywając trawiącą go boleść....
Spotkał wzrok Cajusa zwrócony w siebie, badawcze oko Macrona, i domyślił się raczéj niż wyśledził, że Charicles w ruchach jego symptomów choroby szukał.
Napróżno wesołą usiłował począć rozmowę, nic nie szło, nie było mówić o czém; Thrasyllus, Retorowie, wszyscy milczeli, nie umiejąc słów znaleźć.
Tyberyusz czuł że go badano, milczał bojąc się zdradzić głosem, usta wśród uśmiechu zaprawiały się goryczą, zadumywał długo trzymając czaszę przechyloną, z któréj wino i róż liście spływały na purpurową szatę. Jak cienie na polach Elizejskich przesuwały się przed nim śliczne postacie młodzieńców i dziewcząt posługujących do stołu... a w piersi Cezara młodość ich budziła uczucie zazdrości.
Podli ci niewolnicy mieli przed sobą życie, pan świata widział śmierć tylko.
Tyberyusz po chwili wniósł aby spełnić pięćkroć pięć czasz magistralnych i wino zaprawione wonią krążyć zaczęło, on sam wypijał je żywo, jakby z niém chciał wlać w siebie nowe życie.
I wkrótce martwe jego lice, zbladłe krwią nabiegać, oczy złowrogiego poczęły nabierać blasku, trochę sił wróciło starcowi; ale to nie trwało długo, za trzecią czarą podniósł się i rzucił gwałtownie jakby poczuł w sobie żądło śmierci i opadł na łoże przysłaniając końcem szaty.
Cajus i Macron porozumieli się wejrzeniem przelotném, ale twarze ich w téj chwili tak były blade jak ściany białego marmuru, na których się malowały.
Habet! — rzekł Cajus do towarzysza głosem tak stłumionym — że jak szmer wiatru słowa te przeleciały do uszu Macrona.
Charicles zbliżyć się chciał do Cezara, ale trwoga przykuła go do łoża.
Tegoż wieczora miał on odjeżdżać do Rzymu, Tyberyusz go zatrzymał tylko na biesiadę wieczorną. — Podano ostatnie napoje i miano skończywszy libacyą wstawać od stołów — Cezar zdawał się konać, tak oddech miał ciężki, przerywany, a wzrok osłupiały, i gdy szatę odrzucił, ujrzano krople potu występujące na jego czole.
Porwał się jeszcze i sparł na łokciu, zwracając twarzą ku towarzyszom.
— Dla czego milczycie — rzekł głosem zmienionym — milczenie nie jest bogiem biesiady, złe z nią w parze chodzi. Czemu nie zaśpiewa chór? dla czego Priscus nie każe greckim skoczkom, wesołym nas zabawić tańcem?
Rozkaz był jeszcze wszechmocnym, ale to, co zwykle wesele budzi, napiętnowało się smutkiem... Weszli Saltadorowie i śpiewacy, pieśń się ozwała miękka, lubieżna, rozkoszna, tęskna, ale po za nią wiał jakiś głęboki smutek, drżało przerażenie jakby przeczucie zbliżającéj się burzy.
Oko Cezara osłupiałe nie śledziło ruchów tanecznic, nie zwracało się za ich biegiem, utopione w dal ciemną, zastrzęgło i ścięło się bezmyślnie.
Wśród zabawy Charicles powstał aby pożegnać pana, przystąpił ku niemu, przykląkł i całując rękę drżącą i zimną, gdy ją niósł do ust, ujął tak zręcznie, by dobijającego ostatków życia pulsu namacać [8]. Tyberyusz drgnął, odgadł myśl jego i szkliste oko zatrzymał chwilę na Greku, z groźbą zimną jak dotknięcie miecza.
— Starcze! — rzekł — ostatka sił pytasz we mnie? nie prawdaż? Boisz się poczciwy, stary mój sługo ażebyś pana nie stracił.... Nie bój się! żyje Cezar jeszcze i długo żyć będzie — dodał ciszéj słabnącemi usty. — Nie dobrze jest nocą przebiegać pola Campanii, zostań z nami do dnia, przeciągniemy ucztę jak bywało w Caprei... niech Priscus każe rozpocząć na nowo, niech nam dadzą wina, jadła, śpiewu i wesela...
Życie krótkie... potrzeba go używać.
Wszyscy na te słowa zadrżeli, bo starzec ledwie się dźwigał, brakło mu tchu widocznie, lecz Priscus był posłuszny.
Wnet nowy orszak młodzieży pobiégł drugą ucztę gotować, świeże przynosząc wieńce, amfory i czasze. A że mrok coraz gęstszy zelegał[9] wnętrze sali i blask tylko dnia ostatni odbity od morza zwierciadeł słabo oświecał triclinium, wniesiono kandelabry i lampy, spuszczono zasłony z stropów posypały się kwiaty i polały wonie, — rozpoczęto biesiadę na nowo....
Cezar, a za nim towarzysze nową wyleli libacyą bogom. — Charicles musiał pozostać.
— Nie radbym i chwili stracić — rzekł Cezar do niego — tyś mój stary przyjaciel i sługa, jedziesz do Rzymu, ja ciągnę do Caprei mojéj, nie wiem kiedy się zobaczemy znowu.... Wiem żeś przywiązany do Cezara, używaj z nim razem.
Charicles zadrżał z trwogi; Tyberyusz obrócił się potém do Cajusa.
— I ty cóś chmurny jesteś — rzekł — a wiek twój nie po temu.... Dla czego wszystko co mnie dziś otacza smutne? Jam przecie wesół i chcę by mi się śmiały oczy wasze i usta.
Ale próżne to były zachęty....
Czasze poczęły krążyć nieustanne, a choć z ametystowéj pił Cezar, widać było po twarzach, że Falernus stary bił do głowy. Niepokój tylko o życie wytrzeźwiał trzech ludzi, których jedna myśl i pragnienie wiązało.
Macron, Cajus, Charicles już byli wszechwładni, a postrach trwał jeszcze, bo chmurna brew Tyberyusza marszcząc się mogła wyzwać nową siłę w posłusznych niewolnikach Priscusa.
Ale już co chwila, mimo upojenie i udanie, twarz groźna stawała bladszą, a znaki zbliżającéj się śmierci widoczniéj na niéj piętnowały — napróżno wysilał się, bełkotał, uśmiechał trwając w komedyi do końca, wszystko zwiastowało ostatnią jego godzinę.
Śpiewały chory greckie, krążyły czasze, a chwila każda wiekiem zdawała się nieprzebytym.
Nareszcie Tyberyusz osunął się na poduszki i zdawał dogorywać, kilka razy zdejmował z palca pierścień, trzymał go w drżącéj dłoni, jakby chciał oddać komuś, poglądając na Cajusa i Macrona, i znowu kładł na rękę....
Żaden z tych ruchów nie uszedł chciwych oczu świadków czatujących śmierci.
Słudzy naostatek wzięli go na barki i zanieśli do sypialni, dokąd trzéj strażnicy powlekli się za nim niespokojni.
— Silne życie! — powtarzał Cajus ściskając usta i przez zęby cedząc wyrazy.
— Dobił się sam przecie — mówił Charicles — nie dożyje wschodu słońca.
— Czas wreszcie aby się to wszystko skończyło! — dodał Macron.
U drzwi zapuszczonych zasłoną, za któremi złożono na pół martwe ciało Tyberyusza, stanęli z uchem do ściany przyciśniętém, słuchając oddechu, szpiegując szelestu.
W izbie panowała cisza niczém nieprzerwana, ani jęku, ani westchnienia, ani głosu....
— Umarł — rzekł Cajus niecierpliwy.
— Idźmy i zobaczmy....
— A jeśli żyje?
— To żyć przestanie — odparł chwytając zasłonę Macron — żył dosyć!
I dźwigając drzwi silną ręką żołnierską pretoryanin wszedł śmiało do izby.
Dwóch niewolników opodal od łoża siedzieli na ziemi w milczeniu patrząc na łoże Cezara, który leżał nie dając już znaku życia. Macron zbliżył się i zwieszoną bezwładnie ujął rękę z pierścieniem — zimną była i skośniałą.
Cajus z po za niego poglądał, i podany annulus, znak władzy przyjął w dłonie drżące....
Ale w chwili, gdy połą szaty opadłéj na ziemię, miał Macron przykryć trupiéj bladości twarz Cezara; — zmarły podniósł głowę, otworzył oczy straszliwie i uśmiechnął się złowrogo... Cajus i Macron cofnęli się przerażeni... śmierć zajrzała im w oczy.
Wódz pretoryanów jednak nie stracił przytomności.
— Dawus! — rzekł do niewolnika, który za nim stał drżący — narzucić mi poduszki na to martwe ciało....
Nie będziemy malować téj sceny ohydnéj zgonu Tyberyusza; głuche o niéj chodziły wieści po Rzymie, lecz dwaj dziejopisarze [10] podają, że dogorywający Cezar przygnieciony został poduszkami i uduszony wprzód nim skonał, a ręka Cajusa, przybranego syna, na gardle jego zostawiła slad ostatniego uścisku....
Syn Germanika mścił się za ojca, matkę i brata.
Zaledwie podniesiono drzwi zasłonę i spiskowi wyszli z izby, straże i niewolnicy do koła willi zebrani jakby tylko czekali na nich, ozwali się szmerem radośnym, potém głośnemi okrzyki. Odgłos ten zwiastujący śmierć Tyberyuszową pobiegł brzegami morza, w pola Campanii, drogą Apijską potoczył się ku Rzymowi, na skrzydłach wiatru przeleciał na krańce państwa i nieopisana radość wstrzęsła milionami ludzi....
Cajus natychmiast obwołany został następcą... nikt nie wątpił, że senat musi mu dać władzę, syn Germanika miał w ręku pretoryanów i wojska. Nigdy śmierć może tak zgodną nie była powitana radością.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – świątynią.
  2. Tacyt.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – podobne.
  4. Tacyt Annal. VI. 48.
  5. Phaedrus. Fab X, II. V.

    Caesar Tiberius quum patens Neapolim
    In Misenensem venisset suum,
    Quae monte summo posite Luculli manu,
    Prospecta Siculum, et prospicit Tuscum mare...


    Przypis własny Wikiźródeł Fragment pochodzi z ks. II, V Fabulae Fedrusa. Jest tu kilka błędów w druku; winno być:

    Caesar Tiberius quum petens Neapolim
    In Misenensem villam venisset suam,
    Quae monte summo posita Luculli manu,
    Prospectat Siculum, et perspicit Tuscum mare...

  6. Zobacz opis willi Vatiusa, w listach Seneki. Ep. 56.
  7. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – zatrząsłszy.
  8. Historyczne.
  9. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – zalegał.
  10. Tacyt i Swetoniusz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.