Capreä i Roma/Księga I-sza/XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Capreä i Roma
Podtytuł Obrazy z piérwszego wieku
Data wydania 1860
Wydawnictwo Józef Zawadzki
Drukarz Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na commons
Inne Cała księga Isza
Pobierz jako: Pobierz Cała księga Isza jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała księga Isza jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała księga Isza jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



XXII.

Trzeba było z tych miejsc, przykre obudzających wspomnienie, osamotnionemu Judzie uchodzić; ból jego cichy, głęboki, ale wzrastający coraz, łzy wyciskał z oczów starego Heliosa. Chciał on z nim razem powracać do Rzymu, ale go Macron nie puszczał jeszcze; to szydząc zeń, to dzikie poddając mu myśli uzdrowienia Cezara silnym jakimś lekiem, ze wszystkich chorób na które cierpiał.
Tyberyusz sam rzadko go widywał, rozprawiał z nim rzadziéj jeszcze, ale były chwile, w których przyzywać go kazał, nie o swe zdrowie badając, ale zawsze o też same podania Judei, proroctwa i wieści przychodzące ze Wschodu. Cóż to szkodziło komu, że starzec siedziéć musiał, dręcząc się lata całe, byle w ich ciągu raz na pół chwili był Cezarowi potrzebny?
Uciec nie było sposobu, chyba nieznanemu, bo gdzież ręka i miecz Tyberyusza nie sięgały? Ten co się od nich usuwał, wszędzie dognanym być mógł, u Partów dzikich, w lasach Germanii, nad wody Nilowemi, na krańcach znanego świata!...
— Dla czegoż nie uleczysz Tyberyusza? — zapytywał go Macron szydersko — naówczas byłbyś wolnym!
— Mogęż ja, czego nie potrafił Bóg? — odpowiadał żyd — któż uleczy tego, który zdrowym być nie chce?
— Od czegoż jesteś lekarzem?...
I ruszał ramionami; sądził, iż dręcząc starca zbrodnię na nim wymoże. Helios nie umiał jéj nawet przypuścić, niemógł się domyśléć.
Lżéj nieco stało się dlań, gdy Juda osierocony przyszedł z nim razem zamieszkać; Helios wytłómaczył zjawienie się jego przybyciem na jednym ze statków z Rzymu, i bliskiém pokrewieństwem... Nikt zresztą nań oczu nie zwrócił[1]
W życiu i obyczajach tego, od którego zależeli wszyscy, nic się nie zmieniło, owszem, zdało się jeszcze, że ukryty w téj niedostępnéj twierdzy milczący tyran coraz stawał dzikszym i sroższym, a nic go z tego gniazda wyciągnąć nie mogło.
Macron i Cajus w milczeniu patrzeli po sobie, licząc godziny, a choć zmowa ich na życie Tyberyusza już przeszła przez usta i w cichych codzień utwierdzała się szeptach; żaden z nich wszakże nie ważył się tknąć tego, którego skinienia przywykli się byli obawiać jak piorunu.
Macron dotąd był wszechwładnym: siła jego okazała się w upadku Aemiliusa Scaura, pochodzącego ze staréj Emiłów[2] rodziny. Nienawidzący go po cichu, oddawna, zausznik zaskarżył o alluzyą w wierszach tragedyi Agamemnon, zastosowanych do Tyberyusza, i jak za zbrodnię poczytano historykowi, który ważył się Brutusa i Cassyusza nazwać ostatniemi z Rzymian; tak Scaura obwiniono, że śmiał wyrzec, iż Agamemnowe szaleństwo znosić było potrzeba (imperantis stultitiam). Nie śmiano jednak publicznie wnieść tak błahego oskarżenia i wolano mu zarzucić stosunki jego z Livillą... Śmierć Scaura była piękną i odważną; żona Sextia i on, sami sobie odebrali życie.
Choć wszystko jeszcze drżało przed Cezarem, zdala jednak zuchwałe niekiedy odzywały się słowa. W Germanii wyższéj dowodził legionami Getulicus, którego wojsko kochało; obwiniono go o stosunki z Sejanem, a odpowiedź śmiała dowiodła, że on jeden nie uląkł się tego, którego wola była prawem dla wszystkich. Odpisał Tyberyuszowi, że łącząc się z Sejanem mógł się na człowieku omylić, ale tak samo przecie oszukał się na nim i Cezar — dodał, że pozostanie mu wiernym dopóki go nie wyzwą, a odwołanie się do legij uważać będzie za wyzwanie. — Zostawiam ci państwo — zakończył posłanie — ty mi zostaw Germaniję...
Smiała odpowiedź nie tylko go nie zgubiła, ale miała mu zjednać łaskę Tyberyusza, który obrachował zapewne, że ten co tyle powiedział, nic już w sobie ukrywać nie mógł.
Sprawa Partów odciągnęła nieco uwagę i wzrok od wewnętrznych dziejów i Rzymu. Z niéj widać tylko, że nierycerska Tyberyusza ręka przestała ciężyć na oddalonych ludach i państwo rozprzęgało się powoli. Nie było na ratunek Germanika..,
Tyberyusz, wycierpiawsy[3] od Getulica słowa zuchwałe, pozwolił na siebie w Senacie czytać najostrzejsze wyrzuty w testamencie Triona. Umierający, nie spodziewając się już przebaczenia, pismo przedśmiertne napełnił wyrzutami przeciwko Macronowi i wyzwoleńcom Cezara, nie szczędząc i jego samego, niedołężnego starca, dobrowolnego wygnańca ze strachu... [4].
Tyberyusz, szydząc sobie z tych obelg i żartując z ich głośności, kazał je publicznie w Senacie przeczytać.
Jednakże sam uczuł wreszcie, że ta ucieczka i zbyt długie przebywanie w Caprei, jest jakby słabości i bojaźni dowodem; począł więc czynić przygotowania jakby na powrót do Rzymu...
Macron zapewne, który codzień więcéj nad nim zyskiwał przewagi, doradzić musiał ten krok, zamierzając z niego korzystać.
Tymczasem nie ustawały prześladowania: po Trionie, Martianus sam sobie skrócić musiał życie, skazany Tatius, Trebellianus i Paconianus, zginęli z ręki własnéj i kata; Lucius Aruscius, Vibulenus Agrippa biorą truciznę wśród Senatu; Cajus Galba, dwóch Blesusów padają ofiarą, a z nimi niezliczona moc innych, mniéj znanych, których imion, nie tak głośnych, zapomniano zapisać.
Tak strachem panicznym uspokoiwszy Rzym na przyjęcie pana, Cezar rozkazał przygotowywać okręta i puścił się ku Puteolom, wiodąc za sobą nieodstępnego Macrona, Cajusa i cały orszak zwykłéj dworni, wśród któréj nie było już jednego, śmieléj głowę i głos podnieść mogącego, człowieka, tylko przerażona ciżba i pochlebcy, wyglądający śmierci pana, aby z niéj dla siebie skorzystać. Smutna to była podróż, a ci, co zdala widzieli wysiadającego na ląd, ostawionego zewsząd strażami, Tyberyusza, porównywali mimowolnie ostatnie chwile jego, otoczone strachem, do wesołéj podróży Augusta, któréj towarzyszyły spokój i swoboda.
Wlokąc za sobą znużonych ulubieńców, Cezar opuścił wyspę i po latach kilku znowu okiem chłodném powitał Campaniją szczęśliwą, zbliżając się prawie pod same mury Rzymu. Zdala widział już gmachy swéj stolicy i zabrakło mu odwagi, by Pomoerium przekroczyć; przepowiednia węża zjedzonego przez mrówki jeszcze napełniała go strachem... spójrzał na Rzym i wrócił nazad ku brzegom morza.
Helios z innymi znajdował się w orszaku pana; razem z Chariclesem i Thrasyllem wysiadł na ląd w Puteolach; usilną prośbą ledwie wymógł na Macronie pozwolenie udania się na czas krótki do Rzymu, dla zobaczenia rodziny, ale z rozkazem jak najprędszego powrotu. Macron chciał go miéć pod ręką, myśląc użyć w potrzebie, lub podejrzenie na niego odwrócić, jeśliby nie udało się co zamierzał... Juda pociągnął także ze starcem, nic go już bowiem nie zatrzymywało na wyspie, prócz popiołów żony i brata, którym ręka Cezara położyła kamień grobowy z tajemniczym napisem.
Ale przybywszy do Puteolów, Juda już nie chciał powracać do Rzymu, gdzie nie zostawił nikogo; boleśnie mu było oddalać się od miejsc, w których wiele i długo przecierpiał; wstrzymał się tu, szukając, kędyby osiadł na wybrzeżu, w obcém zupełnie miejscu, bez wspomnień bolesnych, a jednak nieopodal od kątka, w którym pogrzebał co ukochał.
Wysiadłszy na ląd w porcie razem ze starcem, zwolna drogą ku Rzymowi zwracającym swe kroki, pożegnawszy go, Juda smutny udał się ku Neapolis. Była tam, jak po innych znaczniejszych miastach rzymskich, mała kolonija izraelska, żyjąca w spokoju z rzemiosł, handlu i wypożyczania pieniędzy. Ku niéj on dążył, spodziewając się tam znaleźć przytułek i jakiś sposób do życia, które dźwigał jako brzemię tylko konieczne, nie mogąc z ramion go zrzucić. Chciał zdala patrzéć na Capreę modlić się i pracować.
Kraj to był naówczas zanadto dla osierociałego człowieka wesół i pusty, wśród rzymskiego zewsząd świata noszący jeszcze imie wielkiéj Grecyi i obyczajem helleńskim przesiąkły. Na ten brzeg szczęśliwy uciekało z Rzymu co chciało wypoczynku, ukrycia przed natrętném okiem, co w saméj stolicy krzyczało przeciw Grekom, a tu najłatwiejszém i najlepszém znajdowało przyjęcie ich stroju, mowy i obyczaju. Najrozpieszczeńsi ówcześni sybaryci, bogacze i próżniacy, tu spędzali miesiące, lata, żywoty całe, wśród zabawy, dumania, uczt, przechadzek, śpiewów i rozrywek filozoficznych.
Filozofija była dla nich taką jak inne zabawką, przysmakiem jak Lucryńskie ostrygi. Tu mieli swe wille Octavius, Apicius, Lucullus, Cicero; tu oblivia vitae (zapomnienie życia) przychodziły im najłatwiéj, a gdy nieprzemożone taedium vitae, choroba wyżytych, ucisnęła bezsilnego, pożegnawszy przyjaciół ucztą wspaniałą, wyzwoliwszy niewolników, rozdarowawszy majętność, kończył znękany rozkoszą starzec samobójstwem wesołém, rozprawiając o nicości.
Był to kraj rozkoszy i zbytków, a tam, gdzie one mieszkanie założą, przychodzą zawsze ich sługi, żywi się służba z okruchów, korzysta z rozrzutności gmin spodlony. I Neapolis téż zamieszkanym był w większéj części przez Greków, posługaczy życia rozwiązłego, przez histrionów, mimów, tancerzy, skoczków, którzy naówczas tak wielkiéj używali wziętości, przez piękne a płoche niewiasty, przez kupców fraszek i cacek pańskich, przez to wszystko co się zwykle gromadzi do koła próżniactwa i przepychu... Do portu Puteolańskiego przychodziły nieustannie ze Wschodu całe ładunki towarów, na które tu odbyt był największy — niewolników, uczonych i kształconych ku posłudze rozmaitéj, skarbów Wschodu, wyrobów Grecyi, płodów ziem dalekich i rąk ludzkich, pracujących dla Rzymu i wybranych. Począwszy od stworzeń, których języki tylko i mozgi szły na stół patrycyuszów, od owoców i chleba, do ludzkiego mięsa, przeznaczonego na rzeź w cyrkach lub pokaz w amfiteatrach, do Nilowego piasku i afrykańskich marmurów, wieziono tu wszystko, czego najwytworniejsza i rozdziwaczona cywilizacya pogan, w gorączkowych swych marzeniach zapragnąć mogła.
Zepsucie obyczajów, jawne już naówczas w Rzymie, jeszcze się wielce jednak różniło od tutejszego; tam było ono codzień widoczniejsze, wszakże poważne nawet w upodleniu, togą okryte, osłonione wstydem jakimś; tu już togę zrzucało, przywdziewało kusy strój grecki i sandały, nie wstydało dnia jasnego, nie lękało oka i nagany Cenzora i Edilów. W obyczajach panowała najzupełniejsza swoboda; chóry niewiast w strojach bacchantek przebiegały nieraz ulice Neapolis, młodzież patrycyatu gnała za niemi, poprzebierana za mimów i woźnice, starzy senatorowie, w zielonych wieńcach bluszczowych, z czaszami w ręku, siadali w swych ogrodach nad gościńcem i z wysokich perguli dawali na widowisko, nie wstydząc się rozpusty i zniedołężnienia. Uczty tutejsze drożéj jeszcze kosztowały niż owe rzymskie, przeciwko którym bezsilne prawo już był August zmuszony stanowić. Tu nikt nie przyszedł wyrzucać starcom ich szat jedwabnych [5], ani ceny ryb na stół kupionych, ani tego, czém swe ulubione karmili mureny. Płacono po siedm tysięcy sestercyj za barwenę, niezliczone summy za stare naczynia korynckie, za wazy murcheńskie, a histrioni, bawiący znudzonych, wyżéj od urzędników opłacani byli. Ale nikt wglądać w to nie miał prawa, ani się o to upomniéć.
Wieczorem wiosennym, gdy od Surrentum począwszy, brzegiem tych zaczarowanych morza krajów, w Stabii, Herculanum, Retinie, Portyku, obu Parthenopowych miastach i willach od Pausylippu do Misene, zapalono świateł tysiące, zastawiono stoły i triclinia, gdy wśród rozkwitłych drzew pomarańczowych i cytrynowych, wśród krzaków róż i lilij, zasiedli biesiadnicy do uczty, a niewolnicy dobrani poczęli grać na fletach i nucić pieśni — zdala patrząc, rzekłbyś Elizejskie pola, takiém weselem tchnęło wszystko, tak jednym uśmiechem jaśniał cały ten światek szczęśliwéj Campanii.
Nie trzeba tylko było wpatrywać się głębiéj co kryły te szały, co znaczyły śpiewy, jak się kończyły Lukullowskie uczty, co się działo w gyneceach, lupanarach i ganeach, w przysłonionych izbach tych domów i zapartych ergastulach. Jednego dnia wychodziły z nich śpiewy i pijani biesiednicy w synthezach wonnościami zlanych, drugiego trupy na stosy, poprzebijane własną ręką ciała, pomordowane niewiasty, lub na śmierć skazani niewolnicy za potłuczone naczynie.
Korzystano z godziny, jutra nie było dla nikogo — nazajutrz przyjaciel co leżał z tobą na jedném łożu, oskarżał cię żeś ręką z pierścieniem i wizerunkiem Cezara sięgnął po nieczyste naczynie, żeś nie płakał gdy wszyscy łzy leli, lub żałował tego po kim boléć nie było wolno, żeś mówił, żeś pisał, żeś myślał, że pomyśléć mogłeś, i nim Senat cię skazał a kat ściął i rzucił na Gemonije, musiałeś, pożegnawszy przyjaciół przy uczcie, przebić się sam, krew wylać, wziąć truciznę aby miéć stos uczciwy, urnę w rodzinném columbarium, i dzieciom majątek zostawić.
Z uczuciem głębokiego smutku w duszy Juda szedł w ten kraj zaczarowany, którego wesele urągało się jego znękaniu — ale droga wiodła mimo tych willi i ogrodów; a gościniec pełen był wozów wytwornych, niosących od morza ku miastu i z miasta ku willom pańskim piękne greckie Bacchisy, Glycery i Aglae, i woźniców otoczonych dworami swych wielbicieli i flecistów Lidyjskich i mirmillonów zwycięzców i zręcznych desultorów (kuglarzy) i zmieszanych z niemi dziedziców największych imion Rzymu, spodlonych, zniewieściałych, zgrzybiałych. — Dzień był wiosenny, a smutek Judy zwiększał ten obraz niezrównanego wdzięku, nękający go swém weselem, — ta uczta powszechna na którą on głodny i ubogi spoglądał.
Usuwając się z gościńca pokornie ustąpił mijającym go zwycięzcom owym, oszalałéj starości i rozpuście, przeszedł czarną otchłań Pausylippu pełną zgiełku i wrzawy i znalazł się na wybrzeżu Neapolitańskiém, otoczony ciągle zwiększającym się tłumem. — Tu się już poczynały przedmieścia greckiego miasta, którego świątynie liczne bielały wśród sadów na górach przyległych.
Nędzny przechodzień, w wytartéj sukni z kijem pielgrzymim, dziwnie się tu wydawał wśród wspaniałych orszaków mijających się ciągle, połyskujących od złota, świecących jedwabiami, pyszniących się purpurą i fioletem, strojnych na pokaz i podziwienie tłumu.
Tam niesiony w krześle posuwał się starzec zwiędły, udający jeszcze młodego zalotnika, z malowaną twarzą i łysiną okrytą wieńcami, zwracając oczy zapiekłe ku pięknéj Greczynce, leżącéj na wozie białemi końmi ciągnionym... Na posługi jego spieszył cały tłum różnego rodzaju niewolników, wyrostków i starców, uczonych i niemych, narzędzi fantazyi i kaprysu. Jeden z nich niósł mu w głowie całego Homera, aby wiersz w potrzebie podszepnąć, drugi zań mógł fiłozofować[6], inny śpiewał... innego włos tylko miękki i wonny służył panu po uczcie do otarcia stłuszczonych palców.
Za piękną Greczynką, która jechała znużona do kąpieli, gryząc w ustach zwiędły kwiatek, biegli konno na desultorskich rumakach, młodzi synowie rycerzy, upojeni wonią, winem i śpiewami, śpiesząc do Ganeów pompejańskich, na miłosne schadzki z ulubienicami... Daléj bogaci wyzwoleńcy wczoraj jeszcze puszczeni na swobodę, zbytkiem kupionym najostatniejszém zaprzedaniem człowieczeństwa urągali Senatorom zubożałym i na łasce lichwiarzy goniącym ostatkiem... Koło nich także wił się ów tłum niewolników, z którego sami wyszli niedawno.
Sławny autor... choć Sannio tylko (błazen) jechał z Neapolis do Baii, a za wozem jego, na którym jak zwyciężca się rozpierał, ciągnął się długi orszak gawiedzi, przyjaciół, czcicieli, próżniaków i ciekawych... Przywdział też na ten pochód tryumfalny suknię pstrą, całą w meandry i palmy szytą, i wieńca sobie nie żałował, a młody chłopak, którego obejmował za szyję, dopuściwszy do czci podróżowania z sobą, choć syn rycerza, miał się za szczęśliwego, że dlań i na niego oczy zwracano. Pieścił go Sannio, a dzieciak aż się rumienił z radości.
Lecz któż opisze niezliczoną rozmaitość nastręczających się tu obrazów: wszystko szalało wrzało, kipiało, — a wśród zgiełku z uciętą nogą starzec żebrak wołał politowania napróżno. Juda zbliżył się do niego, chcąc o drogę do miasta rozpytać, nieznał bowiem Neapolis, a miał od Heliosa polecające słowo do bogatego Izraelity... i zaczął od dania maleńkiéj jałmużny.
Ubogi przypatrzył mu się uważnie, ale nie kwapił z odpowiedzią; patrzał na bogatszych, ku nim zwracając swe krzyki, błagające litości.
— Biedaku, — rzekł Juda, próżno ci gardło zasycha! czyż nie wiesz, że tacy jak oni, co nigdy niedoznali sami nędzy, użalić się jéj niepotrafią?
— Myślisz może, żem kapłan Cybeli, i sam dla siebie jałmużny proszę, — rzekł po chwili kaleka, uśmiechając się gorzko — przykazano mi żebrać gdym nogę postradał, podyktowano słowa; służę i pełnię co mi zlecono.
— Jakto? — zapytał Juda — któż ty jesteś człowiecze?
— Szczęściem nikogo nie widać, mam czas ci odpowiedziéć — odparł żebrak po cichu. — Jeden z tutejszych mieszczan, bogaty Formion, znalazł mnie niemowlęciem wyrzuconego na drodze między Retiną a Pompejanum... Wielki to handlarz, Meherele, pan nasz... i wie co z człowieka zrobić można... Wziął mnie i wychować kazał; robiłem mu w polu, byłem dyspensatorem... potém wóz mi nogę przełamał... a Formion i tak użytek zrobić potrafił z kaleki... Żebrzę dla niego na gościńcu, a co uzbieram odnoszę mu wiernie, bom niewolnik... I nie mnie ma jednego, jest nas takich dziesięciu...
O! Farmion[7] dorobi się majątku! pożycza grosz na ziemię, na domy, trzyma lupanar w Retynie i tabernę nad morzem; ma się dobrze a żyje ubogo... I nie darowałby gdyby się dowiedział, że gębie folgujemy... a odpoczywamy sobie...
I począł znów krzyczéć ubogi, wzywając na imie Bogów przechodniów, aby się nad jego nędzą ulitowali.
Juda wzdrygnął się na ten widok nieszczęśliwego najemnika, który z cynicznym uśmiechem wskazał mu drogę, i sparty o mur znów rękę zeschłą wyciągnął.
Szedł daléj zadumany, a choć suknie miał niepozorne, gdy się zbliżył do miasta, jęli go jedni chwytać ukazując gospody i stręcząc spoczynek wygodny, drudzy rozpytywać czyliby służby nie życzył i nająć się nie chciał widząc ramiona barczyste i szaty odarte.
Wyrwał się im jak mógł, unikając bicza niewolników i rózeg liktorów, poprzedzających urzędników, i wozów niewiast, przejeżdżających się w wielkim pędzie po ulicach, dla pokazania swych wdzięków, i kłótni gminu, który wychodził z Ganeów pijany, gotów do walki.
Nikt mu nie powiedział drogi, aż przypadkiem natrafił na Izraelitę, który go z mowy i twarzy poznał za brata. Spójrzeli na się, przemówili słowy tajemniczemi, a choć bogatszy, co widać było po stroju i na wpół poganin, Hebrejczyk podjął się Judzie pokazać dom, którego szukał.
Na górze, nad miastem, stał zamknięty murem wśród sadu, dom Hananiasa, do którego Helios dał mu pismo polecające.
Nawet na ludzi obcych, obyczaju różnego i życia, rozwiązły Neapolis ówczesny wywierał wpływ wielki choć powolny — mimowolnie tracili oni charakter, który ich wyróżniał, ścierały się ostrzejsze jego rysy, zastosowywali do ogółu, uginali i łamali pod nieustannym przykładu ciężarem. Hananias był bogaty, a ze złotem do domu jego weszły zwyczaje greckie, pogańska ogłada owego wieku i obojętność i trocha niewiary. Hebrejczyk dawno był przestał ścisłego zachowywania zakonu choć się go jeszcze nie zaparł, nie nosił nic coby go od Greków i Rzymian rozniło[8], starał się, nawet za jednego z tutejszych uchodzić. Dom miał na sposób krajowy urządzony, niewolników przyuczonych obrzędem zwykłym mu służyć i kochał się tak w pięknych naczyniach, w pięknych szatach i malowaniach i sprzętach jakby wychowaniec Grecyi.
Atrium jego domu spoczywało na marmurowych kolumnach, biła w niém fontanna wśród impluvium, które złocone napełniały rybki, a choć w głębi brakło ołtarza Bogów domowych, zastępowały go drzwi, prawie takiego kształtu jak świątyńka Larów gdzieindziéj, i nie dziwiło to nikogo, bo penaty częściéj już mieszkały przy kuchni niżeli na poczestném miejscu domu [9]. Rozporządzenie całéj zajmowanéj przez Hananiasa insuli, przepych posadzek, mozajką najrozmaitszą wysłanych, kobierców i zasłon był tak wielki jak w domach patrycyuszów; naczynia kosztowne, stoły i siedzenia kością słoniową sadzone, ozdobne cathedry, wspaniałe aedicula i pyxisy świadczyły, że majątek Hananiasa pozwalał mu wszelkiego zbytku, a wiara od żadnego nie wstrzymywała.
Wiele też z tych rzeczy cennych kupiec pobrał na targu w dobrą chwilę, gdy nabywców brakło, lub w długach za bezcen otrzymał.
Hananias nie był złym człowiekiem, ale nie miał serca; rachuba surowa, sprawiedliwość ścisła i bezlitośna zastępowały dlań uczucie, którego nie znał. Tych dwojga dosyć było na zrobienie majątku i nienawiści u ludzi. Oddaj coś winien, powtarzał choćby umierającemu — i z umarłego kazał zdzierać szatę ostatnią, jeżeli mu się nie wypłacił za życia. Prawda, że ściśle też spełniał obowiązki swoje, ale tyle tylko ile wymagało po nim prawo, zwyczaj lub zobowiązanie, nic mniéj, nic więcéj; miał dla ubogich przeznaczoną ilość jałmużny, owoców, chleba którą rozdawał, gdy ta się wyczerpała — konanie denara by na nim nie wymogło...
Litość uważał za nierozsądną słabość, a dzieła jéj za owoce płochości, które nigdy dojrzéć nie mogą, miłosierdziem nawet kierował u niego rozum, a serce najmniejszego w niém udziału nie miało. Na nieprawym czynie nikt Hananiasa nie schwytał, a choć to co prawnie robił bolało często, nie zważał wcale, okuwszy raz wolę w żelazną formę legalności niezbłaganéj jak Fatum.
Znano go z rzetelności i surowości najwyższéj; obawiali się wszyscy, nikt nie kochał.
Gdy do drzwi jego zapukał Juda, długą chwilę wyczekać musiał nim mu się otworzyły, wyjrzał ostiarius, i dostrzegłszy odartego człowieka z kartą w ręku, ledwie nań chciał rzucić okiem.
— Hananias syn Daniela tu mieszka? — zapytał pozdrawiając go Juda.
— Tu, ale go w domu nie ma, wyszedł na Augustale... Alboż nie wiecie, że to jego spraw godzina? ma dosyć ich z dłużnikami i nie mało się upoci nim grosz swój odzyska...
— Kiedy powróci?
— O! któż to wie! zaraz może, może dopiéro wieczorem na spoczynek.
— Wpuśćcie mnie bym nań poczekał pod portykiem.
— Co za jeden jesteś?
— Juda syn Abrahama... list niosę od Heliosa z Rzymu.
— Tak jest! a no, to wnijdź i usiądź przy drzwiach atrium a spocznij... ale nie rychło się doczekasz Hananiasa... i gdy przyjdzie przez Posticum [10], możecie nań długo tam czekać, nim pismo oddacie...
Wpuszczony Juda przez korytarz mimo celi odźwiernego, wszedł do atrium, rzucił swój kij i tłumoczek i usiadł na ławie, z potu ocierając czoło, a atriensis [11] pilnujący téj części domu, znowu go jął badać i rozpytywać, nim mu tu zostać dozwolił. Potrzeba było przejść przez rózgi wejrzeń, pytań i domysłów niewolników, aby u drzwi pozostać.
Nie długo jednak czekał tu przybyły, gdyż w chwilę potém hałas dał się słyszeć u drzwi głównych i Hananias wszedł w towarzystwie kilku osób, głośną prowadzących rozmową, do głębi domu.
Wiodły ich za nim sprawy różne: byli to wyzwoleńcy podrujnowani, na domy swe i ziemie potrzebujący odeń pieniędzy; stary mąż konsularny, któremu na ostatnią ucztę niedostawało grosza, zużyty i blady; niewiasta jakaś płacząca z klejnotami w ręku i smutnych kilka postaci klientów, błagających zasiłku lub litości.
Żyd w pośród tych natrętów proszący go łzami, słowy i wymównemi ruchy stał chłodny i nieporuszony. Był to mężczyzna nie młody już, siwiejącego włosa, ale twarzy pięknéj i rumianéj, bo żadném nie wyniszczonéj uczuciem silniejszém; strój nie różnił go od innych Rzymian, tylko biała czapka na głowie w kształcie zawoju, jaką naówczas nosili żydzi w Rzymie, odznaczała jego pochodzenie.
U wnijścia kategoryczną odpowiedzią pożegnał żebrzących, którzy od Augustale i portyków, aż tu za nim gonili.
— Cajus Sextus, — odezwał się starzec... — grosz jest ciężki, dać go nie mogę, bo nie mam, wszystkoście mi już zabrali, a nikt nic oddać nie chce; codzień trudniéj o złoto, i wierzcie mi, że chciałbym wam usłużyć a nie mogę... darujcie.... Ale czemużbyście nie pozbyli się niepotrzebnéj wam Insuli na Awentynie? Wszak nie mieszkacie tam nigdy? Dałbym wam kupca na te domy....
Starzec mruknął cóś po cichu, rzucił nań wzrokiem zagniewanym i klnąc zawrócił się nazad. Hananias odezwał się do kobiéty.
Servia Holconia... klejnotów tych nie mogę kupić, drogie są dla mnie... Wyżéj nad tysiąc sestercyj nie dałbym za te fraszki, które mi bezpożytecznie leżeć będą.... Wiem, że chcecie kupić sobie flecistę, który się wam podoba, a stary Rufo żąda zań dwa tysiące, lecz za prawdę oszukać się dobrowolnie nie mogę... dla waszych łez i prośby.
I zwracając się do innego, rzekł powoli:
— Tranquillusowi dopłacam do wartości jego ziemi oszacowanéj przy zastawie... możecież pragnąć więcéj? Wszak taka umowa? wszak dzień i godzina minęły? jestem w prawie zajęcia posiadłości, nikt mi nic zarzucić nie może.
Cajus Sextus odszedł, dając na pastwę Eumenidom nieubłaganego człowieka.
Holcoria płakała i targała go za suknie, ale łzy na nim nie robiły wrażenia, Tranquillinus groźnie nań spoglądając mruczał — Hananias stał niewzruszony....
— Ziemi mojéj nie wezmiesz — odezwał się po chwili ostatni — stoi na granicy posąg Cezara, który mnie obroni; pozbawionyby był czci, gdybyś ty objął tę posiadłość, bo w bóstwa cezarów wierzyć nie chcecie.
Hananias pobladł, ale nic nie odpowiedział z razu. Od wszystkiego się wówczas broniono obrazami Cezarów, od więzienia, sądu, wyroku, uderzeń, i najwięksi łotrowie opatrywali się w tę tarczę, któréj nikt, obawiając się prawa lesae majestatis tknąć nie śmiał....
— Odniosą ci posąg Cezara ojca ojczyzny — rzekł po chwili i postawią w twoim domu, — aniś go ty przedawał, anim ja mógł kupić... ale ziemia jest moją.
Powoli wszyscy się porozchodzili. Ostarius[12] drzwi za niemi zaryglował, a Hananias wszedł pod kolumnadę atrium, i wzrok jego z widocznym wstrętem znużonego niemiłemi sprawy człowieka padł na siedzącego w cieniu Judę. — Baczniejsze wejrzenie dało mu poznać zaraz pochodzenie przychodnia, i cierpliwie czekając co mu powie, stanął przed nim.
Przychodzień schylił się pokornie i podał pismo Heliosa.
— Cóż ten pisze? — mruknął Hananias roztargnionym wzrokiem mierząc zwitek — i czego przychodzisz?
— Helios z Rzymu do ciebie mnie przysyła....
— Czego żądasz?
Juda w kilku słowach prostych opowiedział mu całą nędzę swoją.
Bogacz słuchał powieści zimno; w owe czasy nic już nie dziwiło, prócz szczęścia i długich lat spokoju. Śmierć starca Pisona umierającego w łóżku była dziwowiskiem, o którém rozpowiadał sobie Rzym cały, wszelka inna dola najpospolitszą rzeczą; ci nawet, co mieli szczęście biesiadować z Cezarem, gdy wyrok śmierci z triclinium ich wyciągnął, jak Asiniusa Galla, bez szemrania, otarłszy usta, szli na śmierć nie wyrzekając na losy.
Dziwiono się cnocie takiéj jak Geminiusa Rufa, który przebijając się mężnie zawołał: — Powiedzcie senatowi że tak umiera Rzymianin! — ale nie zwracano oczu nawet na wszelaką podłość, na najstraszliwszą dolę, i gdy u trupa Sabinusa rzuconego na Gemonije, jeden wierny pies tylko pozostał [13], ledwie czyje serce poczciwą istotę pojęło.
Los też Judy, Rubena i Racheli ledwie nieznaczną zmarszczkę na gładkie czoło Hananiasa wywołał.
— Cóż poczniesz z sobą? — spytał przeczytawszy pismo Heliosa — chciałbym staremu powinowatemu zadość uczynić, ale mam moich ubogich i sam nie jestem bogaty. — Co dla ciebie uczynić mogę?
— Daj mi pracę! rzekł Juda, więcéj nie żądam.
— Sądzę żeś uczciwy i wierny — odparł po chwili Hananias, wpatrując się w niego bacznie.... Mogę cię użyć wreszcie. Wczoraj dopiéro po jednym z Sejanów, który w czas sobie życie odebrał, objąłem domostwo w długu i kilku niewolników przy Capuańskiéj bramie, nie mam tam dotąd dozórcy....
A choć w ergustulum ledwie cóś niedołęgów głodem zamorzonym dysze, i nad temi oko miéć potrzeba, ażeby w góry nie poszli.... Mógłbym cię tam osadzić dozórcą; dom opuszczony, niewolnicy nie wiele warci, ale i to mnie grosz kosztuje...
Westchnął jakby od ciężkiego przypomnienia.
— Straciłem na nich kilka tysięcy sestercyj! — rzekł jakby do siebie — jeszcze niedołęgów karmić potrzeba; a kupić ich nikt nie zechce, bo co było lepszego, sprzedał niecnota.
— Zrobię co mi każecie! — odezwał się Juda.
— Idź tam, chleb mieć będziesz, — dodał stary — późniéj zobaczym do czegoś zdolny.
I klasnął w ręce na atriensa, rozkazawszy przywołać starszego nad niewolnikami, aby dał sługę i zaprowadzić polecił Judę do domu przy Capuańskiéj bramie.
Poczém głową skinąwszy odszedł, zapowiadając, że późniéj sam przybędzie dla obejrzenia posiadłości.
Juda, prowadzony przez milczącego niewolnika, ubocznemi drożynami po za miastem, dostał się wreszcie do miejsca, którego dozórcą tak niespodzianie został mianowany. — Był to plac dosyć znaczny i budowa obszerna, ale od lat wielu pobytu pana w Rzymie opuszczona; niegdyś wspaniała willa, dziś pustka, któréj piękne drzewa stare świadczyły tylko o staranném dawniéj utrzymaniu....
Drzwi jéj główne wychodziły na ulicę, i obite były blachami bronzowemi, które rdza poprzejadała w wielu miejscach; bogowie opiekuńczy Janus, Forculus (Podwójnik), Limentinus (Próżnik), Cardea (Zawiasowa bogini), nie ustrzegły ich od zniszczenia, bo w wązkiém przejściu, wiodącém do Cavaedium (głównego podwórca) [14] niegdyś przez psy i stróża pilnowanego, dziś tylko obite na ścianie malowanie psa na łańcuchu wyobrażające, z napisem cave canem, jakby na śmiech zostało. Rosły tu trawy blade i przechadzały się węże z podniesionemi głowami. Napis Have (Salve), wyłożony mozaiką na drugim progu wygnieciony był, śmieciem zarzucony i nieznaczny, — nie było komu witać, i kogo...
Samo podwórze, atrium stare znać, wzniesione było dawnym obyczajem, (ex more veterum) bez kolumn, spartym na belkach tylko otoczone daszkiem, którego dachówki w wielu miejscach opadłe leżały na ziemi. Ziela rozściełały się w niém wszędzie, kryjąc ślady jakie po sobie zostawiło umyślne i powolne zniszczenie. Drzwi, które dzieliły atrium od tablinum, równie opuszczonego jak dom cały, ledwie się jeszcze trzymały na zawiasach. Ztąd już dawno obrazy przodków, drogie naczynia, stoły kosztowne, przeniesione gdzieś zostały i szczątki tylko pokruszonych sprzętów dowodziły, że izba ta niegdyś z całego domostwa była najpiękniejsza. Ze ścian powydzierano marmuru płyty, które je ubierały, posadzka z lithostrotu połupana i spękana, zasuta kurzem i błotem, w wielu miejscach w czarną przemieniła się ziemię...
Daléj w głębi izby sypialne, cubicula, i wewnętrzny podwórzec, nowszéj już budowy, na kolumnach do pół czerwono malowanych oparty, — również były opuszczone i zarosłe. Przed kolumnami na podstawach stojące jeszcze gdzie niegdzie posągi, nie miały rąk i głów, a inne obalone na ziemię, rozpadły się za drobne okruchy. Piscina wyschła od dawna... a woda ustępując zostawiła w niéj tylko brudy, które ją długo okrywały....
Wewnątrz obszernego domostwa tęż samą ruinę i pustki znalazł Juda z śladami zaledwie dawnego przepychu. Zasłony ode drzwi poodrywane były lub szmatami wisiały na pordzewiałych kółkach, łaźnia obaliła się wewnątrz, wschody wiodące na pergulę osypały w stos gruzów, a viridarium zarosło bujnemi krzewy, splątanemi jak gąszcz leśna....
Przeszli ruinę całą i nie spotkali w niéj człowieka, nie usłyszeli ludzkiego głosu, nie znaleźli śladu zamieszkania.
Nareszcie bijąc się po tych gruzach i wołając, dokrzyczeli się ogorzałego staruszka, z piętnem niewoli wypaloném na twarzy, który z kluczami naprzeciw nich się wywlókł i padł zobaczywszy Judę, przeczuwając w nim zwierzchnika.
Był to zgrzybiały w pracy i niewoli biedak, tak wychudzony i blady, że litość brała patrząc na nędzę jego; dla niemocy znać do pracy postanowiono go starszym nad innemi i powierzono klucze ergustulum, które od strony ogrodu mieściło się w podziemnym lochu.
Trzeba było niewolników obejrzeć do czegoby się przydać mogli, i Juda zszedł po kamiennych wschodach do zatęchłéj od wilgoci izby sklepionéj, która była ich mieszkaniem. Czarne to było więzienie: jedno okno kraciaste u góry dawało doń trochę światła, podłogę stanowił kamień przesiąkły wilgocią; stół zastępowała bryła cegły pokrytéj tynkiem obitym, ławy podobne, trochą słomy potrzęsione, otaczały ściany; kilka rozbitych amfor i glinianych skorup całym były sprzętem tych nieszczęśliwych, skutych łańcuchami i leżących na ziemi w jakimś pół-snie choroby, znękania i głodu.
Na odgłos kroków i schrzypłe wołanie staruszka klucznika, porwali się niewolnicy, zabrzęczały łańcuchy, czterech ludzi powstało jęcząc z ziemi. Ciała tych nieszczęśliwych wynędzniałe i wychudłe, oczy zaczerwienione i wpadłe, ręce spracowane, namulane od kajdan nogi, popiętnowane twarze, łachmany odartych tunik, ledwie pokrywające nagość, wzbudziłyby litość w najdzikszym.
Wszyscy wstawszy, popadali zaraz na twarz przed przybyłym, a stary Tyro — tak zwano klucznika — jął ich pokazywać przybyłemu, z zimną krwią zastarzałego w niewoli i upodleniu człowieka.
— Oto ten — rzekł wskazując czarnego i barczystego ale ranami okrytego człowieka, którego pochodzenie wschodnie zdradzały rysy twarzy i dzikie a dumne wejrzenie — jeszczeby się na cóś przydał może, ale pracować nie chce; potrzebuje nieustannego smagania, bo go już i głodem darmośmy morzyli.
Niewolnik spójrzał na starca jakby mowę jego rozumiał, i poprawił czapki kształtem przypominającéj frygijską, potém stęknął głosem ogromnym, aż Juda wzdrygnął się, usłyszawszy ten boleśny jęk jego piersi.
— Jest to Parth — dodał stary — z tych ludzi, wiadomo, rzadko się uda co dobrego, ale ręczyska silne. Mówiłem ja dawnemu panu, żeby go nie kupował, ale niecny mango (zręczny handlarz) skusił go szerokiemi ramiony, któremi go chwalił. A w ergastulu to zamiera, przywykłe do powietrza i swobody....
Ten drugi — mówił wskazując człowieka, którego jedna ręka po pięść była ucięta — pochodzi z lasów Germanii; na placu boju musiano mu pięść urzezać tak się bronił wściekle.... Jeszczeby go do młyna użyć można, ale młyn się nasz zepsuł i nie było go za co naprawić.
Człek ten stary i siwy, był olbrzymiego wzrostu i rysów twarzy niemiłych, warg wielkich, niekształtnego nosa, cery białéj poplamionéj żółto i wejrzenia osłupiałego, ale chwilami zbielałe jego oczy, z pod brwi nawisłéj i zarosłéj strzelały nienawiścią dziką i żądzą zemsty okrutną.... Grzbiet miał pochylony, a ciało z za szmat odartych wyglądało włosem okryte i błotem zwalane.... Chlamyda z niego padała kawałami, gdzie niegdzie wicią poczepiana. Wzrok, który rzucił na Judę, przeszył go głęboko: uczuł w nim nieprzyjaciela.
— Ten już do niczego — mówił daléj Tyro ukazując trzeciego, bladego ale jeszcze młodego człowieka, który leżał na słomie wstać niechcąc, czy też niemogąc — to dzikie jakieś stworzenie od Gothońskich brzegów, Swew może, ale go o nic dopytać nie można. Mrze głodem dobrowolnie, języka jego nikt nie rozumie, on niczyjego. Sprzedać go chyba, to jaki mango, poczerwieniwszy i odpasłszy, a wystawiwszy na catastę (rusztowanie, z którego pokazywano niewolników kupującym), może sobie z nim da rady.
W Judzie największą może litość wzbudził ten zamyślony i obojętny niewolnik, którego nawet bicz Tyrona, sine pręgi zostawujący na plecach, do wstania nie zmusił. Spójrzał tylko na kata obojętnie i leżał jak wprzódy, nie ruszywszy się z miejsca, zdając się wyzywać razów. Wyniszczenie nadzwyczajne znać było na tém ciele, zżółkłém jak roślina, która nie widzi słońca; twarz malowała nieprzezwyciężoną rozpacz, przeszłą już w ołowiane odrętwienie.
— Gdyby był zdrów, jeszczeby i bardzo mógł w ogrodzie pracować, bo to młode i silne... ale uparty, a niczém go pożyć niepodobna.... Nie zapłacze choćbyś go ubił, a leżąc tak całe dnie we łzach się kąpie. Znać musiał tam kosztować lepszego bytu. Z niego nie będzie pociechy i nie wielka szkoda gdy zdechnie, jak się spodziewam....
— Ten czwarty — rzekł wreszcie wskazując kalekę z nogą strzaskaną i bezwładną — rusza się o kiju i jednéj nodze dość dobrze... a ręce to jeszcze ma silne.... Iberyjczyk, zresztą niczego, usłużny, wesół, tylko nie wiele umie. — Jam temu nie winien, i nie dziw zresztą, że tak pochudli — dokończył staruszek — dawno już o nas zapomniano; jeść dniami nic nie było, trochę fasoli i bobu, trochę zdziczałych owoców lub ryby, co się kupiło w porcie za sprzedane owoce.... Woda nam zagniła i śmierdzi... doprawdy, jam nic nie winien....
Wszyscy niewolnicy, prócz Swewa, popatrzali na Judę, któremu pilno było wyrwać się z tego okropnego więzienia. Cały zadumany wyszedł na światło dzienne i uczuł, że oddychanie powietrzem może być dobrodziejstwem.
Tak przeszli z kolei wszystkie budowy, ogrody, sad, opuszczone składy i niegdyś wspaniałe podwórce, w których dziś przytułku na noc trudno było wynaleźć. Obejrzawszy wszystko, Juda nie wiedział co robić i od czego począć, tak wiele było do czynienia. Rękami tych pięciu zgłodzonych kaleków trudno było dźwignąć zniszczone domostwa i ogrody, a Hananias nie zdawał się skłonny do szafowania groszem na tę kosztowną ruinę.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Emilów.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wycierpiawszy.
  4. Tacyt.
  5. Vestis serica. Tacyt. Annal. II. 33.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – filozofować.
  7. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Formion.
  8. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – różniło.
  9. W wielu domach Pompei.
  10. Tylne wejście domu.
  11. Sługa stróż atrium.
  12. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Ostiarius.
  13. Dio Cassius.
  14. Z grecka zwano je Diathyrum.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.