Bracia Karamazow/Rozdział trzeci/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Fiodor Dostojewski
Tytuł Bracia Karamazow
Wydawca Biblioteka Dzieł Wyborowych
Data wydania 1913
Drukarz L. Bogusławski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Barbara Beaupré
Tytuł orygin. Братья Карамазовы
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron

RYWALKI.

Alosza wyszedł z domu ojca w stanie niezwykłego rozstroju. Czuł, że umysł jego jest w tej chwili rozbity i jakby rozdrobniony, czuł również, że nie chciałby za żadną cenę poddać się skupieniu owych rozproszonych myśli, dla wydobycia idei przewodniej z dopiero co przeżytych wrażeń i tylu męczących przeciwieństw. Nad wszystkiem górowała obawa, czem skończy się wreszcie spór o tę straszną kobietę, pomiędzy ojcem jego i Dymitrem. Poraz pierwszy był świadkiem starcia się z sobą tych dwóch, i doszedł do wniosku, że bardziej nieszczęśliwym, a nawet najnieszczęśliwszym jest przedewszystkiem brat Dymitr, nad którym unosić się zdawało nieprzebłagane fatum. Dziś również wyszły na jaw inne okoliczności, dawniej nieznane Aloszy, a które wydały mu się niejasne i zagadkowe. Brat Iwan, którego przyjaźni tak gorąco pragnął, zrobił dziś ku niemu jakby pierwszy krok, a jednak Alosza czuł, że postępek ten brata wzbudził w nim przedewszystkiem obawę. Naodwrót, Katarzyna Iwanowna, której przed chwilą jeszcze lękał się tak mocno, wydała mu się naraz jedyną ucieczką, mimo, że poselstwo do niej stało się jeszcze trudniejsze wobec niemożności zwrócenia jej owych trzech tysięcy. Była już siódma godzina wieczorem, gdy Alosza zbliżał się do mieszkania Katarzyny, która zajmowała jeden z najparadniejszych domów, położony na głównej ulicy miasta. Alosza wiedział, że mieszka ona pod opieką dwóch ciotek, które, jak opowiadano, ulegały we wszystkiem woli swojej pupilki, i bawiły przy niej chyba dla względów etykiety. Katarzyna zdawała sprawę ze swych czynności jedynie owej bogatej generałowej, której miała być spadkobierczynią. Dama owa mieszkała stale w Moskwie, a Katarzyna obowiązana była pisywać do niej dwa razy tygodniowo, donosząc szczegółowo o wszystkiem.
Gdy Alosza wszedł do przedpokoju, oznajmiając swoje przybycie przez służącą, która mu drzwi otworzyła, usłyszał w przyległym salonie gwar kilku głosów kobiecych, następnie szelest spódniczek i odgłos szybkich kroków, jakgdyby kilka kobiet wybiegło nagle z pokoju. Zdziwiło go mocno, że jego przybycie wywołać mogło takie zamieszanie. Wprowadzono go jednak niezwłocznie do salonu. Był to obszerny pokój, umeblowany bogato i wykwintnie, w stylu wielkomiejskim. Znajdowało się tam mnóstwo kanapek, sof, fotelików, mniejszych i większych stolików, a przy oknie akwaryum. — Alosza dostrzegł w półmroku na jednej z kanapek zostawioną tam widocznie przed chwilą jedwabną okrywkę, na stoliku stały niedopite filiżanki z czekoladą, biszkopty, ciastka, wino i cukierki. Alosza domyślił się, że trafia na jakieś przyjęcie, zmarszczył się, mocno niezadowolony. Ale w tej chwili szybkim i pewnym krokiem weszła do salonu Katarzyna, i z radosnym, rozpogodzonym uśmiechem podała obie ręce Aloszy. Jednocześnie służąca wniosła dwie zapalone świece i postawiła je na stole.
— Dzięki Bogu! To wreszcie pan, cały dzień modliłam się o to, aby pan przyszedł.
Piękność Katarzyny uderzyła już dawniej Aloszę, gdy widział ją poraz pierwszy, wprowadzony do jej domu przez brata, Dymitra, na wyraźne jej żądanie. W czasie tych pierwszych odwiedzin nie rozmawiał z nią wcale, gdyż Katarzyna dostrzegłszy jego zmieszanie, umyślnie nie zwracała się do niego, rozmawiając cały czas wyłącznie z narzeczonym. Alosza też milczał, ale patrzył pilnie i spostrzegał wiele. Uderzyła go przedewszystkiem swoboda, i doskonała pewność siebie dumnej dziewczyny. Znajdował, że wielkie jej, czarne, pełne ognia, oczy, doskonale harmonizują z bladym, cokowiek nawet żółtawym, kolorytem jej twarzy, o rysach pociągłych nieco, nawet wydłużonych. W tych jej oczach przecież, jako też w delikatnych liniach prześlicznie zarysowanych ust, było coś, w czem się można było kochać bez pamięci, kto wie jednak, czy na długo. Takie było pierwsze wrażenie Aloszy, które wypowiedział bratu jasno i bez ogródki, na usilne pytania Dymitra, jak mu się jego narzeczona podoba.
— Będziesz z nią zapewne szczęśliwy, chociaż może nie bardzo spokojnem szczęściem.
— Tak, tak, masz słuszność bracie, ona jest z tych, co się przed losem nie ukorzą. Sądzisz może, że nie będę jej wiecznie kochał?
— Nie, owszem, może być, że będziesz ją wiecznie kochał, tylko może nie zawsze będziesz się czuł szczęśliwy.
Alosza wypowiedział te słowa rumieniąc się i zły był na siebie, że ulegając prośbom brata, zgodził się na wypowiedzenie swoich „głupich” myśli, bo myśli te wydały mu się istotnie głupie, skoro je tylko wygłosił. W dodatku czuł się dziwnie zmieszany tą koniecznością wydania własnej opinii o kobiecie.
Tym razem od pierwszego wejrzenia, rzuconego na wybiegającą na jego spotkanie Katarzynę, uczuł Alosza coś na kształt wyrzutów sumienia, i zdało mu się, że musiał się omylić w pierwszym o niej sądzie. Zamiast poprzedniej pychy i samowoli, dojrzał w jej twarzy szlachetną tylko energię i jasną młodzieńczą wiarę we własne siły. Już z pierwszych jej słów odgadł Alosza, że zdaje ona sobie sprawę z doniosłości tragicznego konfliktu, jaki zaszedł pomiędzy nią, a kochanym przez nią człowiekiem, i że prawdopodobnie wie wszystko. Mimo, to z oczu jej bił taki blask, i taka jasna wiara w przyszłość, że Alosza uczuł się względem niej winnym i skruszonym i uznał się za zwyciężonego. Katarzyna przejednała go zupełnie i pociągnęła ku sobie.
Prócz tego, zauważył, że znajduje się ona chwilowo w nadzwyczajnem podnieceniu, graniczącem z egzaltacyą.
— Tak pragnęłam przybycia pana, bo wiem, że pan jeden powie mi prawdę, całą prawdę.
— Ja przyszedłem..., t. j. on mnie przysłał — bąknął zmieszany Alosza.
— Więc to on pana przysyła? przeczułam to odrazu, teraz już wiem wszystko — zawołała Katarzyna z ogniem. — Poczekaj pan! poczekaj. Wpierw ja panu powiem, jak i dlaczego chciałam pana widzieć. Widzi pan, ja może wiem o tem wszystkiem znacznie więcej, niż pan, i nie wiadomości potrzebuję, a zupełnie czego innego. Chcę, aby mi pan powiedział szczerze, bez ogródek, zupełnie szczerze, choćby nawet brutalnie, choćby jaknajbrutalniej, własne swoje zdanie, a właściwie ostatnie wrażenie, jakie pan odniósł z widzenia się z nim. To będzie nawet lepiej, niż gdybym ja sama (której on już widzieć nie chce) rozmawiała z nim bezpośrednio. Czy rozumie pan teraz, czego od pana chcę? No, mów pan! proszę, z czem on tu pana przysyła. (Jak ja z góry wiedziałam, że on tu pana przyśle). No! mówże pan, mów!
— On polecił mi pokłonić się pani i kazał powiedzieć... że... już nigdy tu nie przyjdzie, i kazał pokłonić się.
— Pokłonić się? czy tak powiedział? tak się wyraził?
— Tak.
— A może tylko przypadkiem, bezwiednie użył tego wyrażenia, ot, jak się mówi pierwsze lepsze słowo.
— Nie, polecił mi wyraźnie, abym powiedział, że się pani kazał pokłonić, trzy razy mi to powtórzył i upominał bardzo, abym nie zapomniał.
Twarz Katarzyny Iwanówny oblała się żywym rumieńcem.
— Pomóż mi pan, proszę, Alosza! — wybuchła nagle — bardzo, bardzo potrzebuję pańskiej pomocy. Powiem panu całą moją myśl, a pan osądzi, czy mam słuszność. — Słuchaj pan. Gdyby Dymitr polecił pokłonić mi się, ot tak, bez myśli, nie podkreślając wyrazu, nie kładąc nacisku na wyraz „pokłonić się”, to znaczyłoby, że wszystko skończone. — Ale jeśli polecił panu powtórzyć go kilkakrotnie, to widocznie musiał być niesłychanie podniecony, prawie nieprzytomny. Powziął postanowienie, przed którem się sam zatrwożył. — Odszedł odemnie nie spokojnym, pewnym krokiem, ale jak człowiek, który się w przepaść rzuca. — Słowem, podkreślanie tego słowa mogło być z jego strony brawurą.
— Tak, tak, — potwierdził gorąco Alosza. — Myślałem zupełnie to samo.
— A jeżeli tak, to on jeszcze nie jest stracony, mimo, że jest w rozpaczy i można go jeszcze ocalić. — Poczekaj pan! a czy mówił jeszcze panu coś o pieniądzach, o trzech tysiącach?
— Nie tylko mówił, ale to jest prawdopodobnie główna przyczyna jego rozpaczy. Mówił, że zgubiony jest na honorze, a więc już i tak wszystko jedno — odrzekł z zapałem Alosza, czując, że zbawcza nadzieja wstępować zaczyna w jego serce i że może istotnie jest jeszcze jakiś ratunek dla jego brata. — Ale czy wie pani całą prawdę o tych pieniądzach — dodał, urywając nagle.
— Wiem już dawno i to dokładnie. Telegrafowałam do Moskwy, pytając, i dowiedziałam się, że pieniądze wcale nie nadeszły. Wiedziałam, że ich nie wysłał, ale milczałam. — Postawiłam sobie jeden tylko cel. Niech się on raz dowie, kto mu jest najwierniejszym przyjacielem. On mi wierzyć nie chce. Patrzy na mnie tylko, jako na kobietę, a nie chce widzieć we mnie człowieka. Cały tydzień męczyłam się myślą, co zrobić, żeby on się mnie nie wstydził utratą tych trzech tysięcy. Niech się wstydzi sam przed sobą, przed ludźmi, ale nigdy przedemną. Wszakże się Boga nie wstydzi, gdy Mu wszystko wyznaje. — Dlaczego on nie wie, że gotowa jestem dla niego znieść wszystko. Jak on może o tem nie wiedzieć? po wszystkiem, co między nami zaszło. Ja go chcę uratować raz na zawsze. Dlaczegóż nie wahał się powiedzieć wszystko panu, a mnie nie? czyż dotąd nie zasłużyłam przynajmniej na tyle zaufania. — Ostatnie słowa wymówiła ze łzami, które się jej nagle z oczu puściły.
— Czuję się jeszcze w obowiązku — dodał drżącym głosem Alosza — opowiedzieć pani, co zaszło przed chwilą pomiędzy nim, a ojcem. — Tu opisał szczegółowo całą scenę, jak go Dymitr posłał do ojca po pieniądze, a potem sam wpadł niespodzianie i ojca skaleczył, polecił mu jeszcze raz potem wszystkiem pokłonić się Katarzynie. — A teraz poszedł znów do tej kobiety, — dodał cicho Alosza.
— A panu się zdaje, że ja nie zniosę myśli o tej kobiecie, i on to samo myśli. A przecież... — tu Katarzyna rozśmiała się nerwowo. — Przecież... się z nią nie ożeni. — Czyż może Karamazow podlegać wiecznie jednej i tej samej namiętności? Bo to nie miłość, to szał. — A zresztą, nie ożeni się z nią, bo ona sama za niego nie pójdzie, — dodała ze szczególnym uśmiechem.
— Może się jednak i ożeni — odrzekł niepewnie Alosza, spuszczając oczy.
— A ja panu mówię, że się nie ożeni. Ta dziewczyna to anioł. — Pan jeszcze nic nie wie! — zawołała Katarzyna z niezwykłym zapałem. — To wszystko jak baśń czarodziejska! Ta kobieta to czarodziejka, ale przytem dobra, uczciwa, szlachetna. — Cóż pan tak na mnie patrzy? jakby się pan dziwił i niczemu nie wierzył. — Agrypino Aleksandrowna! aniele drogi! — zawołała nagle przezedrzwi do przyległego pokoju — wejdź pani, proszę, to przyjaciel, to Alosza Fedorowicz, który jest we wszystko wtajemniczony. Niech mu się pani pokaże.
— Właśnie czekam tylko na wezwanie — dał się słyszeć miękki, dźwięczny głos kobiecy, brzmiący przesadną może trochę słodyczą.
Podniosła się portyera i we drzwiach ukazała się Grusza we własnej osobie, rozradowana i uśmiechnięta. — Alosza uczuł, jakby mu się coś wewnątrz przewróciło. Wlepił w nią oczy i oderwać ich nie mógł. Więc to ma być owa straszna kobieta, to „zwierzę” jak ją przed pół godziną jeszcze nazwał brat Iwan. Na pierwszy rzut oka była to zupełnie zwyczajna kobieta, prawda, że ładna i miła, ale podobna do tysiąca innych i ładnych i miłych. Ładna była istotnie bardzo, bardzo, w typie czysto rosyjskim.
Wysoka, chociaż trochę niższa od Katarzyny Iwanówny, która była niezwykle wysokiego wzrostu, pełna, o ruchach miękkich, płynnych, nacechowanych tą samą szczególniejszą słodyczą, jaka brzmiała w jej głosie. — Weszła do pokoju, nie jak poprzednio Katarzyna, pewnym i śmiałym krokiem, ale wsunęła się raczej, tak cicho i miękko, że nie słychać było wcale odgłosu jej kroków. Miękko opadła na fotel i miękko otuliła się swoim kosztownym czarnym jedwabnym szalem, przysłaniając nim śnieżno-białą szyję i mocne, szerokie ramiona. Miała lat 22 i wyglądała na ten wiek. Twarz miała cokolwiek za szeroką i dolną szczękę jakby trochę naprzód wysuniętą.
Górna warga była zupełnie cienka, dolna znacznie grubsza wydatna i jakby spuchnięta. Za to prześliczne bujne kasztanowate włosy, ciemne sobole brwi i przepiękne szaro-niebieskie oczy, na tle śnieżno białej cery o bladoróżowych refleksach, zwróciłyby na nią uwagę najobojętniejszego przechodnia i zostałyby mu na długo w pamięci. Aloszę uderzył przedewszystkiem dziecięco naiwny, prawie dobroduszny wyraz jej twarzy. Podeszła do stołu, pogodna, patrząc przed siebie, jak dziecko, które się czemś bardzo raduje i jest czegoś bardzo ciekawe; widok jej radował wprost duszę — i Alosza to czuł.
Było w jej urodzie jeszcze coś, nad czem Alosza nie mógł, czy nie chciał się zastanawiać. Oto pod tymi miękkimi, cichymi, niemal kocimi ruchami, pod tym czarnym jedwabnym szalem, czuć było młode, świeże, jędrne kształty Wenus Milońskiej, w cokolwiek może grubszych zarysach. Wprawdzie wytrawny znawca kobiecej piękności przepowiedziałby niezawodnie, że około trzydziestego roku życia ta uroda, tak dziś ponętna i kwitnąca, przestanie być harmonijna, rozleje się w nadmiernej otyłości, że rysy zgrubieją, skóra na czole i powiekach pokryje się przedwczesnemi zmarszczkami, a na świeżą, delikatną twarz wystąpią piegi i plamy. Słowem, była to uroda przelotna i krótkotrwała, jaką spotyka się aż nazbyt często między rosyjskiemi kobietami. Aloszy, oczywiście, nic podobnego na myśl nie przychodziło; ale mimo, że oczarowany widokiem Gruszy, zapytywał sam siebie z pewnym niesmakiem, dlaczego ta kobieta przeciąga tak niemiłosiernie głoski i słowa, i nie chce mówić naturalnie. Robiła to najwidoczniej umyślnie, znajdując dziwne upodobanie w takim sposobie mówienia.
Było to, prawdopodobnie, złe nawyknienie świadczące o jej pochodzeniu z niższych sfer towarzyskich, i fałszywem pojmowaniu dystynkcyi. Ta nienaturalność i przesada sprzeczały się dziwnie z naiwnym i pogodnym wyrazem twarzy i dziecięcym jej wzrokiem. Katarzyna posadziła ją obok siebie i ucałowała kilkakrotnie uśmiechnięte jej usteczka. Wyglądało to, jakby się w niej sama zakochała.
— Posłuchaj pan — rzekła do Aloszy — widzimy się dziś z nią poraz pierwszy. Dawno ją chciałam poznać i chciałam sama iść do niej, ale ona uprzedziła mnie i przyszła tu na pierwsze wezwanie. Wiedziałam z góry, że my się z sobą zrozumiemy i naprawimy wszystko. Serce mi to mówiło. Wszyscy mi odradzali ten krok, ale ja przeczuwałam, że się to na dobre obróci i nie omyliłam się. Gruszeńka wyjaśniła mi wszystko, zleciała tu, jak dobry anioł, przynosząc spokój i szczęście.
— Pani nie pogardziła mną — zaszczebiotała śpiewnie Gruszeńka, ze swym pogodnym, dziecięcym uśmiechem.
— Zabraniam ci mówić takie słowa, czarodziejko urocza! Pogardzać tobą? Za karę pocałuję jeszcze raz te słodkie usteczka, jakby spuchnięte od pocałunków, ot tak, jeszcze i jeszcze. Popatrz pan na jej uśmiech, Alosza Fedorowiczu, popatrz na tego anioła, serce się raduje na jej widok.
Alosza zarumienił się i zadrżał lekko.
— Psujecie mnie, miła pani — zadzwoniła znów Gruszeńka — a ja może całkiem nie warta jestem waszych pieszczot.
— Nie warta! ona nie warta! — zawołała z ogniem Katarzyna — posłuchaj pan, Alosza Fedorowiczu, i dowiedz się, kogo masz przed sobą. Mamy wprawdzie kapryśną, samowolną główkę, ale przytem dumne, szlachetne serduszko. Mamy swój honor i szlachetne uczucia. Skrzywdzono nas niegdyś. Był pewien młody człowiek, także oficer, dla którego nasza Gruszeńka gotowa była poświęcić wszystko i wszystko przynieść w ofierze. Człowiek ten nie wart był takich uczuć, a może był tylko lekkomyślny, dość, że porzucił ją i ożenił się z drugą. Działo się to już pięć lat temu. Teraz owdowiał, napisał, że tu przyjedzie. I Gruszeńka będzie znów szczęśliwa, bo przez całe pięć lat jego tylko kochała i była bardzo, bardzo nieszczęśliwa.
I któż ją potępi, skoro nikt nie zdołał zdobyć jej wzajemności? Ten stary kupiec nie może być przecie brany w rachubę, to był raczej przyjaciel, ojciec, opiekun, zastał ją opuszczoną, w stanie blizkim rozpaczy, chciała się już topić. Ten starzec uratował ją wówczas, uratował ją.
— Bardzo wy już mnie bronicie, miła pani — zaśpiewała Gruszeńka — może już zanadto.
— Bronić? Pocóż tu bronić? o tem nawet mowy niema. Gruszeńko, aniele mój, daj mi rączkę. Popatrz pan na tę rączkę, na tę cudną, maleńką, prześliczną rączkę, ona mi szczęście przyniosła, z martwych wskrzesiła, to też wycałować ją muszę, ot tak, tak, tak!
I całować zaczęła z uniesieniem rzeczywiście prześliczną, zanadto może nawet wypieszczoną rączkę Gruszeńki.
— Co za przesadne uniesienie — przemknęło przez głowę Aloszy, który przypatrywał się tej scenie z niepokojem.
Gruszeńka nie usuwała bynajmniej ręki, śmiejąc się nerwowym śmiechem, i śledząc uważnym wzrokiem „miłą panią.” Widocznie było jej bardzo przyjemnie, że składano jej takie hołdy.
— Nie zawstydzicie mnie wcale, miła pani, całując mnie w rękę przy Aloszy Fedorowiczu — odezwała się nagle.
— Czy ja cię chciałam zawstydzić — odrzekła Katarzyna, cokolwiek zmieszana — jakże mnie mało znasz, kochanie.
— Może i wy nie znacie mnie dobrze, miła pani, jestem daleko gorsza, niż myślicie. Mam niedobre serce i samowolna jestem. Ot, tak tylko, dla śmiechu, zbałamuciłam Dymitra Fedorowicza.
— Za to teraz uratujesz go pani, powiesz mu wszystko, że kochasz drugiego, że ten drugi ożeni się z tobą, dałaś mi przecie słowo.
— Nie, ja nigdy nie dawałam słowa, to pani sama to wszystko mówiła, a ja nic.
— Chyba źle panią zrozumiałam — szepnęła Katarzyna, blednąc.
— Ach nie, droga moja, anielska panienko, ja wam nic nie obiecałam — przemówiła Gruszeńka cicho, spokojnie, z jednakim zawsze dziecinnym, radosnym uśmiechem. — Ot, widzicie teraz sama, miła pani, jaka jestem paskudna i grymaśna. Może co i obiecałam pierwej, a teraz zachciało mi się inaczej.
Teraz myślę sobie, że może mi się jeszcze kiedy Mitia spodoba, bo już raz kiedyś podobał mi się przez całą godzinę. Ot, może zaraz pójdę do niego i powiem mu, żeby się już u mnie na zawsze został; widzicie, miła pani, jaka jestem niestała.
— Pierwej mówiła mi pani zupełnie... zupełnie co innego — szepnęła Katarzyna.
— Ach! pierwej, kiedy ja mam takie głupie, miękkie serce. — Jak sobie pomyślę, ile już on przeze mnie przecierpiał, może go pożałuję, a wtedy co?
— Nie spodziewałam się tego.
— Ot, jaka pani dobra i szlachetna, nie to, co ja. Gotowa mnie pani teraz znienawidzić za mój brzydki charakter. Pani miła, aniele drogi, pozwólcie mi waszej ślicznej rączki — prosiła najsłodszym w świecie głosem i, mówiąc to, ujęła z wielkiem poważaniem rękę Katarzyny. — Ot ja, miła pani, pocałuję panią w rękę, jak pani mnie całowała. Za trzy pocałunki powinnam oddać trzysta, żeby się skwitować. Tak już i musi być i jeśli się Panu Bogu podoba, to może stanie się wszystko po waszej woli, panienko. Ale po co te obietnice i gadania, co ma być, to i tak będzie. Ot jaką to śliczną macie rączkę, panienko miła, śliczności, i samiście piękna, jak zorza.
Podniosła powoli do ust rękę Katarzyny, ze szczególniejszym zamiarem skwitowania się z owych pocałunków. Katarzyna nie usuwała ręki w trwożnej nadziei, że może istotnie ta dziwna dziewczyna zrobi ostatecznie wszystko po jej woli, wpatrywała się też z natężeniem w oczy Gruszeńki, dostrzegając w nich zawsze ten sam jasny, pogodny, dziecięco-naiwny wyraz. „Może też ona rzeczywiście taka dziecinna” — przemknęło jej przez głowę — i nadzieja wstąpiła znów do jej serca. Gruszeńka tymczasem, jakby w zachwycie nad cudną rączką anielskiej panienki, przysunęła ową rękę blizko do ust i nagle zatrzymała się na chwilę, jakby nad czemś rozmyślając.
— A wie pani co, śliczna panienko — zaśpiewała przeciągle najsłodszym swoim tonem — nie pocałuję pani w rękę.
I zaśmiała się drobnym, dziecinnym śmieszkiem.
— Jak pani chce. Co to znaczy? — pytała z drżeniem Katarzyna.
— A ot, niech już tak i zostanie, i zapamiętajcie to sobie, miła panienko, żeś ty mnie w rękę całowała, a ja ciebie nie.
I w oczach jej, zwróconych na Katarzynę, błysnęło coś, czego w nich pierwej nie było.
— Arogantka! — zawołała Katarzyna, która nagle zaczęła pojmować, i zerwała się gwałtownie z miejsca.
Nie śpiesząc się, podniosła się też i Gruszeńka.
— Opowiem jutro Miti, jak pani całowała mnie po rękach, a ja pani nie. Ot, będzie się śmiał.
— Precz ztąd, podła łotrzyco!
— Ach, jaki wstyd mówić takie słowa, zupełnie wam to nie przystoi, miła panienko.
— Precz ztąd! poszła mi z oczu, dziewko przedajna! — krzyczała Katarzyna, posiniała z gniewu, a każdy rys jej twarzy drżał z oburzenia.
— Zaraz przedajna. A ty sama, panienko, czy nie biegałaś po kawalerskich mieszkaniach dla pieniędzy, sprzedawałaś ty się nie gorzej ode mnie, myślisz, że nie wiem o tem?
Katarzyna krzyknęła głucho i byłaby się niechybnie rzuciła na Gruszę, gdyby nie to, że ją Alosza siłą powstrzymał.
— Ani kroku! — zawołał stanowczo — ani słowa. Niech pani do niej nie mówi nic, ona sama pójdzie.
W tejże chwili wpadły do salonu obie ciotki Katarzyny i pokojówka, zwabione krzykiem.
— Ależ pójdę, naturalnie że pójdę — przemówiła Grusza, otulając się swą okrywką. — Alosza drogi, odprowadź mnie, proszę.
— Idź pani ztąd, idź, tylko prędko — prosił błagalnie Alosza.
— Alosza miły, odprowadź mnie, proszę, ja tobie, drogi gołąbeczku, mam coś bardzo ważnego do powiedzenia. Całą tę scenę urządziłam umyślnie dla ciebie, odprowadź-że mnie, kochany, odprowadź!
Alosza odwrócił się, załamując ręce. Grusza zaśmiała się przenikliwie i wybiegła z pokoju.
Katarzyna dostała ataku nerwowego, spazmatyczne łkanie wydzierało się z jej piersi, wszyscy krzątali się koło niej, usiłując ją uspokoić.
— Uprzedziłam cię z góry — mówiła jedna z ciotek — że to się źle skończy. Nie znasz takich kobiet, niema co się z niemi wdawać, a o tej opowiadają najgorsze rzeczy.
— To żmija! — wołała Katarzyna. — Dlaczegoś mi pan przeszkodził, Alosza Fedorowiczu, byłabym ją spoliczkowała.
Nie mogła już zapanować nad sobą, mimo obecności Aloszy, a może też i nie chciała.
— Pletniami taką wysmagać! publicznie na rynku!
Alosza zwrócił się ku drzwiom.
— Ach Boże! — wołała Katarzyna — a on jaki nikczemny, jaki nieludzki. Opowiedział tej dziewce wszystko, co zaszło między nami w ów przeklęty, po tysiąc razy przeklęty, dzień. „Sprzedawałaś się, miła panienko” — śmiała mi to powiedzieć. Pański brat, to podły człowiek, Alosza Fedorowiczu.
Alosza chciał coś odpowiedzieć, ale nie znalazł ani słowa, tylko serce ściskało mu się z bólu.
— Żegnam pana, idź pan już, idź, a przyjdź jutro. Nie potępiaj mnie pan; sama jeszcze niewiem, co z sobą zrobię. Taki ból, taki wstyd.
Alosza wyszedł na ulicę chwiejnym krokiem, jemu również na płacz się zbierało — wkrótce dogoniła go służąca Katarzyny.
— Panienka zapomniała oddać panu ten list od panny Chachłakow.
Alosza wsunął machinalnie do kieszeni mały różowy liścik.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Barbara Beaupré, Fiodor Dostojewski.