Boża opieka/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Boża opieka
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1883
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Gdy jednego razu stary Hruzda wybrał się sam na targ do Krakowa, przechodząc rynkiem i rozglądając się po mieście, na schodach od winiarni zobaczył chłopaka wyglądającego bardzo pokaźnie i zręcznie, którego na pierwszy rzut oka nie poznał. Chłopiec go nie widział. Hruzda zatrzymał się nieco u węgła, i że go twarz uderzyła, dobrze mu się przypatrzył. Był to — Janek, ten sam Janek, po którym teraz tęsknił, bo mu żaden najęty parobczak tak go zastąpić nie mógł, ale wypiękniał, wyrósł i zupełnie miał miejską postać... Twarz dosyć rumiana śmiała mu się, oczki błyszczały i śmielszy niż był kiedykolwiek stojąc w progu rozglądał się po świecie, jakby ten świat miał w kieszeni. — Ależ, daj go katu! — mruknął Hruzda — paniczyk z niego! hę! hę! jużby mu się pewnie do pługa i radła nie chciało!
Coś, jakby uczucie jakiejś zazdrości ukąsiło go w serce; uśmiechnął się pod wąsem. — No — rzekł — to mi się nie źle udało... Baba moja kłamie przedemną i zaręcza, że nie wie, co się z nim stało, a że wie... to pewna! Ale i ja też wiem, ta i dobrze. Jeźli teraz kuternoga się zgłosi do mnie, to mu pokażę, gdzie go szukać... A co go mam oszczędzać! Jeźli chłopskie dziecko, niechaj wraca do tego jarzma jak i my... Będzie się tu w pierzynach wylęgał i patrzał się z ganku, jak my w błocie piechotą brodzimy? niedoczekanie!
Hruzda dobrze sobie zanotowawszy kamienicę i zieloną wiechę, poszedł, powrócił do domu i zrazu milczał. Drugiego dnia przy misce ozwie się do baby:
— Co się to tam z tym Jankiem stało?
Hruzdzina spojrzała nań i ramionami ruszyła...
— A cóż? nieboraczysko pewnie gdzieś na wsi u gospodarza... haruje.
— No, ja myślę, że nie — odparł Hruzda — to nie głupi chłopiec, choć go tu głupim zwali, wybrał on pewnie co lepsze i kędyś miejskie bruki zbija...
— Et! gdzie zaś! — ofuknęła żona.
— Bo mi się nawet zdaje, że ja go w mieście widziałem — dodał Hruzda... no i gdyby teraz kuternoga ów przeklęty przybył, wskazałbym, gdzie go szukać.
Baba się porwała łyżką rzuciwszy. — Słyszycie! — zawołała — to byś go oddał temu łajdakowi?...
— A dlaczegóż łajdak? czy że dał pięćdziesiąt talarów, com sobie gospodarstwo poprawił?
— A miałżebyś ty te pięćdziesiąt, gdyby nie chłopiec?.. i za to go chcesz dać?...
— Cóż to, ten go ma zgubić, co go ratował? — spytał Hruzda.
— Wiesz że ty, czy on go ratował czy gubił oddając na cudze ręce? Człowieku... rozgniewana poczęła Hruzdzina... toć pewno nie czysta sprawa...
Hruzda zmilkł...
— Co mam kłamać — odezwała się gospodyni z gniewem — otóż wiedziałam i wiem, gdzie chłopiec jest, ale jeźli mu się co złego stanie... Hruzda, jak Bóg żywy... ja... ja... nieszczęśliwym cię uczynię... zgubię siebie, ciebie, chatę, wszystko... Słyszysz! klnę się na Bóg żywy!...
Chłop też się rozsierdził. — A to jędza! — zawołał... a to jędza... Chłopiec ci milszy niż ja i dom...
— Chłopca pan Bóg na opiekę naszę zdał... Rób jak ci się widzi, ale pamiętaj, com rzekła... mnie życia nie wiele już zostało... tak z niem, jak bez niego.
Po tej rozmowie Hruzdzina markotna poszła z płaczem do alkierza, a Hruzda się zamyślił... i pociągnął do szynku... Upłynął jakiś czas, kuternoga się nie pokazywał. Hruzda znowu na targ pociągnął do Krakowa... Miał trochę owsa na sprzedaż, kupił go właśnie woźnica jakiegoś duchownego i kazał wieść na Wiślną ulicę. Gospodarz pociągnął zwolna... Po drodze... jakby na umyślnie... nawinął się, kto? kuternoga... Hruzda czapkę zdjął.
— O! toście wy tutaj! — zagaił szlachcic — a z czemże?
— Z owsem, ale już sprzedany...
— Co tam słychać?
— Głucho, nie ma nic.
— Chłopiec się nie znalazł?
— Gdzieby zaś! gdzieby... ani śladu! Ino mi się zdaje, że jak był głupi Janek ciekawy... pewnie musiał do miasta pociągnąć...
— Zkądże wam to? a mówiliście przecie, iż na wsi pewnie jest?
Hruzda ramionami dźwignął i zamilkł.
— Macie jaką poszlakę?
Gospodarz konia zaciął, pokłonił się i skończył zwykłem: Niechże będzie pochwalony Jezus Chrystus...
Ale kuternoga szedł za nim... zadumany... jakby wspomnienie chłopaka ocuciło coś mu w sumieniu.
— Gospodarzu... hę? gospodarzu! — zawołał nań — oto tu szynczek... chodź... kieliszek wódki na chłodny czas nie zawadzi...
Miał to do siebie Hruzda, że wódce oprzeć się nie mógł, obawiał się jej, a ciągnęła go... Koń był nawykły stać spokojnie i drzemać. Szynczek pod Trębaczem otwarty nęcił do siebie.
— Ale bo, chodźcież — wołał kuternoga — wódka słodka a tęga... powietrze wilgotne...
— Wiecie co, dobrodzieju — odparł Hruzda — kiedyście już na mnie tak łaskawi, o trzy kroki ztąd owies zsypię i przybiegnę, bo by mi go kto jeszcze z wozu gotów ściągnąć.
— A no — ja tu na was poczekam...
Stało się jak chciał Hruzda, który owies oddawczy, spokojny powrócił. Weszli do szynku pełnego a gwarnego, jak to zwykle bywa w dzień targowy. W jednym końcu grał góral na kozie, w drugim cygan brzękał na drumli, ludu ścisk był wielki, zapijali litkup jedni, drudzy się spotkawszy częstowali... Ci, co zaczęli zawczasu, już śpiewali, młodych kilku parobczaków nie mogąc tańcować, bo nie było ani gdzie ani z kim, tupali nogami w pośrodku izby. A tłok był około szynkowni, że kieliszków szynkarz nastarczyć nie mógł. Na znak jednak kuternogi natychmiast zjawiła się butelka i znalazło miejsce... napili się po kieliszku... Staremu wódka smakowała jak nektar, plasnął językiem... Kieliszek był na oko niby pokaźny, z zielonego szkła, gruby i trzymał tyle, co dobry naparstek... Mruknął kuternoga.
— Po drugim! a no cóż? po drugim, takich dwa ledwie za jeden stało... a Hruzda do pół kwaterka był nawykły...
Przysiedli w kącie na ławie... Cóż tam, urodzaj? jak? — A no, niezgorzej... — Chwalić Boga... Chłopca wam pewnie jednak żal?... — Co prawda to prawda, była pomoc w gospodarce... Bał się mnie jucha i pracował, bo co moja baba, to go na nic psuła... No! już i matka lepiej niepotrafi rodzona...
— I jakże by też ona uspokoiła się nie wiedząc o nim! — dodał kuternoga...
Zaśmiał się Hruzda szeroko...
Wypili po trzecim kieliszku...
— Ona wie? — spytał szlachcic.
— A juścić! a juścić! — potakując szepnął stary — wie. A jeśli wam wiedzieć się chce... ino pilnujcie, jak we środę idzie na targ w rynku. Zobaczycie, że pewnie gdzie zajdzie, albo do niej jaki chłopak się zgłosi... i... zatulił sobie usta śmiejąc się, czapkę nacisnął. — Ja nic nie wiem!..
Jeszcze się wódki raz napili na pożegnanie i rozeszli, a gospodarz spiewając wrócił do domu. Hruzdzina była kobieta rozumna... Zobaczywszy go podchmielonego wzięła na egzamen, nim się wytrzeźwił. Owsa było tyle, cena taka... pieniędzy zostało dosyć... a za cóż wódki kupił? Hruzda pochwycony indagacyą w stanie błogiego rozmarzenia rozgniewał się i zawołał: — Co ty mnie stara czarownico będziesz słuchać spowiedzi? Piję co chcę, z kim chcę... częstował mnie przyjaciel...
Rozgniewawszy się więcej jeszcze, Hruzda wygadał się, że z kuternogą spotkał się i rozmawiał... Nazajutrz rano stara nie opowiedziawszy się mu, pobiegła do Krakowa... obawiając się zdrady i chcąc chłopcu oznajmić, by się miał na baczności. Tymczasem los tak urządził, że właśnie ten jej pośpiech i niepokój Janka miał zdradzić... Kuternoga wyjeżdżał z Krakowa okutany płaszczem, z czapką na oczach, i Hruzdzina wcale go poznać nie mogła, on ją jednak najrzał i konia zaraz nawrócił... Jechał opodal ostrożnie aż do samego rynku i w rogu ulicy Floryańskiej przystanął. Ztąd doskonale widział, jak kobieta poszła pod zieloną wiechę, jak do niej chłopak wyszedł z włosami jasnemi, w kurtce siwej, i jak na schodkach stojąc z sobą rozmawiali. Ufając w to, iż go kobieta nie pozna, zakrywszy twarz lepiej jeszcze, podjechał z koniem pod kamienicę i zwolna ją mijał, aby się chłopcu przypatrzeć, bo myślał sobie, iż tam u kupca nie jeden taki być musiał.
Z pod czapki oczy wlepił w Janka, a w miarę, jak mu się dłużej przyglądał, bladł jak ściana... drzeć począł, lejce koniowi puścił i nie oprzytomniał, aż pominął wiechę i rozmawiających. Znać widok dziecka tak go wzruszył, iż zamiast jechać, jak miał zamiar za miasto... koniowi pozwolił wrócić na ulicę Wiślną i... wjechał tu do bramy, która się za nim zamknęła...
Kto by był mruczenia jego podsłuchiwał... dosłyszałby może wyrazów. O! straszne, niepojęte podobieństwo... nie! nie! jego ztąd trzeba się pozbyć, bądź co bądź, tak czy owak... Uchowaj Boże, ona go spotka... Panu się nic nie stanie... a mnie! Szubienica!! nie... sprzątnąć go trzeba... nie ma rady...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.