Boża opieka/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Boża opieka
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1883
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Materski cudem jakimś żył tak długo na świecie, nigdy go bowiem nie opuszczała gorączka... Wstawał i ledwie się przeżegnał, już się musiał gniewać, niecierpliwił się dzień cały, krzyczał, łajał, biegał, a gdy wieczorem ostatni gość wyproszony za drzwi wyszedł wlokąc nogi za sobą, trzeba było po kątach zbierać rozespanych chłopców, porzucane butelki, liczyć szkody, dochody i kreski na deskach kredytowe, tak że pacież wieczorny nawet bez obrazy bożej się nie obszedł. Materski znużony usypiał, a we śnie marzyły mu się dzienne jego znoje i utrapienia... Biedaczysko nigdy nie spoczął. Dom jego składał się z jejmości, która w dobrej szkole uczona, tak była nieszczęśliwą złośnicą jak on; z syna, który z domu uciekł i gdzieś na Węgrzech losu szukał, podobno w parze z jakąś towarzyszką, z którą mu się ożenić nie pozwolono; z dwóch sług płci niewieściej i dwóch chłopców urwiszów oprócz Janka... Pierwszych dni, gdy się pod zieloną wiechę sierota nasz zaciągnął, rozglądnął się zaraz w całem gospodarstwie... do roboty mu jeszcze nie dano nic. Zaprowadzony do jejmości wytrzymał indagacyą, ale miał czas się rozmyśleć, co począć było potrzeba. Nadszedł w chwili wolniejszej sam Materski... Rozpoczęła się instrukcya, co, jak, gdzie, kiedy czynić miał Janek. Wszystkiego wysłuchał.
— Za pozwoleniem jegomości — rzekł — moja historya krótka, ale ja ją powiedzieć muszę jeszcze raz. Jestem sierota, ks. kanonik Hodowski trochę mnie poduczył... ja się chce uczyć. Służyć jegomości będę wiernie, poczciwie, muszę jednak mieć swoję wolną godzinę. Zapłaty nie chcę żadnej... dacie mi jeść i tyle.
— Czegoż ty się będziesz uczyć? — spytał Materski — czego? czego? czego? czytać i pisać? hę? mistrantury? Cizyojana... beków kościelnych? co to ci plechy się chce? co?
— Chce mi się coś umieć i na ludzi wyjść — rzekł Janek.
— Toś głupi, kochanku... ucz się grosz robić, a wyjdziesz nie tylko na ludzi, ale nad ludzi... ot co! — zaśmiał się Materski... Cóż to, ja cię będę trzymał, żebyś ty mi syllabizował w piwnicy?
— Nie bój się jegomość, gdzie dozoru będzie potrzeba, ja nie zawiodę... zobaczycie...
— Coś on się strasznie zawczasu chwali! — szepnęła Jejmość.
— A no, wszelako spróbować trzeba — odparł Materski... Pokazano Jankowi, co miał czynić, i wzięto go na próbę. Po trzech dniach kupiec przyszedł do żony.
— A co jejmość mówisz o Janku?
— Licho go wie, co z tego będzie, nadto rozumny...
— I nadto poczciwy — dodał Materski — jeszczem takiego nie spotkał; szpiegowałem go, kropli do ust nie weźmie, grosza pilnuje, chłopcy go się boją, dziewki zdala obchodzą... Jak on tu pobędzie, gotów i nas zawojować...
— A no dalej próba niech idzie...
Szła tedy próba dalej. Janek do dnia chodził do kościoła i do starego bakałarza, z którym u kanonika się poznał, po zamknięciu sklepu nocą przy ogarku uczył się... kluczów z rąk nie puszczał, niewidziany ład zjawił się w handlu...
— Cóż jejmość mówisz o Janku? — spytał Materski po kilku tygodniach...
— Co aspan mnie probujesz i zachodzisz z przełaju — ofuknęła się jejmość — co tu gadać, to porządny chłopiec i rozumny. Trzeba mu zapłacić i oszczędzać go, aby nie poszedł...
— No, to prawda — mruczał Materski — a co prawda, o to widzisz jejmość, ja się sprzeciwiać nie będę, chłopiec Utsyk... jak mówi ksiądz profesor, Utsyk... ale on tu długo nie pobędzie, jemu sutanna pachnie.
— Tylko jegomość na niego bez przyczyny, jak to umiesz, nie krzycz, nie wyźwierzaj się.
— Tylko jejmość go nie łaj i nie skąp mu jadła...
— Ale bo to ty...
— Ale bo to wasani... Już się poczynali jeść państwo Materscy, wszedł Janek z kluczami i wszystko ucichło. Wstydzili się go... Chłopak wyglądał jasno, pogodnie, młodo... szlachetniej niż to, co go otaczało... i dziwnym urokiem twarzy, głosu, wejrzenia panował prawie tym ludziom, którym służył. Jejmość mu się uśmiechnęła, Materski go po ramieniu poklepał... Przyniósł właśnie pieniądze, obrachował się z nich i nie bawiąc odszedł... W handlu na prawdę on teraz rządził. Materski tylko wziął na siebie policyą nad służbą i zabawiał się kuksaniem jej po kątach.
Tego dnia jakoś bardzo było w izbach pełno...
Janek zwykle siadywał w zakomarku pod okienkiem... Nad jego ławką była framużka i w niej szafeczka, tę naużytek chłopca oddał p. Materski. Oprócz innych drobnostek Janek w niej trzymał książki, a gdy w handlu nie było co robić, i gości brakło, siedział tu na straży i korzystając z czasu — uczył się. Z ławki swojej miał oko niemal na całe swoje mieszkanie i ztyłu na służbę a skład butelek... Chłopcy nie mogli przejść, żeby ich nie zobaczył... Niekiedy, gdy brakło usługi, wychodził i sam pomódz drugim... Znali go już niektórzy zwykli goście p. Materskiego i polubili wszyscy. Uskarżali się tylko, że nie skory był do gawędy, a przy winie gawęda bywa pilną potrzebą. Czemby człowiek wino i butę jego przemełł, gdyby nie językiem? Wszystko by to w środku zostało i mogłoby w końcu zaszkodzić. Właśnie Janek siadł w swoim kątku klucze powiesiwszy u pasa, gdy w progu zjawił się mężczyzna siwy, barczysty, twarzy ponurej, brwi nawisłych, opierający się na kiju z siekierką... nakuliwający nieco na jednę nogę. Wszedł jakoś krokiem niepewnym, wahając się niby, czy ma próg przestąpić, znać tu niebywały, bo nie wiedział, gdzie sobie miejsca ma szukać... Obejrzał się dokoła... przy stoliczkach, gdzie już siedziało osób kilka, miejsca nie zajął i pociągnął do drugiej puściejszej izdebki. Los tak zdarzył, że chłopcy byli wszyscy zajęci. Janek więc podszedł spytać go, czego sobie życzy... Mężczyzna ów podniósł głowę, oczy w niego wlepił, patrzył długo milczący... usta mu się otwarły niby mimowoli... głowa trzęsła... głosu brakło. Znać był zmęczony. Naostatek zebrał się jąkając na słowo.
— Proszę... asana... butelkę starego miodu...
— Starego?
— Jak najstarszego... Janek wyszedł, bo musiał zapalić kaganek i znijść do lochu, do którego w trzeciej izbie były wdół wiodące wprost schodki. Powrócił wkrótce ze starą butelczyną, i z lampką wraz zaniósł ją owemu jegomości, który żadnego poruszenia jego, żadnego kroku nie prześlepił... wciąż nań patrząc jak w tęczę...
Gdy butelkę na stole postawił... chciał odejść, ale stary ozwał się: — Nalejże mi...
Janek powoli czarny ów napój, gęsty, bursztynowo-świecący lać zaczął.
— Hm — rzekł przybyły — coś to tu asan nowy... bom go nie widywał...
— Tak jest... od niedawnam tu...
— A imię aspana? — Janek...
— Z kądże to z miasta? ze wsi?
— Jestem w mieście już drugi rok...
— A dawniej?... — Byłem na wsi nie opodal.
— Gdzie? u kogo? — Czy to panu na co potrzebne — zapytał chłopiec.
Stary ramionami ruszył. — A po co mi to ma być potrzebne! Tylko się dziwuję, że tak porządnie wyglądający chłopak zaprzągł się do służby u tego krzykuna i hałaśnika Materskiego. A to ci pokój nie miły.
Janek się uśmiechnął...
— Jak nie ma za co, p. Materski nie krzyczy...
— A to by był cud, żeby mu się gęba zamknęła...
— Przepraszam pana — odparł Janek — ale zkądże o tem pan może wiedzieć, kiedy tu nigdy u nas nie bywa...
— Bywało się dawniej.
To mówiąc z pod brwi krzaczystych spojrzał nań gość, pociągnął miodu i splunął.
— Cóżeś to ty mi dał? — rzekł — miód? ale zdębiały... ja takiego nie lubię...
— Miał być bardzo stary...
Materski już zwąchawszy coś nadbiegł.
— Co tam takiego? hę? Co pan każe? Co? złe? omyłka... czy nie w smak?
— Omyłki nie ma, samem winien... miodum chciał starego, dali mi tego chyba, co go król Piast warzył, bo gębę ściąga jak drutem.
Materski butelkę porwał, powąchał: A no! — rzekł — jeszcze się pan skarży?
— Wolałbym słodszy...
— Hej Janku, butelkę zamknąć — zawołał kupiec — przyjdzie ksiądz scholastyk, on takie lubi... a jegomości dać z pod drugiego okna, pękatą...
Spełnił Janek polecenie i poszedł.
— Zkądżeś to panie Materski — zapytał przybyły — napytał takiego zręcznego chłopaka?...
— A! to panie perła! — zawołał kupiec — ale sza! żeby nie słyszał. Znać że w rygorze miejskim się wychował, sierotka... takiegom nie miał jeszcze...
— Co za jeden?
— Bóg go wie — mówi że ze wsi, ale to nie chłopska krew — dodał Materski — nie. Ja się na tem znam. Powiadam panu, że to śmiech jest... ale ci starsi ludzie, co tu bywają, wszyscy jeden w drugiego okrzykują, że jak dwie krople wody podobny do nieboszczyka wojewody. Nawet brodawkę, którą miał tamten pod lewem uchem, i ten ma... cha! cha!
Przybyły gość jak nieprzytomny zerwał się z siedzenia i ledwie dał gospodarzowi dokończyć.
— Ale co znowu! głupstwo! imaginacya! bałamuctwo, paplanina! Znałem nieboszczyka, najmniejszego podobieństwa. Jeden zmyślił, a drudzy za panią matką pacierz powtarzają... Najmniejszego, powiadam Wam, najmniejszego podobieństwa!
— Przecież ludzie różni.
— Ludzie głupi! co to to jest! — ofuknął przybyły — to nie ma najmniejszego sensu! Cóżby z tego wnosić przyszło? że wojewody dziecko? Ależ to był człek czysty i znany, a gdy zmarł temu lat, jeźli się nie mylę, czternaście, świeżo się był ożenił... Chłopiec zaś...
— Chłopiec właśnie w tym wieku — rzekł Materski. — Ale, proszę pana Brzeskiego, wszak tak podobno mam honor...
Nieznajomy głową kiwnął, skłonili się sobie... Proszę pana Brzeskiego, kończył kupiec, czy po wojewodzie zostało potomstwo?...
— Był ponoś synek... tak — bąknął Brzeski — ale zaraz w parę lat umarł...
Zatrzymała się rozmowa... Brzeski jakby mimowoli mruknął: Gdzież ta brodawka pod uchem?
Właśnie Janek wchodził z pękatą buteleczką, i gdy ją odkorkowywał, gość miał czas przypatrzeć się brodawce, która była bardzo widoczna.
Materski cały się zajął reprezentowaniem miodu... otarł lampkę, nalał powoli i podał ją tryumfując Brzeskiemu.
— Spróbuj pan... to miód kapucyński — rzekł — ale racz wniknąć w treść tego napoju, ambrozyi... wiosną czuć, lipą, młodością, a mimo to stary, wytrawny... i nic nie stracił z gęstości swej, nic z barwy, nic z woni, tylko siły nabrał... Chorych uzdrawia, umarłych wskrzesza...
Brzeski niosąc lampeczkę do ust uśmiechnął się...
— A co? a co? — dodał Materski. — Mówią o winach tokajskich i innych, że to perfekcya napojów, a ja powiadam, że nie ma jak miód, tylko nie taki, jaki dziś pertolą... W klasztorach to miody były... ej... panie...
W tej chwili brzęknęło coś potłuczonego w drugiej izbie, i Materski ścisnąwszy pięście wyleciał wnet spełniać obowiązek swój karny. Brzeski został sam, bo Janek był odszedł, siedział jednak tak, iż chłopca mógł widzieć i wpatrując się w niego o miodzie zapomniał...
Kiedy i jak wyszedł, nikt nie spostrzegł, znalazła się butelka zaledwie poczęta na stole, a Janek ją nanowo zakorkowawszy, o nazwisko gościa spytał gospodarza, doniósł o niedopiciu i zachował resztę dawszy jej na szyję znaczek.
— Myślałem zawsze — rzekł Materski — iż to jest rozumny człek ten Brzeski, a to osieł. Jakże takiego miodu nie dopić... porzucić! Gdzieindziej by to gawiedź wychlała i tyle... Żeby nie Janek, toby ten święty miód poszedł na paskudne gęby... Toć grzech...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.