Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Boża opieka.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jak się panu podoba — rzekł Janek z ukłonem — za uczciwość moję ręczę, za rozum niekoniecznie, ale proszę wprzódy mnie nauczyć, co mam robić, a potem się dopiero gniewać, gdy zawinię...
Materski go po ramieniu poklepał.
— No, nie bój się, nie zjem cię... nie zjem... Niechno pani Maciejowa — dodał — lampeczkę przyjmie na dobrą wróżbę, a daj Boże, aby się chłopiec udał... to jej doprawdy wdzięczen będę...
I tak Janek znalazł się niespodziewanie w winiarni pana Materskiego; dziwne ludzkie losy!






— Gdy jednego razu stary Hruzda wybrał się sam na targ do Krakowa, przechodząc rynkiem i rozglądając się po mieście, na schodach od winiarni zobaczył chłopaka wyglądającego bardzo pokaźnie i zręcznie, którego na pierwszy rzut oka nie poznał. Chłopiec go nie widział. Hruzda zatrzymał się nieco u węgła, i że go twarz uderzyła, dobrze mu się przypatrzył. Był to — Janek, ten sam Janek, po którym teraz tęsknił, bo mu żaden najęty parobczak tak go zastąpić nie mógł, ale wypiękniał, wyrósł i zupełnie miał miejską postać... Twarz dosyć rumiana śmiała mu się, oczki błyszczały i śmielszy niż był kiedykolwiek stojąc w progu rozglądał się po świecie, jabby ten świat miał w kieszeni. — Ależ, daj go katu! — mruknął Hruzda — paniczyk z niego! hę! hę! jużby mu się pewnie do pługa i radła nie chciało!
Coś, jakby uczucie jakiejś zazdrości ukąsiło go w serce; uśmiechnął się pod wąsem. — No — rzekł — to mi się nie źle udało... Baba moja kłamie przedemną i zaręcza, że nie wie, co się z nim stało, a że wie... to