Bez serca/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bez serca
Podtytuł Obrazy naszych czasów
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1884
Druk J. Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XV.

Dzień był bardzo piękny, słońce świeciło na niebie bez chmurki...
Przed dawnym Radziwiłłowskim pałacem, do niepoznania przerobionym, u żelaznej kraty oddzielającej podwórzec od ulicy, stał tłum ściśnięty, niemy, który mnodzy konstablowie piesi i konni z trudnością starali się w pewnem utrzymać oddaleniu.
Nadchodziła godzina, o której dyplomaci zwykli się byli na kongres zgromadzać. A że członkowie jego mało się światu pokazywali, ci, których piekła ciekawość grzeszna, przybywali choć tutaj, u bramy podwórza nasycić ją, pobieżnie schwycić rysy tych ludzi, którzy przedstawiali państwa i mieli krajać ziemie jak placek — dla głodnych.
W tłumie tym ulicznym, niekoniecznie sam uliczny żywioł przeważał, były w nim reprezentowane wszystkie warstwy społeczne, od robotnika, który nie rozumiejąc po co się tu gromadzono, stawał i cisnął się dla tego, że widział innych stających i cisnących się przed sobą, — od kucharki z koszykiem na ręku i siatką, od rzezimieszka polującego na nieopatrzne kieszenie, aż do zadumanego profesora, odstawnego wojskowego i nieszczęśliwego reportera dziennika, którego obowiązkiem było widzieć nawet to co było niewidzialnem.
Dziennikarze ci i reporterowie, którzy gdzieindziej znaleźliby może litość, albo sposób przekradania się i zdobycia choć fałszywej wiadomości, — tutaj traktowani z pogardą, z niechęcią, musieli też stać w ulicy, kryjąc się z tem co ich sprowadzało, bo podejrzenia o stosunek z dziennikiem starczyło, aby ich policya precz ztąd odparła. Czyniono im ten honor, że się ich niewinnej paplaniny — obawiano.
Pod rozmaitemi też postaciami zamaskowani reporterowie stali u żelaznej kraty, skazani na karmienie się tylko wonią kongresu i odgadywanie z twarzy członków jego, ich męczeństwa lub tryumfu.
Nigdy może tajemnice narad nie były ściślej zachowywane jak czasu tego zjazdu, którego pierwsze czynności długo były zupełną zagadką.
Napróżno szpiegowano tych szczęśliwych co mieli przystęp do wielkiej sali, a mogli coś podsłuchać, coś dopatrzeć, coś odgadnąć; — wiązało ich słowo — musieli być niemi.
Nigdy też talent odgadywania i tworzenia z niczego domysłów na podstawie z pajęczyn opartych, — świetniej się nie objawił, jak w pierwszych zwłaszcza posiedzeń tygodniach...
Wśród tego ścisku najróżnorodniejszego, prawie u samej kraty, stał powóz piękny — w którym siedział lekkim paltotem osłoniony, w swym złocisto wyszywanym mundurze książę *, z pogardliwo dobrodusznym uśmieszkiem spoglądając na otaczających. Obok niego, zakwefiona siedziała młoda kobieta, z którą on żywą zabawiał się rozmową — czasem śmiech jej obudzającą.
Ciekawie zwracano oczy na tę zagadkową panią, w której domyślano się jakiejś znakomitości wysokiego rodu; bo mógłżeby położony tak wysoko książę, dla jakiejś mniej znaczącej osobistości tak się poświęcać i wyczekiwać na słońcu?
Powóz stał uparcie w miejscu. Konni konstablowie chcieli go zmusić do wjechania w podwórze, lub ustąpienia od bramy, ale stary książę szepnął coś towarzyszowi swemu, przy powozie stojącemu, a ten wytłumaczył policyi że książę * potrzebował tu postać chwilę...
Pierwszy powóz, który się około nich przesunął, z którego bardzo uprzejmy uśmiech i pozdrowienie spotkało starego księcia, wiózł zamyślonego mężczyznę, którego narodowości domyśleć się było trudno. Wpatrzywszy się dopiero lepiej, na mało charakterystycznej postaci można było dostrzedz to piękno, które, nawet na obcych, długie życie we Francyi wyciska.
Był to p. Waddington. Książę grzecznie mu się uśmiechnął.
— Widzisz pani — rzekł schylając się ku niej — jest to reprezentant Francyi, która niedawno jeszcze siebie i nas łudziła, że losy świata są w jej ręku.
Szczególna rzecz — dodał — katolicką Francyę przedstawia tu protestant i człowiek angielskiej krwi i nazwiska! Dziś francuzi grzeczni są i spokojni! Sam nie wiem czy milej się uśmiechają do Bismarka, czy do mnie; choć obu nas radziby sobie pozyskać.
Ci nam wody nie zamącą...
Nie młody już mężczyzna jadący za pierwszym, wychylił się z powozu zdziwiony, zobaczywszy stojącego księcia *, skłonił mu się z uszanowaniem i zatrzymał. Wysiadł pytać co go tu zatrzymywało.
— Jedź, panie baronie, jedź, a pozwól mi jeszcze chwilę zapomnieć o polityce... Natychmiast was dogonię.
Był to baron d’Oubril.
Przejeżdżający zaraz St.-Vallier podniósł kapelusz do góry, wesoło witając księcia, który ciągle ciceronował.
Baron Haymerle, hr. Karoly, Andrassy, z twarzy przynajmniej znani Rolinie, przesunęli się za nimi.
Nie zapomniała się tem pochwalić przed księciem, że dwu z nich widziała na wieczorze u księżnej Matyldy.
Stary wiadomość o tej bytności na wieczorze przyjął z niejakiem zdumieniem. Nie spodziewał się jej.
— Znasz pani wesołą i dowcipną księżnę? — pytał.
— Mam to szczęście — odparła Rolina skromnie — grałyśmy razem w jej amatorskim teatrze...
Widocznie podniosło to pułkownikównę w oczach starego jej towarzysza, stał się dla niej grzeczniejszym jeszcze.
W tem powóz parokonny zwolna się zbliżać zaczął. Siedzący w nim ze spuszczoną głową, nie zdawał się widzieć nikogo. Zatopiony był w myślach i obojętny na to co go otaczało. Twarz spokojna, rysów wyrazistych, pofałdowana wiekiem, niegdyś piękna, była teraz znużoną, jakby ciężarem lat i pracy przygniecioną. Ubiór skromny, postawa zaniedbana, zdawały się zapowiadać człowieka który wszystko przeżył i świat cały miał teraz w sobie. Patrzeć nań już nie potrzebował.
— Przypatrz mu się pani dobrze — zawołał wskazując go książę — jest to może z nas wszystkich najwięcej zajmująca postać. Myśmy wszyscy coś winni urodzeniu, przeszłości, rodzinie, ten sam o własnej sile dobił się tam, dokąd inni z trudnością dochodzą wspinając się na cudze ramiona...
Mylę się — dołożył stary książę — winien też wiele pełnej poświęcenia kobiecie, pierwszej żonie swej, którą niegdyś widywałem w salonie lady Holland... Nie była piękną, ani dystyngowaną, ale dla poświęcenia się swego poszanowania godną.
Domyślasz się pani — Disraëli-Beaconsfield — romansopisarz i poeta z powołania, ulubieniec pań i salonów, który — choć romansopisarz, co niemało zawadzać musiało, dobił się inteligencyą, energiją, wolą, i talentem, najwyższego stanowiska. I stoi dziś na czele arystokracyi, najarystokratyczniejszego z krajów europejskich.
Nieprawdaż że to na bajkę zakrawa?
Beaconsfield minął ich zgięty, przygarbiony, z wyrazem cierpienia na twarzy, nie spojrzawszy, ani pozdrowiwszy.
Karatheodori pasza, Mehmet Ali, zaledwie się skłonili i przemknęli śpiesząc na posiedzenie. Prześliznął się lord Salisbury, którego Rolina mniej była ciekawą. Hrabia Corti, wpatrzył się w nią, ukłonił księciu z trochą szyderstwa na ustach i pobiegł do pałacu.
— Niestety — odezwał się w końcu stary książę — najciekawszego ze wszystkich, gospodarza naszego, męża o trzech włosach... nie mogę pani pokazać; ale pani powinnaś go znać, bo Berlin jest go pełnym. A tam nawet gdzie go niema czuć jego żelazną rękę.
To mówiąc westchnął książę i trochę się zachmurzył...
Sztab księcia — dodał — już także być musi w pałacu — ale wszystko to przy nim maleje i gaśnie. Pozwolisz pani, i mnie już czas jeśli nie do roboty, bo tej nie mam, wyręczają mnie, to do słuchania. Wiedzieć potrzeba wszystko, to atrybut dyplomacyi. Spodziewam się że konstablowie puszczą panią ze mną do ganku, bo pieszo bym się nie docisnął. Tam będę musiał miłą towarzyszkę pożegnać, aby siąść i nudzić się rozprawiając o rzeczach z góry przewidzianych, które trzeba witać jak niespodzianki.
Rolina z trwogą jakąś zasłoniła się szczelniej woalikiem; woźnica zawrócił ku bramie, zajechał pod ganek, a tu towarzysz księcia z miną dosyć posępną, bo mu się ta eskapada starego nie podobała, podał mu rękę i wysadził.
Kobiece towarzystwo księcia* u samych drzwi pałacu, nie jego jednego razić musiało. Sam książę wcale się niem nie czuł skompromitowanym.
Pożegnał Rolinę, a woźnica zawrócił natychmiast do Villa Agnese, bo go już naglono, aby innemu powozowi ustąpił.
Można sobie wyobrazić, jakie wrażenie na ciekawych widzach zrobił powóz książęcy z kobietą nieznaną. Długie jego zatrzymanie się u kraty, postać zakwefiona której znaczenia i imienia reporterowie nie umieli się domyśleć — wszystko to zajmujący epizod stanowiło, wśród monotonii zamkniętego kongresu.
Wieczorem Berliner Boersen Courier i Trybuna, opisując ranne przybywanie członków kongresu na posiedzenie, w dwuznacznych słowach dały do zrozumienia, że pewną księżniczkę krwi... ciekawą, widziano u bram Radziwiłłowskiego pałacu.
Inny dziennik, skromniej domyślał się sławnej artystki.
Kobiety były niezmiernie ciekawe kogo mógł stary wozić z sobą.
Pułkownikówna wróciła do willi przejęta uprzejmością starego i szczęściem jakie ją spotkało. Boehmowej i Pepi żywo zaczęła opowiadać co widziała, unosząc się nad grzecznością swojego towarzysza.
Na te rozjaśnione radością lica i wesoły humor nadszedł amerykanin, winszując tryumfu Rolinie, ciesząc się tem, że całe miasto mówić o niej będzie, a wszystkie panie zazdrościć.
Fantazya starego księcia rozbudzać się w nim zdawała miłość, gdyż czulszym i natarczywszym był niż kiedykolwiek. Niepokoiło to tem więcej Rolinę, że Boehmowa miała zwyczaj, gdy nadchodził narzeczony, wysuwać się z pokoju, aby czułej parze nie zawadzać. Pułkownikówna nie była temu rada, bo chciała Don Estebana trzymać zdaleka i zbytniej nie dopuszczać poufałości.
— Książę — odezwał się, ciągle chwytając za ręce i usiłując ją wpół objąć amerykanin — książę zapewne nieraz nas jeszcze odwiedzi. Stary zdziecinniał! Kiedyś zaprosić go może potrafimy na obiad, a wówczas trzeba ażebyś mu się w swoim naszyjniku pokazała.
To mówiąc za głowę się pochwycił.
— A propos — zawołał — garnitur nie jest kompletny, trzeba na to zaradzić koniecznie. Kolczyki i bransoletę muszę kazać dorobić.
Zbliżył się do Roliny nagląc.
— Królowo moja... proszę na parę dni o to pudełko z naszyjnikiem dla wzoru.
Rolina opierała się nieco.
— Nie odstąpię od tego, dopełnimy garnituru. Żądam tego koniecznie — prosił Don Esteban. — Kamieni ja dostarczę jubilerowi, a dopilnuję aby wykonał jak należy.
Pułkownikówna wypraszała się zrazu, lecz uległa w końcu, a rada też była że swe klejnoty pomnoży i zaświeci niemi.
Poszła więc do swego pokoju i przyniosła pudełko żądane, które Don Esteban z dziwnym pośpiechem i radością, ukrył natychmiast w bocznej kieszeni surduta.
— Dzisiaj jeszcze biegnę do jubilera — odezwał się — a za kilka dni bransoleta i kolczyki muszą być gotowe... Przepyszny szmaragd dam aby świecił na tej cudownej rączce.
Gdy to mówił, oczy jaśniały jakąś radością, tak szczerą, że Rolina uczuła wdzięczność i musiała za ten dar nowy dziękować.
— Do czegóż te zbytki — rzekła cicho — sam naszyjnik już tak był wspaniały.
— Ale dla mojej królowej — podchwycił amerykanin — niema nic nadto kosztownego i pięknego! Całą bym ją oprawił w złoto i dyamenty!
Z takiemi czułościami, całując ją po rękach, pożegnał i jakby mu pilno było do jubilera, wybiegł z willi, ścieżką w ogródku przeleciał pędem, krzyknął na przejeżdżającą dorożkę, siadł do niej i zniknął.
Wracająca do salonu Boehmowa, zastała Rolinę zadumaną.
— Jednakże, moja Balbino — odezwała się do niej — człowiek to dobry i szalenie do mnie przywiązany. Czy wiesz, że do tego naszyjnika zmusił mnie abym pozwoliła dorobić kolczyki i bransoletę.
Czasem wyrzucam sobie, że ja go tak kochać nie mogę, jakbym powinna. Ale... zmuszam się napróżno.
Przeszła się po saloniku, ręce założywszy na piersiach.
— Kochać, kochać! — odezwała się — a! jakto to trudno, gdy serce się ma zbolałe jak moje. Wiesz... czasem szukam w tem sercu czegoś, coby do miłości było podobne — i znaleść nie mogę. Czytam w romansach o niej i wydaje mi się nieprawdziwą a śmieszną. Kochać. Nie... ja chyba nigdy nie potrafię. Jeden ten niepoczciwy Stach Bronisz, gdy go wspomnę, obudzą jakieś uczucie. Gniewam się na niego, ale czasem tęsknię za nim. We snach nawet widzę go przed sobą z tą jego smutną, zdesperowaną twarzą, — tak jak go widziałam raz ostatni. Żal mi go...
A Esteban... jeśli mi się nawet przyśni, to jakby chciał mordować mnie, zabijać i męczyć... Wyrzucam to sobie — ale się go boję.
Wzdrygnęła się Rolina. Boehmowa słuchając z politowaniem patrzała na nią.
Chodziła ciągle zamyślona.
— Stach?... nie — zaczęła znowu. — Nie! On by takiem życiem do jakiego ja jestem stworzoną, nie mógł wyżyć. Natura to inna, jego żywiołem cisza, spokój, wiosna, a ja potrzebuję ognia, wrzawy i blasku...
Wyżej, wyżej, aż w obłoki!
— Obłoki?? — przerwała Boehmowa spokojnie. — Mnie się zdaje, że tak wysoko nie dolatujesz nigdy, nawet myślami. Dla ciebie woskowana posadzka starczy...
Nie wzięła za złe Rolina tego przekąsu.
— Może masz słuszność, w niebiosach by mi było nudno, nawet w towarzystwie gwiazd; ale ruchu, światła i życia — życia mi trzeba.
Wieczorem dusząc się w willi samotnej, nie doczekawszy nikogo z gości, Rolina pojechała do Thiergartenu. Zabrała z sobą Pepi, dla której każda przejażdżka była wielką uciechą, a ile razy o niej pamiętała siostra, wdzięcznie ją za to po rękach całowała.
Dobry humor poranku trwał dotychczas jeszcze. Uprzejmość starego księcia, spodziewany podarek nowy, wprawiały ją w usposobienie szczęśliwe...
Czulszą była nawet dla Boehmowej i Pepi. W parku wysiadła, aby siostra która biegała rada, przejść się mogła swobodniej.
Mnóstwo osób dnia tego używało przechadzki, towarzystwo byłe wielce urozmaicone. Rolina z pewną dumą i przyjemnością dostrzegła, że niektóre osoby zobaczywszy ją szeptały i oglądały się za nią. Ukazywano ją palcami, zatrzymywano się gdy przechodziła, była więc już znaną i i sławną...
Wiedziano zapewne że jest narzeczoną bogatego amerykanina, że stary książę i inni kongresu członkowie u niej bywali. Pochlebiało jej to. Odeszły były dosyć daleko w głąb parku, gdy w bocznej uliczce dała się naprzód słyszeć dosyć żywa i głośna rozmowa — i na zakręcie ukazał się z jakimś wojskowym pod rękę idącym, kapitan von Stilstein.
Na widok Roliny, którą powitał bardzo grzecznie, pożegnał śpiesznie swojego towarzysza i przybliżył się do niej.
Zdawał się nieco zdziwiony tem że ją spotkał samą, a może iż była w tak wesołem usposobieniu, z którem się od pierwszych słów zdradziła. Nie zawsze ją taką widywał.
Pułkownikówna lubiła jego towarzystwo i chętnie pozwoliła mu odprowadzić się do powozu.
Stilstein, czegoś chmurny, z dziwnym wyrazem twarzy pilno się jej przypatrywał.
— Dawnośmy pana nie widzieli? — odezwała się Rolina.
— Ale pani nie musi zbywać na towarzystwie?
— Owszem, dość jestem osamotniona. Mój pan narzeczony niezmiernie jest kongresem zajęty, a oprócz niego mało kto mnie odwiedza... Jeden książę * — uśmiechnęła się nieznacznie — trochę jest łaskaw na mnie. Pan hrabia często o willi Agnese zapominasz... a jesteś w niej zawsze pożądanym gościem.
— Nie wiem jak mam pani dziękować — odpowiedział kapitan z westchnieniem. — Wcale nie zapominam o villi Agnese, ale pani bym nie chciał być natrętnym, a — jeśli się mam przyznać — od dni kilku z panem de Mauriène jesteśmy trochę na zimno...
— Jakto?... cóż to takiego? — zapytała ciekawie Rolina. — Mów mi pan proszę, ale otwarcie, bardzo otwarcie.
— A! drobnostka! małe nieporozumienie. Para żywszych wyrazów przy grze... Wie pani że z nim grywamy często, a przy kartach łatwo się coś wyrwie z ust...
— Aleście panowie przecież nie zerwali z sobą?...
— A! nie... tylko jesteśmy trochę żenowani. Może być żem ja nawet winien trochę. Uniosłem się, on to zniósł chłodno...
— A! przyjdźże pan do nas, aby się to nieporozumienie zagodziło. Ja to biorę na siebie. Mnie pana żal dla siebie...
Stilstein podziękował i chwilę milczał.
— Z panią — rzekł — mam usposobienie być zupełnie otwartym. Otóż, choć de Mauriène, tak ją z bliska obchodzi, powiem szczerze, że czasem bywa dla mnie niezrozumiałym. Pani go znasz lepiej. Wydaje mi się dziwnie nierównym, niekiedy wytłómaczyć mi go trudno.
— Jest w istocie trochę ekscentryczny — odpowiedziała Rolina, czując się w obowiązku stanąć w jego obronie. — Ale to mówi za nim że gdyby szczerym nie był, zapewneby jednostajniejszym być potrafił.
— Być może — rzekł Stilstein — a jednak tych jego wybryków różnych ja nie umiem z sobą pogodzić. Jest dla mnie zagadką.
Przerwał kapitan, bo Pepi nadeszła i do powozu się zbliżali.
— Przyjdź pan, proszę — zakończyła Rolina — nie chcę abyście panowie trwali w tem nadąsaniu; jestem pewna, że on, jeśli zawinił przeprosi.
— A! nie zaszliśmy tak daleko, aby aż pojednania potrzeba — rzekł kapitan weselej — ale ja potrzebuję trochę o tem co zaszło zapomnieć.
Tak się rozstali.
Pomimo usilnego zaproszenia przez Rolinę, kapitan następnych dni się nie pokazał, a Don Esteban, który przyjeżdżał do villi w coraz gorszym humorze, coraz napastliwszy i mniej względny dla Roliny; na jej zapytanie o Stilsteina ruszył ramionami, dziko usta skrzywił — nie odpowiedział nic. Postępowanie jego z pułkownikówną coraz się stawało śmielsze, a dla niej przykre i upokarzające.
Gdy się użalała, mało co słuchał, a robił co mu się podobało. Niekiedy był grubijańskim tak, że Rolina gniewała się, uchodziła i płakała.
Mimo wybuchów czułości gotowało się na wojnę.
Jednego dnia, nad wieczór, wcale niespodzianie nadjechał przed willę stary książę, i powłócząc nogami, z bardzo pięknym bukietem w ręku przyszedł pozdrowić gospodynię, oświadczając że się zatęsknił za nią. Zapalono światła naprędce.
Książę usiadł na kanapie, sam się przymawiając o herbatę i począł dowcipną rozmowę.
Pomimo grzeczności starego i komplementów które prawił, Rolina dostrzegła w postępowaniu jego jakąś zmianę, i jakby zbytnio poufałe i od ust słał całusy drżącą ręką. Wiele na karb wieku mogła Rolina przebaczyć, a jednak duma jej na tem cierpiała. Chciała być szanowaną.
— Gdzież się to podziewa pani narzeczony — zapytał książę — że go tu przy niej nie widzę. Człowiek ten nie wart jest szczęścia swojego, gdy tak mało z niego korzysta. Widzę, że panią zaniedbuje, powinnaś go porzucić.
— Jesteśmy zaręczeni, rozstawać by się zapóźno było — odezwała się Rolina. — Czekamy tylko na papiery, abyśmy się pobrać mogli.
Książę uśmiechnął się jakoś ironicznie.
— Jeżeli pani nie jesteś stanowczo związaną, a w sercu dla niego nie żywisz czulszego przywiązania — rzekł stary — doprawdy mogłabyś sobie powabniejszego znaleźć męża, albo nie tak się śpieszyć ze ślubem.
Rolina popatrzyła na niego zdziwiona, odprostowała się dumnie, podniosła główkę. Nie umiała odpowiedzieć, i książę poczuł, że mógł ją obrazić. Zwrócił natychmiast rozmowę.
— Gdzie państwo myślicie zimę przepędzać? — spytał grzeczniej. — Radbym o tem wiedział, bo tak mi jest miłe towarzystwo pani, że gdyby klimat dla mnie okazał się znośny, pogoniłbym za niemi.
— Nie wiem jeszcze jak się to ułoży, bośmy o tem nie mówili — odpowiedziała pułkownikówna.
— Radzę Włochy łub południową Francyę, gdzie i ja będę musiał, wedle systemu lorda Brougham zimę przepędzić. Starzy powinni posuwać się coraz na południe.
Na takiej rozerwanej rozmowie, którą pochlebstwa i słodycze urozmaicały, przy herbacie którą książę pił powoli, parę godzin upłynęło.
Obsypawszy grzecznościami gospodynię, stary bałamut odjechał.
Nazajutrz zapowiedziany był przez amerykanina obiad i goście nowi; a że pomimo gniewów i wymówek Roliny, zawsze potem do gry zasiadano, która się przeciągała zbyt długo, podlewana obficie szampanem, ponczem i rozmaitemi napojami, pułkownikówna przybywającego przyjęła bardzo kwaśno, żywe mu czyniąc wymówki. Amerykanin, czując się panem tutaj, odwrócił się i odpowiedzieć nawet na nic nie raczył.
Towarzystwo tym razem składało się ze wcale nie wybitnych osobistości, kilku podrzędnych dyplomatów in spe, wojskowych i dwu młodzieńców z arystokracyi, którym ochota do życia przyszła wprzódy niż wąsy.
Przy obiedzie już rozmowa tak była swobodną, a ton tak nie salonowy, że rozgniewana pani domu, nie mieszając się do niej, wstała przy deserze, i panów tych zostawiła samych.
Natychmiast zasiedli do gry, hałaśliwie, ze śmiechami, które na pierwsze piętro dochodziły. Kazano podawać herbatę, wina, przekąski, i północ minęła a goście nie myśleli odchodzić. Don Esteban dwa razy zjawiał się na górze, ale tylko z coraz nowemi wymaganiami i rozkazy. Śmielszy był niż zwyczajnie i nie zważał na to, że Rolina się gniewała.
Ze łzami w oczach, nabolawszy nad swym losem pułkownikówna z Boehmową, pomimo wrzawy, która je dochodziła, znużone spać się pokładły.
Nadedniem przecież ucichło, goście się porozjeżdżali, światła pogasły. Rolina sen miała niespokojny i przerywany. W chwili właśnie gdy przebudzona, zasnąć nie mogąc, patrzała smutnie na lampkę nocną, drgającą słabym płomykiem, cichy chód dał się słyszeć na wschodach, w korytarzu, potem około drzwi jej samych. Ogarnął ją przestrach, chociaż nie zapomniała ich na klucz zamknąć. Namyślała się porwawszy z poduszek, czy ma krzyknąć i obudzić obok śpiącą Boehmowę, gdy klamka zadrgała, poruszyła się, i z zewnątrz silna ręka zaczęła miotać drzwiami gwałtownie, usiłując je otworzyć.
W tem i Boehmowa, obawiająca się nadzwyczaj złodziejów, posłyszała stukanie, krzyknęła i obie zrobiły alarm, dzwoniąc na sługi.
Nieproszony gość wstrząsnął raz jeszcze drzwiami ze złością i zwolna spuścił się na dół.
Skończyło się na tym popłochu, który kobietom nie dał już zasnąć do dnia. Rolina od sług dowiedziała się nazajutrz, że amerykanin, po wyjeździć gości, spóźniwszy się, nocował na dole.
Gniew jej doszedł do najwyższego stopnia; gotowała się zejść rano czynić mu najgwałtowniejsze wyrzuty, gdyż przywiedziona była tem postępowaniem nikczemnem do rozpaczy, ale Don Esteban, domyślając się sceny, jaka go czekała, bardzo rano uciekł do miasta.
Przez cały dzień oczekiwała na niego napróżno, tworząc najdziwaczniejsze plany. Nie widziała sposobu ratowania się z coraz nieznośniejszych stosunków z człowiekiem, którego charakter się odsłaniał.
A że jedna nieprzyjemność nigdy nie przychodzi sama i ciągnie zwykle za sobą cały szereg towarzyszek, czasem z nią żadnego nie mających związku, wszystko teraz zdawało się spikać na nieszczęśliwą.
Z południa gdy sama siedziała na dole z Boehmową, powóz zatrzymał się u furtki. Dwie jakieś panie wysiadły z niego i gwałtownie, natarczywie dzwonić i dobijać się zaczęły.
Na widok kobiet Rolina powzięła jakąś nadzieję, że może która z pań, pokrewnych gościom jej, szukać chce jej znajomości; uradowała się temu obiecującemu się, a wielce pożądanemu towarzystwu niewieściemu.
Podniosła się na powitanie przybywających, bardzo skwapliwie, — zmuszając do wesołego twarzy wyrazu.
Panie, które wpuścił Schmidt, ruchami, chodem, ani strojami nie zdradzały bardzo dystyngowanego pochodzenia.
Rubasznie, zuchwało wtargnęły do ogrodu, jak tylko furtkę jego im uchylono — głośno rozprawiając i rozglądając się dokoła...
Młodsza z nich bardzo wystrojona, bez smaku, twarzyczkę miała jeszcze wcale ładną, ale z wyrazem trywialnym i cynicznym. Zblizka ta piękność przekwitła okazywała się straszliwie podrobioną, wymalowaną, uemaliowaną, wytworzoną kunsztownie. Nie można było ręczyć ani za autentyczność zbyt regularnych brwi, ani za nadto świetne zęby. W czarnych oczach, pomimo otaczającego je, umiejętnie podmalowanego cienia, widać było znużenie, a u powiek ślady tego co francuzi zowią gęsiemi łapkami.
Idąca za nią towarzyszka, otyła, dziwacznie przystrojona, nie wiele lepiej wyglądała od wyfiokowanej na niedzielę kucharki...
Nie oznajmując się ani kto były, ani z czem przyjechały, dwie jejmoście wparły się do salonu gwałtem, otwierając szklanne drzwi jego z trzaskiem.
Młodsza z nich stanęła przed Roliną, wzięła się w boki dumnie i poczęła się jej przypatrywać, robiąc miny pogardliwe — Pułkownikówna tem obejściem się niezrozumiałem dla niej — osłupioną była.
Wtargnięcie to gwałtowne nieznajomych osób, nie dawało się tłumaczyć, chyba omyłką.
Już zabierała się spytać o powód tych osobliwych odwiedzin, gdy młodsza, oczyma zrobiwszy cały inwentarz salonu — śmiać się poczęła ze złością.
— Waćpanna czy waćpani mnie nie znasz — krzyknęła głosem gniewu pełnym, ostrym i piskliwym — ale ja ją znam!! znam! I przyszłam po to tylko, aby jej w oczy powiedzieć, bez żadnej ogródki, że uczciwe kobiety jedne drugim kochanków nie odbierają.
Masz waćpanna do wyboru młokosów.
Mówiąc to przybyła podniosła pięść, i widząc cofającą się, przerażoną Rolinę, poskoczyła za nią.
— Tak! tak! zachciało ci się mojego starego księcia. Wiem o tem. Jużeście go tu ściągnęli. Jeździcie razem, a wieczorami bukiety przywozi. Ale ja tego nie zniosę — nie! i pokażę wam, że bezkarnie mi wojny wypowiadać nie można.
W ulicy ci zrobię awanturę, słyszysz ty jakaś!
Masz już jednego, tego szulera i oszusta, któremu się w Ploetzensee stancyjka należy... grającego rolę milionera, trzymaj że go sobie... Ja ci go nie odbieram. Weź jeszcze z pół tuzina gołowąsów, ale wara! od mojego starego grzyba... Ja z nim już pięć lat jestem, i wydrę oczy, kto mi go zechce bałamucić...
Krzyczała jeszcze ta rozwścieczona furya, gdy Rolina z jękiem omdlała padła na kanapę — Boehmowa zasłoniwszy ją sobą zaczęła wołać i dzwonić na ludzi. Napastnicy nie zdało się to zastraszać.
Potokiem lały się jej z ust te same ciągle pogróżki i łajania, z coraz większem grubijaństwem i gwałtownością. Dopiero przybycie Schmidta, sług, anglika, który jakiemś szczęściem był w domu, i postawił się groźno, zmusiło wrzeszczące baby do odwrotu.
A że chciały wywołać skandal i całego sąsiedztwa oczy zwrócić na villę, wyszedłszy z niej rozzłoszczone, z pięściami do góry, u bramy jeszcze miotały się, hałasowały, aż póki nadbiegający policyant nie zmusił je siąść do powozu i uciekać.
Scena ta była ciosem, który dobił nieszczęśliwą Rolinę. Cała we łzach, z gorączką, zawlekła się do łóżka, i ukrywszy głowę w poduszki, płakała.
Utkwiło jej i to w pamięci, że napastnica nazwała narzeczonego jej, szulerem i oszustem...
Niestety! w jej własnych oczach stawał się on coraz podobniejszym do awanturnika, lecz nie chciała wierzyć tej strasznej rzeczywistości, która biła w oczy.
Złośliwa jędza mogła rzucić potwarz, której pozory dawały pewne prawdopodobieństwo. Był to człowiek bez wychowania, z temperamentem żywym, obyczajami amerykanin... — mówiła sobie — ale nie mógł być przecie oszustem...
Służący anglik, Stone, natychmiast po tej scenie pobiegł do miasta, jak się domyślała, aby Don Estebanowi donieść o wypadku. Rolina spodziewała się jego przybycia — chciała się rozmówić otwarcie.
Wszelkiemi możliwemi sofizmatami starała go oczyścić, uniewinnić w oczach własnych, nie chcąc przypuścić, aby tak straszliwą popełniła omyłkę.
Oczekiwała napróżno, do późna, amerykanin nie zjawił się dnia tego.
Z całą energią na którą się zdobyć mogła, Rolina nazajutrz, nie tracąc chwili, zaczęła obmyślać środki, którychby się w ostateczności chwycić mogła.
Dotąd, nie licząc się z wydatkami, czerpała w tem co jej zostało po ojcu, z nieopatrznością dziecięcą. Nie zwykła do rozporządzania pieniędzmi, szafowała niemi hojnie.
Z trwogą więc pobiegła do biurka, przeliczyć co jej zostawało. Mógł to być ostatni ratunek!
Około dwudziestu tysięcy guldenów znalazłszy jeszcze nietkniętych — odetchnęła. W najgorszym razie mogła ztąd uciec, szukać schronienia gdzieindziej, tam gdzieby jej nie znano. Odepchnięci a teraz zapomnieni przyjaciele, przychodzili jej na myśl, pewną była że na zawołanie, na głos jej, stawićby się musieli na ratunek.
Nie przypuszczała jednak jeszcze, ażeby Don Esteban był w istocie tak winnym jak się wydawał. Człowiek innego świata, pół dziki, do swobody nawykły, dziwaczny. Kochał ją przecie namiętnie — majątku dowodziło życie i wydatki.
Chciała zagrozić mu że go opuści, jeśliby trybu życia nie zmienił, położenia swojego nie wyjaśnił...
Nic ją bezpowrotnie nie wiązało, skompromitowaną się nie czuła, dumą swą wyższą była nad posądzenie...
Boehmowa także, litując się nad nią, starała się ją pocieszyć i uspokoić.
— Rozmów się z nim stanowczo, gdy przyjdzie — mówiła do niej — bądź surową. Naraża cię na nieprzyjemności, postępuje sobie coraz zuchwałej... potrzeba to raz skończyć!...
Rolina miała też najmocniejsze postanowienie wyjścia, jakimkolwiekbądź kosztem z położenia, w jakiem się znajdowała.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.